niedziela, 22 lipca 2018

#przeznaczenie Opowiadanie

Położyła książkę na kolanach. Kiedy czytała świat znikał. W jakiś dziwny sposób ulegał rozproszeniu, a w zamian otrzymywała inną rzeczywistość. Bardziej wzruszającą, czasami straszną, pełną labiryntów, w których można było łatwo się zgubić. Teraz jednak nie mogła utrzymać koncentracji na tych czarnych literach usypanych w równe rzędy, jakby zostały zasiane przez wprawnego ogrodnika. Westchnęła i uniosła głowę.
Młody, przystojny mężczyzna o brwiach utkanych z nocy, zerkał na nią w taki sposób, że postanowiła się zaczerwienić. Ale jej cera była zbyt blada czy może zwyczajnie nie potrafiła siłą woli wywołać na policzkach tego różu, który jest jak po ukąszeniu komara, więc tylko przymknęła powieki.
Jeden, dwa, trzy, cztery, liczyła oddechy, byle nie za szybko oddać mu spojrzenie, bo wówczas wszystko może przepaść. „Mężczyźni to łowcy”, mawiała jej babka, „Tacy trochę jak koty. Nie lubią jak zwierzyna sama wpada w ich łapy, wówczas nie mogą potraktować jej poważnie. Nigdy nie próbuj być przekąską, zdecydowanie lepiej zostać daniem głównym”.
Pięć, sześć, siedem. Uniosła powieki. Wolno i delikatnie. Jakby zupełnie nie zależało jej na czasie. Ale jego już nie było. Zaczęła nerwowo rozglądać się na boki, jednak mężczyzna zniknął.
Westchnęła, założyła nogę na nogę i odwróciła głowę w stronę okna. I tam go ujrzała. Stał na przystanku z uśmiechem przypiętym do ust i patrzył na nią, która właśnie odjeżdżała ósemką w stronę Dworca Głównego.
- Cholera – syknęła pod nosem. Ale nic już nie mogła zrobić. Jej tramwaj z miarowym turkotem coraz bardziej oddalał się od Przeznaczenia.


***

Nie powinna była przyjmować tego spadku. Wiedziała, że to zły pomysł. Z Ciotką nigdy nie miały dobrego kontaktu, właściwie nie miały go wcale. Widywała ją jedynie będąc jeszcze dzieckiem. Przyjeżdżała wówczas z matką do tego ponurego domu, w którym zawsze było więcej kotów niż ludzi i musiała udawać, że jest szczęśliwa, chociaż dużo bardziej wolała zostać w swoim mieście, ze swoimi koleżankami. Ale Ciotka zapraszała je każdego roku na tydzień wakacji, a matka nie potrafiła odmówić własnej siostrze, chociaż i ona nie przepadała za długą jazdą pociągiem i czterokilometrowym spacerem pośród niczego. Bo wokół domu Ciotki nie było ani lasów, ani wsi. Mieszkała na pustkowiu, otoczona zaschniętymi trawami i zapomnianymi przez rolników polami. Raz na jakiś czas szła do pobliskiej miejscowości na zakupy. Skromne i zaspakajające bardziej potrzeby kotów niż jej samej. Ale taka właśnie była Ciotka. Wolała zwierzęta od ludzi. Gdyby mogła wybrać zrzuciłaby swoją ludzką powłokę i porosła sierścią.
A teraz szła w stronę tego dziwnego domu ze świadomoscią, iż Ciotki już nie ma, a dom należy do niej.
- Cholera – syknęła, kiedy kamyk wyskoczył pod jej nogą. Zamachała ramionami, ale powietrze nie potrafi trzymać za rękę, nawet jeżeli ma na to ochotę, więc poczuła jak jej ciało uderza o polną drogę, a zaraz po ciele opada na niego świadomość, że wszystko jest nie takie jak być powinno.
– Dlaczego nie przyjechałam samochodem? – zapytała piasek, a ten odsunął się od niej, bo nie polubił jej oddechu pełnego pretensji.
– Potrzebuje pani pomocy? – posłyszała czyjś męski, przyjemny głos i szybko w myślach zrobiła przegląd swojego ubrania, bielizny w razie czego też.
– Szukam złota – odparła. – Ciotka mówiła, że w okolicy było kiedyś dużo złota, ale przed wojną ludzie zmieszali je z piaskiem, żeby nikt im go nie ukradł.
– W takim razie jestem bardzo bogaty, gdyż wszystko co jest w okolicy należy do mnie.
– Nie wszystko – powiedziała i po raz pierwszy odważyła się unieść głowę, by spojrzeć na mężczyznę. Miał ciemne włosy i gęste brwi, takie jak lubiła, chociaż nie była pewna dlaczego. Ubrany był w czarną koszulkę polo z białym kołnierzykiem i ciemne jeansy lekko zwężane ku dole, całkiem przyjemnie uwypuklające silne, męskie nogi. Odruchowo przygładziła swoją elegancką spódnicę, którą nałożyła tego dnia tylko dlatego, iż wszystkie inne leżały w koszu na brudy. – Dom Ciotki jest mój.
– Schronisko też?
– Schronisko? – zapytała niepewnie.
– Pani nic nie wie?
– Nie byłam tu od lat. Faktycznie w wyroku jest mowa o dwóch budynkach, ale nie sądziłam, że Ciotka prowadziła jakieś schronisko.
– Tak. Prowadziła – powiedział i spojrzał na nią w taki sposób, w jaki nie wypada patrzeć na nieznajome.
– Pan jej pomagał? – zapytała po chwili.
– Ja? – Na jego usta wskoczył uśmiech. – Właściwie można powiedzieć, że pomagałem. Na swój sposób. Zaprowadzę panią, znam skrót.
– Proszę do mnie mówić Zuza.
– Radek – odparł i chwycił ją za rękę. Jego dłoń była ciepła i miękka.
– Muszę zabrać walizkę.
– Nie martw się o nią. Nie zginie. Tu nie ma złodziei. Chyba że trzymasz w niej jakąś kiełbasę – powiedział i zwilżył językiem swoje wargi.
– Nie, co za pomysł, oczywiście że nie – zaprotestowała.
– W takim razie jest bezpieczna. Potem kogoś po nią przyślę.
– Więc w domu Ciotki mieszka teraz więcej osób? – zapytała, ale nie dosłyszała odpowiedzi, gdyż Radek puścił się pędem przed siebie i wiatr rozerwał jego słowa na strzępy.

– Możemy zwolnić? – zapytała po jakimś czasie czując jak strużka potu zaczyna spływać między jej piersiami, bezczelnie liżąc jej skórę, chociaż wcale nie wyrażała zgody na takie pieszczoty.
– Jesteśmy prawie na miejscu – odparł, a ona skinęła głową, gdyż przyjemnie było czuć jego ciepłą dłoń na swojej.

Obok piętrowego domu, z tynkiem odpadającym od elewacji, przycupnął mniejszy budynek. Rodzaj lepianki. Z glinianymi oczodołami, w których tkwiły drewniane powieki okiennic. Teraz szczelnie zamknięte. Jakby dom pogrążony był we śnie. Ot, przycupnął, skulił grzbiet i zasnął pośród wysokich na półtora metra traw. Zuzanna uśmiechnęła się na ten widok. Nie dlatego, że Schronisko było urodziwe, ale z powodu nagłego przypływu czułości. Coś jej mówiło, że oto stoi w miejscu, które należy do niej. A ona do niego. I chociaż wcześniej deklarowała, że zamieszka w domu Ciotki tylko przez miesiąc, dopóki wszystkiego nie uporządkuje, teraz nie była już tego taka pewna.
– Jakbym należała do tego miejsca – wyszeptała.
– Możesz mieć rację – powiedział mężczyzna. – Chodź, pokażę ci zwierzęta.
Pomieszczenie pachniało świeżym sianem i sierścią. Po chwili jednak doszedł inny zapach, intensywny i natarczywy. Zmarszczyła nos.
– Dawno nikt tu nie sprzątał – powiedział mężczyzna przepraszająco, a ona nawet nie próbowała go zapytać dlaczego sam tego wszystkiego nie zrobił.
Weszli do ciasnego pokoju. Mężczyzna syknął, a potem włączył światło. Szare i białe kłębki pochowały się po kątach.
– Tu są koty. Nie mogą wychodzić na dwór. Każdy z nich ma jakiś defekt. Ale jak tylko wyzdrowieją, będziesz mogła je wypuścić. Z pewnością wybiorą wolność. Przynajmniej niektóre z nich. Chociaż będą wracać po jedzenie. Czasami. Taka ich natura. Mimowolnie przywiązują się do miejsca. Nawet takiego, którego nie lubią.
– Mówisz to w taki sposób jakbyś i ty musiał tu być.
– Trochę tak jest. To też mój dom.
– Nie bardzo rozumiem… Jesteśmy jakoś ze sobą spokrewnieni?
– Wkrótce zrozumiesz – odparł i pociągnął ją za sobą do drugiego pokoju.
– Tu niczego nie ma.
- Jesteś pewna?
Zerknęła na pustą kanapę pokrytą cienką warstwą czarnej, kociej sierści. Na bujany fotel stojący nieruchomo pod oknem, ale nie dostrzegła niczego co by wskazywało na to, iż mieszka tu jakieś zwierzę. I wówczas coś czarnego otarło się o jej nogi.
– Och, a więc to twoja siedziba? – zapytała i wzięła na ręce czarnego kocura z białym kołnierzykiem owiniętym zgrabnie wokół szyi. – Jaki on słodki – powiedziała w stronę Radka, ale mężczyzny nie było.
– Radku? – powtórzyła.
Kot, którego trzymała na rękach zamiauczał przeciągle.
– Ludzie bywają bardzo dziwni, prawda? – powiedziała do kota, a ten, mogłaby przysiąc, że skinął głową jakby rozumiał co miała na myśli. – No nic. Zobaczmy co tu jeszcze mamy.
W ostatnim pokoju znalazła martwego psa. Stado much siedziało na jego wielkim cielsku, jakby chciały je unieść w górę i zanieść do Boga czy innego Stwórcy, ale w ich skrzydełkach nie było tylu sił, więc tkwiły wciąż na ziemi. Zniewolone własną słabością i grawitacją.
– Biedaku – powiedziała szeptem, gdyż obecność Śmierci narzuca na głos nie tylko konieczność powagi, ale i Ciszy. Śmierć jest zatrzymaniem. Krew staje w tunelach żył, oddech zaczyna być milczący, serce porzuca na zawsze swój rytm. Wszystko wewnątrz zmarłego jest Ciszą. A potem ta Cisza zaczyna wyciągać swoje ramiona i zagarnia coraz większe połacie przestrzeni.
Podeszła na palcach do zwierzęcia. Jej dłoń dotknęła szorstkiej, brązowej sierści.
Czarny kot otarł się o jej nogę.
– Musimy go gdzieś pochować, prawda? – powiedziała do zwierzęcia, a ono skoczyło przed siebie, jakby chciało jej pokazać to miejsce, które od dawna było przeznaczone dla psa, tylko przez jakiś czas leżało uśpione i niepotrzebne. – No dobrze, pójdę z tobą – dodała i zaczęła iść w stronę drzwi prowadzących na tyły domku.
Zazgrzytał skobel.
– Mój Boże – powiedziała i zrobiła krok w tył. Na niewielkim polu ogrodzonym drewnianym płotem stały krzyże. Jeden przy drugim. W ciasnym uścisku, jakby chciały siebie nawzajem pocieszyć. Wolnym krokiem podeszła do największego z nich.
– „RADEMEDES, zwany w skrócie Radkiem,
ukochany czarny kocur z białym kołnierzem” – przeczytała na głos i zadrżała.
Wiatr poruszył okiennicami. Skrzypnęły drzwi. Kobieta zamknęła oczy. 




niedziela, 8 lipca 2018

Stand by me


Wyszła. Nawet na mnie nie spojrzała, chociaż tak usilnie próbowałem jej powiedzieć, że wolałbym, żeby została, że nie ma sensu przekraczać tych drzwi, za którymi nie wiadomo co i nie wiadomo kto. Ale ona już od jakiegoś czasu nie zwracała na mnie uwagi zajęta przygotowaniem do wyjścia. Jej ruchy były nerwowe, rwane, trochę jakby próbowała udawać kogoś kim nie jest. Znałem kiedyś taką kobietę. Zawsze, kiedy do mnie przychodziła uśmiechała się słodko, przymilnie, a potem, kiedy pozwalałem jej, by podeszła bliżej, by położyła głowę na moim brzuchu, ona nagle wbijała swoje palce w moją głowę i jednym gwałtownym ruchem zadawała mi ból. Nienawidziłem jej za to, a jednocześnie coś nas łączyło, coś czego nie potrafię wytłumaczyć, więc każdego dnia powtarzaliśmy nasz bolesny rytuał. To już jednak przeszłość. Właściwie nie wiem nawet czy prawdziwa, bo pamięć bywa bardzo wybredna i kapryśna. Plącze zeznania, kojarzy jakieś odległe fakty, splata rzeczy, które nie mogły wydarzyć się w tym samym czasie. Pamięć jest jak kłamca, który niby wie, że powinien mówić prawdę, a jednak nie potrafi. I potem lawiruje pomiędzy tym, co wyobrażone (i może nawet hipotetycznie możliwe, a jednak nieprawdziwe), a czymś co faktycznie zaszło. I potem nagle jest za późno, korekta ucieka w kąt i beczy jak małe dziecko.
Zauważyłem, że fikcja bardzo chętnie ulega zmieszaniu z rzeczywistością w splocie makramy i ciężko potem cokolwiek odplątywać. Zresztą nie ma sensu próbować. I tak wszystko co kiedyś miało miejsce już nie istnieje. A ja o tym wiem najlepiej. Dla mnie nawet to co było kilka dni temu nie istnieje. Należę do tych, którzy są zakotwiczeni w Teraz i łudzę się, że dzięki temu jestem bardziej prawdziwy.

Więc wychodzi, rzuciwszy przelotne spojrzenie, które wcale nie było wycelowane we mnie, tylko gdzieś obok. Zatem jakby go nie było. Narasta we mnie poczucie rozgoryczenia. Bo ja zawsze szukam jej oczu, rąk, dotyku, a ona bywa taka powściągliwa, niemal zimna. A przecież czuję, jak ciepło rozpływa się po jej ciele. Czuję każdy czerwony strumyk przepływający wąskimi kanałami jej żył. Uwielbiam ten szmer, to ciche kołysanie wewnętrznego ciepła. Kładę wówczas głowę na jej kolanach i zamykam oczy. Rozpuszczam się pod wpływem jej dotyku. Jakbym był masłem rzuconym na ciepłą patelnię. I chciałbym mruczeć z rozkoszy, ale ona wówczas zwykle wstaje i zaczyna coś robić, przestawiać, maszerować, trochę bez celu, przypadkowo. Jakby nie miała zamiaru dopuścić do siebie myśli, że jest mi tak bardzo potrzebna.

A teraz jestem sam. Cisza mieszkania jest dość przytłaczająca. Chociaż, właściwie nie istnieje coś takiego jak cisza. Zawsze jest jakiś pomruk. Szmer. Skrzypnięcie starej podłogi, buczenie lodówki, jęk sprężyny, kiedy siadam na kanapie. Zupełnie jakby mieszkanie spało i delikatnie pochrapywało przez sen. Aż mam ochotę zachowywać się głośno. Ale nigdy tego nie robię. A może robię? A może biegam, skaczę i krzyczę coś co nie ma sensu byle tylko nie tkwić w tej parszywej senności, która powoli ogrania i mnie?
W końcu siadam w fotelu, a moja głowa pomału opada coraz niżej i niżej, aż przestaje należeć do mnie i staje się własnością moich snów.

Nie wstaję, kiedy otwiera drzwi. Chociaż miałem wielką ochotę przywitać ją już w progu, przecież słyszałem zapowiadający jej wejście zgrzyt zamka. Wcześniej coś mówiła pod nosem, pewnie nie mogła znaleźć swoich kluczy w tej przepastnej torebce uczepionej kurczowo jej ramienia. W końcu jednak zadzwoniły metalowe obietnice otwarcia i zobaczyłem jak drzwi powoli się uchylają. Właściwie zawsze mam wrażenie, że drzwi zwykle stawiają lekki opór, jakby wolały tkwić we framudze. Tam im jest przyjemniej. Otwarte narażone są na samotność. Ja zresztą też nie lubię samotności, więc idę do kuchni, gdzie Ona rozpakowuje zakupy. Znowu zrobiła ich za dużo, a jakby nie kupiła niczego. Bo na co komuś jakieś waciki, kremy i pończochy? Marnotrawstwo. Lepiej zamieniać pieniądze na jedzenie. Co w brzuchu to nasze.

Podchodzę bliżej. Coś jest nie tak. Nie wiem jeszcze co, ale to wyczuwam. Jej twarz ma dziwny grymas, a dłonie kurczowo trzymają się kuchennego blatu, jakby pragnęły od niego jakiejś pomocy, ale przecież drewno nie ma rąk, nie przytrzyma. I kiedy jej ciało zaczyna upadać na podłogę już rozumiem. Nie ma w nim szumu. Tego ożywczego, pięknego szumu, który tak kocham. Przez chwilę stoję jak otępiały i nie wiem co robić, ale trwa to ułamek sekundy, potem już Wiem. Prawda dociera do mnie z taką samą prędkością z jaką zwykle łapię w swoje pazury ciepłą mysz. Odbijam się od podłogi. Po chwili jestem już na blacie. Stąd lepiej widzę to miejsce, które zwykle tak piękne dudni. Miarowo, równo, niemal mechanicznie. To miejsce, które teraz jest przerażająco ciche. Biorę głęboki oddech i skaczę. Rzucam całe swoje ośmiokilogramowe ciało na Jej klatkę piersiową, bo przecież wiem, że wewnątrz ukryty jest ten dzwon, którego trzeba obudzić.

- Nigdy nie spotkałem się z czymś takim, jest pani pewna? – mówi pół godziny później lekarz, kiedy Ona tłumaczy drobne zadrapania na wysokości serca.
– Uratował mnie, panie doktorze, mój kot mnie uratował – wyciąga rękę i głaszcze mnie za uchem, a ja jestem szczęśliwy, bo nic więcej dla mnie się nie liczy. Prócz jej miłości. No i może pełnej miski z jedzeniem. Tak, jedzenie też jest ważne, ale troszkę mniej. 




poniedziałek, 2 lipca 2018

Zacisnąć szczęki

– Zagryzam szczękę. Mam wrażenie, że moje zęby zmieniają się w imadło. Za chwilę z moich jedynek pozostanie jedynie pył. A potem reszta zębów również ulegnie zniszczeniu. Ale nie potrafię puścić tego uścisku. Nie mam pewności czy to ja tak zaciskam szczękę, czy może ona sama z siebie postanowiła to zrobić. Cichy, zgrzytający kamieniem seks. Ostatni – jak u modliszki. Tyle że to moje usta, więc powinienem mieć nad nimi władzę.

Mężczyzna wzdycha ciężko.

– Próbuję się skupić i je otworzyć, ale od tylu lat dążyłem tylko do tego, by nie mówić prawdy, że teraz już ona nie ma zamiaru wyjść na wierzch. Moja babka zwykle mawiała, iż lepiej nie trzymać niczego w sobie, bo to z tego trzymania jakieś bagno wyniknie.
„ – Przez trzydzieści lat mówiłam mężowi, że go kocham i za każdym razem kłamałam. I wiesz co? Gdybym mu powiedziała wtedy, kiedy mnie brał, jako byłam jeszcze niewinno i głupio, że jednak nie chcę, że to nie dla mnie, to może by on poczekoł i potem byśmy mogli się normalnie kochać, tak po bożemu a nie z przymusu. Ale nie powiedziołam. I głupio mnie było potem rzec mu w oczy, żem wcale nie zakochana, tym bardziej, że już brzuch mi zaczął rosnąć, a on ożenek zaproponował i wstydu mi tym oszczędził, no to co miałam robić? Milczołam. I gówno mom tera z tego milczenia. Więc Karolku, pomiętaj, co by zawsze prosto z trzewiów, nawet jak z tego się potem przykrość jaka stanie to lepiej, żeby od razu była przykrość a nie ciągnęła się przez trzydzieści lat.” Ale nie mogę. Z moich ust nie wydobywa się już żadne słowo, bo wbrew temu co mówiła moja babcia uważałem, że jednak niekoniecznie prawda jest słuszna i dobra. Udawałem. Tak jak ona udawała, a potem moja matka. Moze to już tak jest, ze się kłamstwem jakoś tak obrasta. Że ono jest już w naszych genach i jak raz w nie wniknie to już jego nic stamtąd nie wyciągnie.

– Mówili, że jestem idealny. Że mój dobrze skrojony garnitur pasuje na mnie dlatego, ze i ja jestem dobrze skrojony. Niczego za dużo, niczego za mało. Nienaganne maniery w nienagannym ciele. Nawet mój penis jest ani za krótki, ani za długi. I kobiety to lubią. Że jestem taki w sam raz. Że potrafię się wpasować w każdą sytuację i w każdą dziurkę. A ja nie protestuję, bo czemu miałbym odmawiać?
A jednak coś we mnie nie chce tych sytuacji. Coś we mnie pragnie powiedzieć, że mam dosyć, że chcę czegoś innego. I może gdybym potrafił zdefiniować swoje potrzeby, może wówczas bym zwyczajnie za nimi szedł, ale ja nie jestem pewien. Mój cel kołuje na granicy linii horyzontu – zamglony, szary, trochę nijaki. Takiego celu nie można ścigać. Nie warto. Z bliska mógłby w ogóle nie przypaść mi do gustu. Więc milczę. A moja szczęka coraz silniej się zaciska.

Wskazuje ręką na swoje usta. I rzeczywiście. Są zamknięte. Ściśnięte. Zwarte. Lekko sine.

– Milczę także wtedy, kiedy proszą mnie bym mówił o polityce. Ja swoje wiem. Nie jestem głupi. Rozumiem kto z kim i dlaczego. Za jakie pieniądze. Ale nie mam ochoty wszystkim tłumaczyć, że gadają bzdury, że nie mają pojęcia na czym to wszystko polega, że może coś przeczuwają, ale to nie wystarcza. Nie należę do ludzi, którzy chcą kogoś uświadamiać.
Kiedyś próbowałem. Byłem młody, w głowie kiełkowały mi, jak małe zalążki zbóż, wzniosłe myśli i piękne idee. Więc wstałem i wypuściłem z ust jakiś rwący potok, który miał szarpać i zrywać brzegi, ale nie zrobił nic, bo mój ojciec stuknął pięścią w stół. Powstała tama. Potok złagodniał. Umierał powoli, jakby niechętnie, bo ciężko było mu się pogodzić z utratą szerokiego koryta. Ale w końcu wyschnął. Pozostało kilka kropli, małe, błotniste kałuże, które nie miały znaczenia. Do dzisiaj pamiętam ów pełen niechęci wzrok mego ojca. „Nie znasz się gówniarzu, więc milcz”. Tak mi powiedział. A ja go posłuchałem. Trochę przez przypadek. Bo przecież nie miałem zamiaru, przecież byłem w wieku, kiedy trzeba się buntować. Ale ja, zamiast trzasnąć drzwiami i pokazać mu, że ze mną tak nie wolno, że sobie nie życzę, umilkłem.
„Coś ty taki markotny, synek”, pytała potem matka. „On to już chybo jakimś myślicielem został, bo całymi dniami jeno siedzi i wgapio się ścianę. Co tam jest napisane, co? Moze byś nam jakie dał streszczenie?”, pytała babka, a ja nie robiłem nic. Prawie nic. Bo jednak poszedłem na maturę i kiedy zdałem ją na same piątki, celujących wówczas nie było, człowiek po prostu się uczył, nikt nie musiał celować w sam środek tarczy, postanowiłem iść dalej. Więc były studia, wpierw jedne, potem podyplomowe. Jakieś aplikacje. Pierwsza praca, pierwsza dziewczyna, pierwszy seks. Pierwsze garnitury.

Wykonuje ruch ręką. Trochę niestosowny, arogancki, niepasujący do jego szarej marynarki.

– Nie wiem kiedy zrozumiałem, ze to nie ja. Ze coś mną kieruje, niekoniecznie dobrego. Żadna tam boska siła. Diabelska też nie. Zresztą uważam, że nie ma żadnych pozaziemskich istot. To tylko wymysł dla ukojenia nerwów. Łatwiej żyć z myślą, że tych żyć jest więcej i jest jakiś Bóg, który czuwa, który pomoże. Chociaż, może nie łatwiej, bo mnie jakoś to nie przekonuje, bo niby jak On ma czuwać? Jak harcerz na warcie czy może raczej niczym kot, który czeka aż wybiegnie z dziury mysz? Wiec nie jest mi potrzebna myśl o życiu wiecznym. Ja już z tym jednym żywotem jakoś nie mogę sobie poradzić a co dopiero z wiecznym? To dopiero byłby problem, rozłożyć swoje marzenia i cele na całą wieczność. Albo na kolejne żywota, jeżeli brać pod uwagę reinkarnację. Mam więc nadzieję, że to jest tak, że jeżeli nie wierzysz, to umierasz zwyczajnie. Pstryk. Gasną światła, ciało kruszeje, myśli znikają, nie ma nic. Pustka. I tylko wierzący dostają to, czego tak usilnie pragnęli. Dla nich Bóg jest prawdziwy i może nawet poklepie ich po ramieniu i powie coś miłego, żeby wchodzili do nieba uśmiechnięci. Całe życie w smutku to chociaż to wieczne może będzie bardziej radosne.

Kręci głową. Może nawet by się uśmiechnął, ale chyba nie potrafi.

– Nie narzekam. To nie tak, że narzekam. Ja właśnie nie potrafię. I moje szczęki coraz mocniej napierają na siebie. Właśnie dlatego, że chciałbym trochę ponarzekać, a nie mogę. Cały jestem milczeniem. Potrafię tylko milczeć. A we mnie jest tak wiele słów. I one mnie uciskają. Tak od środka. I powinienem iść w tę stronę, w którą one gonią, ale jakoś nie potrafię. I dlatego mam wrażenie, że jednak jestem tylko zwyczajną marionetką. Chociaż to takie oklepane. Już od czasów Szekspira mówiono, że życie to teatr, nic więcej. Wolałbym wymyślić coś bardziej oryginalnego, ale może zwyczajnie nie potrafię.

Skłania głowę. Przez chwilę w sali panuje cisza. A potem dociera do niego, że ludzie klaszczą, mocno, natarczywie, jakby spodobało im się to, co następnego dnia nazwą totalną porażką. Kupą gówna. Stratą czasu. I może nawet będzie trochę w tym racji, bo nie był to jego najlepszy występ. Jest już zmęczony. Całe to brzuchomówstwo jest kurewsko męczące. Ma dość. Od jakiegoś czasu nosi się z zamiarem porzucenia tego fachu. Ale nie może. Z tego żyje, więc musi. Każdego dnia musi stawać na scenie i udawać, że zaciska z całych sił swoje wargi. A potem, kiedy nadejdzie ranek, sprawdzi portale internetowe i będzie czytał. Chociaż dobrze wie, że to nie ma sensu, że cały ten hejt wcale nie jest wymierzony w niego, że tu chodzi o ludzi w ogóle. O tych, którym się lepiej powodzi albo o tych, którzy nie osiągnęli nic. Że nie wiadomo dlaczego człowiek człowiekowi wilkiem. Że ludzie gryzą, szarpią i drapią. Chociaż nie muszą. Nie mają celu. Niczego nie zmienią, nic nie naprawią, tylko obrzucą śliną, literami, tymi komputerowymi plwocinami. Bo są anonimowi i mogą. Bo nagle cała ta złość, złość, którą trzymali jeszcze ich prapradziadowie, złość życia pod zaborami, złość powstańców, którzy ginęli po nic i złość tych, którzy wywalczyli wolność w zamian za własną młodość. Złość pierwszej i drugiej wojny i złość wolności, która nie była wolnością. Złość na tych co potem dali prawdziwą wolność, bo nagle okazało się, że ciężko żyć bez tych, co trzymają za pysk. Złość kobiet w ciąży, dzieci chorych i zdrowych. Złość lewicy i prawicy oraz tych, którzy nie mają pojęcia dlaczego nazywają ich lewakami, chociaż są po prostu kapitalistami. Złość społeczników, wolontariuszy, dziwek, alfonsów, polityków, księży, ludzi niewinnych i winnych. Złość na to co się ma i czego się nie ma. Złość całych pokoleń. Ta złość wylewała się potem na portalach i zalewała okoliczne wioski, wsie i miasta. Pojedynczych ludzi i pojedyncze zdarzenia. Czasami przypadkowo. Złość przekazana genetycznie, z którą nie można walczyć, bo nie sposób wycisnąć z samego siebie pamięci, nawet takiej na poziomie komórkowym. Więc nie powinien czytać, wie o tym, ale jakaś siła wciąż pcha go i nie pozwala przejść obojętnie. A przecież zawsze kochał ludzi. Zawsze szukał w nich dobroci. I nawet znajdował. Tego się będzie trzymał. Jak brzytwy. Bo w ludziach jest dobro, on o tym doskonale wie. Tylko niektórzy wpierw muszą nauczyć się, jak żyć z własną złością.

zdj.ze strony: http://www.radiopik.pl/6,37912,marionetki-bei-ihnatowicz-w-toruniu&s=1&si=1&sp=1



piątek, 22 czerwca 2018

Umrzeć wcale nie tak bardzo

Poranek dotknął jej policzka, a potem delikatnie przesunął się w kierunku powiek. Poczuła jak jasność wnika do jej wnętrza, ale nie otworzyła oczu. Tak było lepiej. Wolała leżeć nieruchomo i czuć jak świt penetruje jej ciało. Było w tym coś erotycznego i zakazanego. Chociaż w rzeczywistości nic nie zaszło. Po prostu leżała na łóżku. Pokój był pusty. A może nie był? Posłyszała jakiś szmer. Czyjś szept (taki sam jak wówczas, kiedy była dzieckiem i rodzice próbowali ukryć przed nią swoje kłótnie, także te prowadzące do rozpadu ich małżeństwa), przebiegł obok niej, ale nie zdołała go pochwycić. Jej głowa była zbyt ciężka. Coś przyciskało ją do poduszki. Już nie czuła pieszczoty wschodzącego słońca tylko strach. Wcale nie blady, raczej kościsty i lepki. Jej skóra stopniowo zaczęła pokrywać się delikatnymi kropelkami. Ale to nie mógł być pot. Pot jest zbyt przyziemny i zwyczajny, z pewnością nie tak gęsty i ciężki. A ona wyraźnie czuła ciężar. Coś ją dociskało do łóżka, wgniatało w pościel i odbierało oddech.
„Muszę otworzyć oczy”, pomyślała, ale powieki nie zamierzały jej słuchać. Leżały martwo na jej gałkach ocznych, po raz pierwszy tak odrębne, jakby wcale nie stanowiły kawałka jej samej. A przecież to były jej powieki, powinny robić co im mówi.

- Trzeba ją gdzieś przenieść, nie może tu tak leżeć – posłyszała, tym razem dość wyraźnie i nagle zapragnęła krzyknąć. Tak, krzyk byłby wybawieniem. Zawsze jest. Dziecko, kiedy przychodzi na świat też wpierw krzyczy. Jakby krzyk był oznaką życia, siłą, Wszystkim. Więc spróbowała otworzyć usta, ale żaden dźwięk nie miał zamiaru w niej powstać.

– Opada jej szczęka, weź jakiś kawałek szmaty i jej podwiąż, bo to strasznie wygląda, jakby do nas gadała.
– Idiota. Czyś ty nigdy trupa nie widział?
– No tak, właśnie że nie widziałem. To moje pierwsze zlecenie.
– To poczekaj ino jak puści soki. Albo ręką poruszy.
– Czemu miałaby ruszać ręką?
– To takie odruchy. Mięśnie po śmierci tężeją i różne dziwne rzeczy potem zachodzą. Czasami mam wrażenie, że ktoś mnie chwyta za dłoń, jakby chciał mnie powstrzymać. Jakby wcale nie umarł…
– Weź mnie człowieku nie strasz. Lepiej zabierzmy się stąd szybko, bo jakoś tak nieprzyjemnie.
– No już dobrze, dobrze, trzeba tylko ją wpierw umyć.
– Umyć?
– No przecież. Wszystko ci trzeba mówić?

Poczuła czyjąś dłoń na swojej skórze. Ktoś rozpinał jej bluzkę. A jednak wciąż nie mogła nic zrobić. I tylko leżała nieruchomo, jakby jej ciało nie należało już do niej, a do kogoś zupełnie innego. Pożyczona sukienka z tafty, niedopasowana, sztywna i obca.
„Ja żyję”, powtarzała w myślach, ale myśli mają to do siebie, że zwykle nikt ich nie może posłyszeć poza nami samymi, więc mężczyźni nie zwrócili uwagi na tę jej wewnętrzną szarpaninę. „Boże, pozwól mówić”, błagała, ale Bóg nie zamierzał jej słuchać, bo go wcale nie było obok niej. Miał swoje sprawy na głowie. Dużo ważniejsze i nie tak przyziemne jak wydawanie z siebie głosu.

– Dobra, teraz weź gąbkę i wjedź w każdy zakamarek.
– To obrzydliwe.
– Obrzydliwe jest zjadanie ślimaka żywcem, a ty masz umyć całkiem ładną lalunię.
– Jezu, człowieku, przecież to jest martwa dziewczyna.
– Ale cycuszki niczego sobie i zgrabne nogi…
– Chyba ci odbiło.
– Ciało to ciało, co za różnica czy wciąż ciepłe, czy takie co już powoli stygnie?
– Jesteś chory.
– Nie. Po prostu przyzwyczaiłem się. Poza tym…
– Co poza tym?
– Może oni wcale nie są tak umarli jak nam się wydaje? Może wciąż są z nami i chcieliby zaznać jeszcze chociaż odrobiny…
– Nawet nie kończ, człowieku. Jesteś pieprzonym nekrofilem.
– Pogadamy za parę lat.
– Za parę lat to ja tu nie będę pracował. Zatrudniłem się tymczasowo.
– Każdy z nas tak mówi, a potem żaden nie potrafi odejść.
– Dlaczego?
– Nie wiem. Tak po prostu jest. Trupy są bardziej wyrozumiałe od żywych. I, no wiesz, oni są tacy cisi. Mówisz do nich, a oni niczego nie komentują, nie dają uszczypliwych uwag, po prostu słuchają.
– Niczego nie słuchają, przecież są martwi.

Ale ja słyszę. Słyszę wasze głosy i czuję jak obmywacie zbyt zimną wodą moje ciało. Moze nawet mam gęsią skórkę. Zerknijcie na moją skórę, tak mi zimno, wówczas zrozumiecie, że wciąż tu jestem, że to jakiś cholerny i dziwny paraliż. Ja wcale nie umarłam.

– Dobra. Ubieramy i wrzucamy na pakę.
– Masz dla niej jakieś ubrania?
– Coś znajdziemy. O, patrz, to jest niezłe.
– Daj spokój, to do niej nie pasuje.
– A ty wiesz co do niej pasuje?
– Wygląda na taką spokojną.
– To oczywiste, idioto, przecież jest martwa. Wszystkie trupy są spokojne. Chyba że te powypadkowe. To to są nadzwyczaj niespokojne. O ile da się je w ogóle złożyć do kupy… Kiedyś pomyliłem i dałem nogę faceta do trumny z babą. Ale, jak Bóg mi świadkiem, wyglądały bardzo podobnie. Nie moja wina, że się nie goliła.
– Jesteś obrzydliwy.
– Przywykniesz.
– Wolałbym nie. Mówiłem przecież…
– Tak, tak, to czasowa praca. Mówiłeś.

Nie lubię tej małej czarnej. Jest zbyt obcisła i za krótka. Nie wiem czemu zostawiłam ją w szafie. Może miałam nadzieję, że kiedyś ją jeszcze nałożę, na jakąś randkę, do kina, nie wiem. To głupie. Bo przecież zupełnie nie jest w moim stylu. Wolałabym mieć na sobie coś kolorowego, najlepiej w kwiaty. Mam kilka ładnych sukienek.

– Ta będzie idealna.
– Tak. Rodzina się ucieszy. Będzie wyglądała, jakby szła na pielgrzymkę do Częstochowy. Jeszcze jej na głowę beret załóż.
– Przecież jest fajna, taka dziewczęca.
– Nie znasz się, ale wszystko jedno. Możesz jej nałożyć sukienkę w kwiaty. Nie będzie się skarżyć.
– Wiesz coś o jej rodzinie?
– Niby co?
– No, gdzie są, czemu sami tego wszystkiego nie robią.
– Nie wiem, może nikogo nie miała i już.
– Taka ładna i samotna?
– Trup ci się podoba? A mnie od pedofilów wyzywasz.
– To nie o to chodzi…
– A o co?
– Sam nie wiem. Mam wrażenie, jakby chciała mi coś powiedzieć.
– Oczywiście! Ona mówi: Pakuj mnie kurwa wreszcie do trumny zanim zacznę śmierdzieć.

On ma rację. Czuję ten zapach. Nigdy wcześniej go nie czułam, a teraz przyszedł. Nie, nie przyszedł. On jest we mnie i pomału zaczyna ze mnie wychodzić. Więc jednak umarłam? Rozpadam się od środka, gniję. Tak ma wyglądać koniec? A gdzie tunel i światło? Jezu, to chyba jednak tylko jakiś potworny sen.

– Na raz, dwa i trzy. Teraz tam przywiąż, żeby się nie osunęła na ziemię, bo nie chcemy mieć poobijanej denatki.
– Słyszałeś?
– Co?
– Jakby westchnięcie.
– To pewnie gazy.

Musicie mnie obudzić. Musicie mnie obudzić. Zrzućcie mnie na ziemię, może wówczas się obudzę i wyjaśnię, że to cholerna pomyłka.

– Kurwa, ona mnie chwyciła za rękę.
– Pośmiertny przykurcz.
– Nie, to nie było to. Zatrzymaj się do cholery, musimy sprawdzić…
– Wciąż zimna, wciąż martwa. Nie wiem co chcesz sprawdzać.
– Ona tylko śpi.
– Lepiej zrezygnuj z pracy po tym zleceniu, młody, bo nie nadajesz się do tego zawodu. Zostań lepiej poetą czy coś.
– Sam se zostań poetą.
– Ja już jestem. Piszę wiersze o zwłokach, które nocami wstają i chodzą po kostnicy.


Chciałabym uciec. Ale moje ciało już do mnie nie należy. Jest dziwnie ciężkie. Obce. Chciałabym odejść, tylko nie wiem jak. Zimno mi. Strasznie tu zimno.

– Zostanę z nią na pace.
– No, no, romantyk. Trochę za późno na amory.
– Jakoś tak czuję, że ona wolałaby mieć kogoś przy sobie.
– Idiota.
– Sam jesteś idiota.

Dziękuję. Twoja dłoń jest taka życzliwa. Gładzisz moje włosy a ja miałabym ochotę mruczeć jak kot. Dlaczego dopiero teraz mnie odnalazłeś? Czemu tak późno?

– O nic się nie martw. Będę przy tobie.

Do samego końca?

– Do samego końca. Nie musisz się bać.

Już mi lepiej. Dziękuję. To miłe, kiedy tak trzymasz mnie za rękę. Przypominam sobie moją pierwszą miłość. Przelotne spojrzenia i przelotny dotyk. Właściwie, dlaczego ja go wówczas nie zatrzymałam przy sobie? Gdybym mogła żyć jeszcze raz...

– Mamy tylko to jedno życie. Bez możliwości szkicowania i wymazywania gumką.

Szkoda. Bywałam nieroztropna. Nie rozumiałam, tylu rzeczy nie rozumiałam.

– O nic się już nie martw. Dobranoc.

Dobranoc. Chociaż mam wrażenie, że tego poranka już więcej nie zasnę.


"Autopsja Jane Doe": kadr z filmu
kadr z filmu "Autopsja Jane Doe" (https://kultura.onet.pl/film/recenzje/autopsja-jane-doe-przyczyna-smierci-nieznana-recenzja/mj3885c)

niedziela, 17 czerwca 2018

Ida. Opowiadanie pół-krótkie jak nagle przerwany sen

Uchyliła powieki. Chciała jeszcze przez chwilę błąkać się po zakamarkach tego snu, który stopniowo zanikał. A przecież była taki przyjemny. Chociaż. Nie, wcale nie był przyjemny. Gryzł i szarpał jej ciało, sprawiał, że rolowała pościel niczym magiel a jednak. A jednak było w tym śnie coś, co ją pociągało. Drażniło i fascynowało zarazem? Co to takiego?
Usiadła na łóżku i opuściła nogi. Przez chwilę jej stopy szukały miękkości kapci. Codziennie to samo. Każdego dnia jej buty znikały gdzieś pod łóżkiem i musiała je gonić. Jakby prowadziły intensywne życie nocne, a ona im przeszkadzała, bezczelnie wtrącała się swoją bosą stopą, wyrywała z zabawy, stosowała przemoc. „Ale przecież nie jestem okrutna”, pomyślała, „To tylko kapcie. Dość wysłużone i niezbyt atrakcyjne, zwyczajne kapcie, przedmiot martwy pozbawiony duszy. Chociaż. Może coś mylę, może przedmioty mają duszę, ukrytą pomiędzy zwartością atomów, niewidzialną i wrażliwą?”
Pokręciła głową. „To niedorzeczne. Tak myśleć, niemal magicznie”.
Zapaliła światło w łazience. Wielkie lustro spojrzało na nią z ukosa, ale ona w pierwszym momencie nie zauważyła swojego odbicia, jakby lustro zapomniało, że ma pokazać jej wizerunek i zamiast niego wyświetliło fragment tego snu, o którym już prawie zapomniała. Wyciągnęła rękę i przetarła nią gładką taflę. Mgła osiadła na opuszkach jej palców. Miłość od pierwszego dotyku. Wilgotny pocałunek. Pomiędzy białymi smugami dostrzegła w końcu fragment swojej szyi i policzka. Czubek głowy uzbrojony w niebieskie włosy. „Lepsze takie niż siwe”, mówiła, kiedy pytano ją dlaczego tak odważnie, tak radykalne i ostro. Ale to nie była prawda. Już po prostu nie pamiętała jaki kolor to ten naturalny. Kiedy przyszła na świat jej głowa była łysa i błyszcząca. Ani jednego włoska. Nic. „Proszę się nie martwić”, powiedział lekarz do jej matki, „To się zdarza. W końcu urosną”. Wiec jej matka czekała. Każdego dnia sprawdzała maleńką głowę, jakby szukała oznak wiosny i każdego dnia przymykała powieki, rozczarowana. „Łysa pała”, przezywały dziewczynkę dzieci, kiedy poszła do przedszkola. „Musi mieć raka”, szeptali rodzice na rozpoczęciu roku szkolnego. „Możliwe, że to jakaś choroba genetyczna”, „Jej matka oddała duszę diabłu, to dlatego”, „Biedne dziecko, takie szpetne”, „Tfu, straszydło, lepiej, niech no zakrywo ten swój łysy łeb, bo jeszcze nam nasze pociechy pozarożo”, „Od razu widać, że nieślubne”, „Bóg się ulituje, tylko proszę się do niego każdego dnia modlić i na kościół dać, nie skąpić”. Otaczały ją szepty, które czasami wcale nie były szeptami, bo niektórzy ludzie mówili całkiem głośno, chociaż na boku i z lekką chrypą. Pod koniec szkoły podstawowej, kiedy jej matka wreszcie pogodziła się z tym, że głowa jej córki będzie błyszcząca, cielista i nieskazitelnie gładka, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, niemal z dnia na dzień, ukryte dotąd cebulki włosów nagle ożyły i wypuściły pierwsze pąki. Delikatny meszek był przyjemny w dotyku i przypominał mech. Więc Ida, jak tylko włosy stały się trochę dłuższe, pokryła je zieloną farbą. A potem, kiedy zaczęły sięgać jej za ucho, przemalowała je na czerwono. Zmieniała ich kolor, jakby przeznaczeniem włosów było przyjmowanie na siebie nastroju właścicielki – czarne, kiedy miała depresję i złote, gdy urodziła pierwsze dziecko. Fioletowe, kiedy pojechała do Tybetu na medytację, brązowe niczym jesienne, gnijące liście, kiedy zdradził ją mąż i pomarańczowe, kiedy sama go zdradziła.
A teraz niebieskie. Dlaczego taki kolor? Westchnęła, bo nie mogła sobie przypomnieć co nią kierowało, jaka myśl była tą pierwotną, tym impulsem, który sprawił, że poszła do sklepu i kupiła kolor 004, błękit królewski, „wyjątkowy i odlotowy”, jak głosiła etykieta na opakowaniu. Nie, raczej nie zamierzała nigdzie odlatywać. Chociaż. Przecież w swoim śnie latała. Mignęło przed nią wspomnienie rozpostartych ramion, poczucie wolności i strachu, kiedy ciało zaczęło z impetem opadać w dół.
Potrząsnęła głową. „To tylko sen”, wyszeptała uspokajająco w kierunku, nagle zdenerwowanego, serca. „Potrzebuję filiżanki mocnej kawy”, powiedziała spoglądając na swoją rękę, w której tkwiło wielkie, białe ucho kubka. Czarny napój drgnął delikatnie, jakby chciał ją ponaglić, by go spróbowała, a przecież nie pamiętała wizyty w kuchni. Więc jak to możliwe? Kawa smakowała wspomnieniem tego dnia, w którym przyszła zbyt szybko do domu i zastała leżącą na podłodze matkę. Kuchnia pachniała aromatem świeżo mielonych ziaren. Cała podłoga zasypana była czarnymi okruchami. Matka miała dziwnie wykrzywioną głowę i rozrzucone na bok nogi. W pierwszym momencie Ida była przekonana, że to jakiś żart. Dziwny i niezbyt przyjemny. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to Koniec. Taki prawdziwy i ostateczny.
Westchnęła. Nie miała ochoty przypominać sobie tamtego dnia, w ogóle nie lubiła grzebać w przeszłości. Ani własnej, ani cudzej. A jednak Przeszłość wolała, kiedy o niej pamiętano i dlatego rozkładała swoje ramiona na całą szerokość strony w gazecie, czasopiśmie, książce. Ba, nawet filmy i wiadomości lubiły nurkować w to, co już było. „Oparte na faktach” bardziej przykuwało uwagę niż słowa „Czysta fikcja”. Chociaż to nie miało sensu, gdyż filtrowana subiektywnymi wspomnieniami, myślami i opisami przeszłość dawno przestawała być tą prawdziwą. I pomimo, iż fakt powinien pozostać niezmienny, ulegał przekształceniom. Dopisywano mu nowe wątki, okoliczności. Zmieniano postacie, przestawiano miejsca, domalowywano nowych świadków.
Podeszła do okna. Roleta wciąż stała na baczność, opuszczona niemal do ziemi, jak strażnik snu i ciemności. Położyła palec na strzałce w górę. Jasność zaczęła stopniowo obejmować ściany, stolik, łóżko. Dłoń z kubkiem zyskała delikatną poświatę, małą aureolę, chociaż wcale nie ubiegała się o świętość.
Kobieta przysunęła nos do szyby. Za oknem wielki plakat z głową polityka zachęcał ją do porzucenia wolności. „Wolność to niewola. Zniewolenie to prawdziwa wolność”. „Niedorzeczne”, pomyślała, „Jak u Orwella”, pokręciła głową z niedowierzaniem i nagle po jej plecach przeszedł dreszcz, bo wrócił do niej ten sen, delikatnie nieprzyjemny i zrozumiała, że była w nim kimś, kto nie ma pojęcia, iż żyje w klatce, a kiedy w końcu z niej ucieka, okazuje się, że istnieje kolejna klatka. Tyle że większa.
Otworzyła okno. Noga Idy przez chwilę nie była pewna czy ma ochotę stanąć na parapecie, ale kobieta była uparta. „To jest tylko dalszy ciąg tego samego snu!”, krzyknęła, ale nie usłyszała własnego głosu, zupełnie jakby słowa zostały unicestwiane zanim zdołały naprawdę zaistnieć. „To tylko sen, więc jak skoczę to wreszcie się obudzę”, powiedziała nie wypowiadając żadnego zdania, bo nagle nie posiadała ust, jedynie namalowane na skórze czerwoną szminką wargi, które nie potrafiły mówić.
Krok.
Strach i radość.
Rozpostarte ramiona witające pęd powietrza.
Uchyliła powieki. Chciała jeszcze przez chwilę błąkać się po zakamarkach tego snu, który stopniowo zanikał. A przecież była taki przyjemny. Chociaż. Nie, wcale nie był przyjemny. Gryzł i szarpał jej ciało, sprawiał, że rolowała pościel niczym magiel a jednak. A jednak było w tym śnie coś, co ją pociągało. Drażniło i fascynowało zarazem? Co to takiego? Co to takiego było?


czwartek, 1 lutego 2018

Cel

Ucieka. Perfidnie, z premedytacją, z drwiącym uśmiechem założonym na nie-wargi. Przeciska się między moimi palcami i spływa gdzieś w przestrzeń, w miejsce zupełnie obce i nieznane. Jeżeli ma nadzieję, że będę go śledzić, to jest w błędzie. Nie mam ani sił, ani możliwości. Dom, trójka dzieci, zapracowany mąż, szczekający pies, którego trzeba wyprowadzać na spacer, pranie, które samo do pralki jakoś nie wskakuje. Na półkach też potem się samo nie układa, chociaż nie wiem co je powstrzymuje. Ja tam na jego miejscu… Ale mniejsza z tym. Najważniejsze, że nie ma tych cholernych możliwości. Buty do biegania już od dawna mnie cisną. Zresztą, nigdy nie byłam fanką wprawiania swojego ciała w ruch, w czasie którego bolą pośladki. Niektórych nawet cycki. Ale to tylko, kiedy ktoś takowe posiada.
Więc jestem sobie w moim małym domku przytulonym do jednej z wąskich uliczek Miasta i wzruszam ramionami. Z bezradności. Bo On ucieka a ja nic. Ani drgnę, chociaż coś we mnie jakby pękało. Może nawet posłyszałam jęk. Nie, to znowu skamlał mój wiecznie głodny pies. Nawet nie pamiętam dlaczego kupiłam właśnie psa. Lepiej mieć kota. Nie trzeba wychodzić z domu, kiedy wieje i pluje człowiekowi w twarz deszczem. Ale mam psa. Dużego. Takiego do przytulania. Z pachnącymi łapkami. Chyba że akurat w coś wdepnie. Wówczas raczej śmierdzą. Co zrobić. Każdy z nas czasami w coś wdepnie. Ja też. Może nawet ta cała sytuacja, kiedy On ucieka a ja nie próbuję Go gonić jest jednym, wielkim WDEPNIĘCIEM. Nie, nie w gówno. Dlaczego od razu tak radykalnie? Nie ma to na świecie innych śmierdzących, lepkich substancji?
Wdepnęłam w otchłań niemożliwości. To by było bardzo poetyckie. Prawda jednak zwykle jest prozaiczna. Żadna tam otchłań. Nie ma bezdennych studni niebytów, to wymysł tych, którzy lubią banalne słowa. W rzeczywistości jest zwyczajny brak sił. Taki nagły i uderzający w ciebie zbyt mocno, by mu się przeciwstawić. Obezwładniający. Kiedyś na kursie samoobrony pokazano mi chwyt, jak kogoś rzucić na ziemię tak, by z niej już nie mógł wstać. A teraz życie trzyma mnie w takim samym uścisku. Paradoks? Nie. Raczej ciąg dalszy, kontynuacja. W każdym razie nie biegnę za nim i jakoś mi z tym bardzo źle. Nie dlatego, że nie chce mi się tyłka ruszyć. Oczywiście, lenistwo jest okropną cechą, ale akurat w nią nie zostałam wyposażona. Mój brak sił to coś zupełnie innego. Chcesz wiedzieć co? Ciekawość zżera? Masz ochotę zajrzeć do mojej głowy i zapytać co się stało. Chcesz wiedzieć kogo miałam gonić? Ale może ja wcale nie miałam za nikim biec?/ Skąd wiesz, że powinnam, skoro wnioskujesz to jedynie na podstawie tego co sama powiedziałam Przecież nie jestem obiektywna. Nie można obiektywnie ocenić samego siebie. Więc być może sytuacja wcale nie jest taka drastyczna?
Bo przecież mogę wcale nie umierać. A ten mój ostatni oddech to jeszcze nie teraz. Nie było wyroku, lekarzy i płaczu. Wszystko to bujda mająca na celu zmylenie. Kogo? Może mnie samej. Bo przed chwilą przebiegł mi przez palce Cel, a ja nie próbuję za nim gonić. Chociaż obiecywałam, że nawet w ogień...


niedziela, 21 stycznia 2018

Pętla

Są słowa, które nie tyle wnikają w człowieka głęboko, ile wgryzają się w całe jego ciało, umysł, a potem męczą jak kot pastwiący się nad upolowaną myszą. Czasami puszczają, dają odetchnąć, ale to tylko gra, chwilowa przerwa po to, by wzmóc atak, by kolejny cios był bardziej bolesny. Krwawy.
Spojrzała w lustro i zagryzła zęby. Właściwie nic się nie zmieniło w jej wyglądzie. Te same wypłowiałe, błękitne oczy. Zupełnie jakby ktoś próbował gumką zmazać namalowane niebieską farbą niebo. Te same jasne brwi i ciemniejące ze zmęczenia, a może początków starości, włosy. Tylko uśmiechu nie było. Zniknął. Zaraz po tym jak TO poczuła. Cała radość nagle z niej wyparowała. Może dlatego miała takie podkrążone oczy i zapadnięte policzki? Kiedyś były dość wydatne. Ładne. A jeżeli nie ładne, to przynajmniej zdrowe. A teraz?
Pokręciła głową i związała włosy w ciasny warkocz. Taki, żeby trochę bolała ją potem głowa. Bo może dzięki temu nie będzie czuła TYCH myśli. Ale one i tak nie dawały jej spokoju. Więc tylko wzruszyła ramionami, chwyciła lezącą na krześle teczkę i wyszła z domu.
Ulice Miasta były szare i pozbawione uroku. Resztki śniegu zalegały po katach. Psie kupy sterczały gdzieniegdzie w ich bladych ramionach. Zmarszczyła nos, chociaż nie czuła żadnego zapachu. Mogła jednak GO SOBIE WYOBRAZIĆ. I to jej wystarczyło.
- Och, przepraszam – posłyszała, kiedy czyjeś ramię zawadziło o jej wychudzoną rękę.
- Nie szkodzi – odparła i uniosła oczy. Nie powinna była tego robić. Jej matka zawsze powtarzała, że nie wolno patrzeć nieznajomym w oczy.
- To przynosi pecha, a w gorszym wypadku miłość. Właściwie jeden pies. Bo kto widział kiedy szczęśliwego zakochanego? Takiego do grobowej deski? Tak na chwilę, to owszem. Odurzenie. Oczarowanie. Przyspieszony oddech i rozszerzone źrenice. Ale potem wchodzi Codzienność. A miłość bardzo nie lubi zwyczajności. Więc próbuje jeszcze chwilę pobyć w tej niezbyt komfortowej sytuacji, ale potem ucieka. Powtarzalność wymiata ją z chaty, jakby była kurzem. I już. O, tyle (pokazuje kciuk i palec wskazujący, a potem zmniejsza między nimi przestrzeń), tyle zostaje z miłości po dziesięciu latach mozolnych prób wskrzeszenia tego pierwszego spojrzenia. Więc, córko, nigdy nie patrz mężczyznom w oczy, bo to biesy jedne, diabły wcielone, uwiodą, zaczarują, a potem zdepczą. Lepiej zostań jak ja, starą panną. Będziesz szczęśliwsza.
- Ale przecież Ty miałaś tatę…
- Nikogo nie miałam. Twój ojciec był wiosennym wiatrem, który wdarł się do mojego pokoju, kiedy byłam bardzo młoda. To był tylko sen.
Nie protestowała dłużej. Z matką nie miało sensu dyskutować. A tym bardziej O TYM, który przyczynił się do jej poczęcia. Staruszka miała kilka pięknych opowieści. Najbardziej lubiła tę o zapachu lasu i pięknym Cyganie, który każdego wieczoru tworzył dla jej matki cudowną pieśń. I może nawet żyliby ze sobą długo, gdyby nie to, że mężczyzna zapadł pewnego dnia na dziwną chorobę, która wpierw zjadła jego skórę, a potem duszę.
- Nic się nie stało – odparła cicho i szybko spuściła wzrok. Oczy mężczyzny były ciemne i przenikliwe.
- Pani się trzęsie?
- To z zimna.
- Zapraszam więc na filiżankę gorącej czekolady – odparł przyjaźnie.
Powinna była powiedzieć NIE. Zaprotestować i odejść, ale nie potrafiła. Zerknęła na mężczyznę i od razu polubiła to łaskotanie w brzuchu. To śmieszne uczucie ściśniętego żołądka, bicie serca, które nagle zamiast w klatce piersiowej było też w gardle. I śledzionie. Moze nawet w nogach.
Więc poszła na tę filiżankę czekolady, po której była kolejna, i jeszcze jedna. Tak słodko jeszcze nigdy się nie czuła, więc kiedy zaproponował jej wspólne mieszkanie, przytaknęła, szczęśliwa, zakochana. A potem były dzieci, pies, kot, mały domek na jednej z tych wąskich uliczek, które próbują zmusić sąsiadów do zaglądania sobie w okna. I może miłość miałaby się całkiem dobrze, gdyby nie jakiś SMUTEK. Zupełnie dla niej niezrozumiały, którego wcale nie chciała czuć, nawet próbowała przegonić, ale on nie ustępował. Więc pozwoliła mu zostać. I to był błąd. Niewybaczalny. Popełniony ze strachu. Więc kiedy jej mąż powiedział pewnego dnia, że odchodzi, nie powinna była czuć zdziwienia. Przecież matka ją ostrzegała. A i ona sama wiedziała, że nic nie jest wieczne. A jednak te słowa o KOŃCU, o BRAKU weszły w nią bardzo głęboko. Tak głęboko, że aż z trudem łapała oddech. Miłość, która jeszcze w niej tkwiła nagle zbladła i zamknęła oczy. Na wieki. I kiedy stanęła przed lustrem pokręciła tylko głową i związała włosy w ciasny warkocz. Taki, żeby trochę bolała ją potem głowa. Bo może dzięki temu nie będzie czuła TYCH myśli. Ale one i tak nie dawały jej spokoju. Więc tylko wzruszyła ramionami, chwyciła leżącą na krześle teczkę i wyszła z domu. 

 

piątek, 11 sierpnia 2017

Wspomnienia

Wcieram wspomnienia w ściany, stoły, krzesła, w każdy kąt i zakamarek mojego domu, jakby były tynkiem. Glinianym tynkiem, który potrzebuje delikatnych dłoni, żeby go rozprowadziły równomiernie po całej powierzchni. I kiedy skończę, a nie skończę nigdy, bo wszystkie zdarzenia mają jakieś znaczenie i każde z nich należy wetrzeć w ścianę, poczuję zadowolenie. Albo nie poczuję nic, bo kiedy skończę, będą mnie chować do trumny, chociaż bardzo nie lubię ciasnych, klaustrofobicznych pudełek.

Wzdycham ciężko. Zupełnie nie tak jak uczy tego joga. Pozbawiam mój oddech odpowiedniej lekkości, nie idzie on prosto z mojego brzucha tylko ucieka z głowy. Wzdycham ciężko głową, bo to ona ciągle jest pełna niespokojnych myśli, zawirowań i pytań właściwie po co. W jakim celu ja tu, przed komputerem, moje palce na klawiaturze. Dlaczego ja tam, przy sztaludze a moje dłonie z pędzlem, nie z papierosem, bo te rzuciłam kilka lat temu. Nawet nie w kąt, bo stamtąd mogłyby znowu do mnie przyleźć, właśnie przyleźć a nie przyjść, bo pełne smolistych substancji nie potrafią poruszać się lekko i z gracją. Ale nie przyłażą, więc pewnie upadły gdzieś daleko, nie na wyciągnięcie ręki. Wypadły z obrębu moich zainteresowań, chociaż raz na jakiś czas jakiś wewnętrzny głos próbuje mnie skusić. Idź i szukaj. Potrzebujesz tego dymu, który dawniej tak przyjemnie łaskotał twoje płuca. Tfu, a kysz. Teraz moje płuca są wolne i zwykle oddychają spokojnie, ba, czasami oddychają niezwykle wolno, w przemyślany i ukierunkowany sposób. Ale to tylko wówczas, kiedy mam czas na pranajamę. Przeważnie nie mam. Więc dlaczego moje ciało w pozycjach jogi, niemal każdego dnia rano? W jakim celu ja tu i tam, ja w domu i poza domem. Z ludźmi i bez nich?

Wcieram wspomnienia w ściany. Niech oddychają tym, co dla mnie ważne.




sobota, 13 maja 2017

myśli z lekka feministyczne #zmiana_nazwiska #feminizm

Przez wielkie okno wpadało do pomieszczenia jasne, spokojne światło. Dębowe biurko stało pośrodku gabinetu niczym ołtarz, na którego grzbiecie wypoczywały białe dokumenty, w każdej chwili gotowe, by złożono z nich ofiarę. Urzędnik, starszy, dystyngowany pan uzbrojony w wąsik, który raz po raz, jednym, pociągłym ruchem, podkręcał w górę wedle jakiejś dawno zapomnianej już mody czy też dla podkreślenia elegancji, a może zupełnie bezwiednie, przypadkowo, niemal jakby ten gest był mimowolnym odruchem takim samym jak mruganie. A ponieważ palce zawsze są lekko wilgotne wąsik zyskiwał filuterny błysk, taki sam jak oko, które akurat zobaczyło piękną kobietę. Ciężkie, pokryte pluszem krzesło, stało odsunięte, jakby zapraszało do spoczynku, ale kobieta nie miała zamiaru siadać. Spojrzała na dokument. Decyzja. Właściwie nie mam wielkiego wyboru, muszę podpisać, zmienić, przekreślić przeszłość, tego wymaga zwyczaj i stojący obok Władek. A jednak coś we mnie skrobie i piszczy, bo przecież nie mam ochoty na utratę własnej tożsamości. Zawsze nosiłam to jedno nazwisko, z którym byłam w całkiem dobrej komitywie, a teraz nagle wszystko ma ulec zmianie, może nawet zapomnieniu. Jeden podpis i już przestaję być sobą dawną, zupełnie jakby możliwe było wprowadzenie jakiejkolwiek zmiany do swojej osobowości. Co by pomyślał mój ojciec widząc mnie tutaj, w tym miejscu, w którym mam powiedzieć, że oto skazuję nazwisko Szafkowskich na wymarcie…
- Czy coś jest nie tak? - głos urzędnika był taki, jakim natura obdarzyła większość osób związanych z prawem, idealnie dopasowany zarówno do dobrze skrojonego, aczkolwiek skromnego surduta, oraz czarnego wąsa – rzeczowy, spokojny, pozbawiony emocji.
- Nie… - powiedziała odruchowo. Ale właściwie dlaczego okłamuję tego miłego, starszego pana? Przecież tak naprawdę mam ochotę krzyknąć, że niczego nie podpiszę, bo pragnę pozostać sobą, bo żadnej innej siebie nie znam. Dlaczego należy przekształcać coś, co tak dobrze funkcjonuje? Co ma w ogóle znaczyć taka metamorfoza? Czy jestem wężem, który zrzuca starą skórę, by móc żyć w nowej?
- Masz jakieś wątpliwości, Tosiu? - niski, przyjemny głos Władka połaskotał jej ucho, więc próbowała poruszyć ustami, by wyglądały na zadowolone, ale one ani drgnęły, sparaliżowane, niepewne tak samo jak ona.
- Powinnam… - powiedziała i od razu zrozumiała, że to nie prawda, że niczego nie musi, że powinność należy do tych, którzy ulegają pokusie życia wedle schematu. Łatwiej podążać drogą już wydeptaną, szukanie własnych ścieżek może być uciążliwe. Ba, niebezpieczne.
- Jestem kotem, a koty nie zmieniają nazwisk – wyszeptała i wyciągnęła rękę przed siebie. Mogę podrzeć ten dokument, rozerwać na kawałki pulsującego we mnie niezadowolenia, że coś należy, że tak wypada, jakbym nie miała własnego zdania. Czemu to ja a nie on, ma wprowadzić tak radykalną zmianę? Chociaż… Co by na to powiedziała Tradycja? Czy mam prawo tak po prostu ją odrzucić?
- Potraktuję to jak eksperyment – powiedziała po chwili i wprowadziła swoją rękę w trans.
- Więc załatwione. Po ślubie będzie pani nosiła nazwisko męża – powiedział urzędnik zabierając szybko dokument, na wszelki wypadek, gdyby jednak zmieniała zdanie. - Proszę potrenować nowy podpis - dodał, wyraźnie odprężony, chociaż przez te dwadzieścia lat pracy był świadkiem niejednego wahania, kilku poważnych sprzeczek, dwóch rozstań, a kiedyś nawet doszło do rękoczynów i musiał wskoczyć pod stół, żeby uratować, jeżeli nie godność, to chociaż surdut. Aczkolwiek, przyznał w duchu, zazwyczaj kobiety nie protestują, po prostu przyjmują nowe nazwisko z takim samym entuzjazmem z jakim kupują białe suknie. Ani przez myśl nie przechodzi im, że mogłyby coś zakwestionować, że ten podpis ma tak doniosłe znaczenie. Ich matki przecież czyniły to samo, zresztą nie tylko one, ale i babki, prababki, ciotki, stryjenki, a potem ich córki, pasierbice i bratanice. Taki był porządek rzeczy, po co zakłócać ustalone przed wiekami prawidła? Pokręcił głową. Współczesne kobiety i to ich ulubowanie zmian. Ech, szkoda słów. Moja żona nigdy nie wpadła na pomysł, by mieć inne zdanie niż ja. Zresztą po co, skoro dużo lepiej potrafię podejmować decyzje. W jej głowie, prócz Boga, nie ma miejsca na sprawy trudne.
- Amen – powiedziała Antonina i urzędnik przez chwilę miał wrażenie, iż kobieta posłyszała jego myśli.
- To niedorzeczne sądzić, że ona posłyszała mój wewnętrzny głos – mruczał później pod nosem, kiedy wędrował przez krzywizny kolorowych kocich łbów w stronę domu. Jak w ogóle mogłem pomyśleć, iż może ona mieć dostęp do tego co siedzi w mojej głowie? To pewnie przez brak odpoczynku. Z pewnością. Już od dawna miałem prosić o urlop. Teraz mam przynajmniej argument.



poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Fryga (#rodzicielstwobezwarunkowe) - opowiadanie o niespełna trzyletniej Matyldzie

Patrzyła jak dziecko biega wokół stolika kawowego i w myślach owijała każdy kant miękką gąbką, podgumowywała podłogę i przesuwała kolumnę, o którą tak łatwo zawadzić.
- Może poczytamy? - zapytała Matyldę, ale być może pęd powietrza był zbyt duży, by jakikolwiek dźwięk mógł dobiec do małych uszu dziecka. Usiadła w fotelu i jeszcze chwilę obserwowała córkę, a potem wyciągnęła gazetę i próbowała skończyć czytanie tekstu Mellera, który po raz kolejny pisał o tym, że dzieci to wspaniały temat na felieton – dosłownie nie trzeba wysilać swoich twórczych zdolności, wystarczy spisać ich wybrane poczynania lub (w przypadku starszej dziatwy) przemyślenia. Westchnęła. Zdumiewające ile w tym prawdy. Od jakiegoś czasu w niej również dreptała chęć wykrzyczenia swojego macierzyństwa na papier, tylko wciąż nie była pewna czy, po pierwsze, to ma jakiś sens, cel, znaczenie, po drugie czy znajdzie wolną chwilę, taką w której będzie mogła wyraźnie słyszeć własne myśli. Po trzecie czy kiedy ta chwila nadejdzie komputer będzie do jej dyspozycji... „Preteksty”, przeszło jej przez głowę, ale tylko machnęła ręką jakby chciała odgonić jakiegoś niechcianego robala.
Zerknęła na dziecko. Wciąż biegało niczym fryga – mały bączek, który raz nakręcony mógł wirować bez opamiętania przez kilka minut. Tyle że jej córka potrafiła wejść w tryb kołowy na dłużej, niestrudzone perpetuum mobile. Westchnęła, po raz kolejny i skrzywiła usta, bo od pewnego czasu to głośne nabieranie oddechu stało się jej tikiem, bezwiednym sposobem na ukojenie pewnej nerwowości, która przyszła do niej wraz z pierwszymi wykonanymi przez Matyldę ruchami, które nie wyrażały już tylko chęci przytulenia czy zaspokojenia głodu, a poznania otoczenia, wejścia na niebezpieczne schody, wciśnięcia małej główki między szczebelki, próby wykonania salta z krzesełka do karmienia.
- Nie – powiedziało dziecko, które ujrzało czytającą matkę.
- Co nie? - zapytała z uśmiechem, gdyż jej córka potrafiła być taka słodka i śliczna, jak cukierek, do wycmoktania. Albo mały piesek, którego łapski pachną zwykle jakoś tak przyjemnie słodko, a sierść aż się prosi o głaskanie. - Co nie, Mój Okruszku?
- Nie, czytamy – powiedziała dziewczynka i wyrwała matce Newsweeka z ręki. Kobieta wpierw zaśmiała się, a potem, kiedy zrozumiała, że dziecko naprawdę nie pozwala jej czytać, zmarszczyła czoło. - Chciałam tobie poczytać bajkę, ale nie chciałaś, więc mamusia postanowiła poczytać coś swojego.
Matylda była już jednak w pobliżu sofy, za której poręcz próbowała wepchnąć czasopismo.
- Kochanie, mamusia ma prawo robić coś dla siebie – powiedziała, ale tak jakoś bez przekonania, bez tej koniecznej charyzmy w głosie, która mogłaby odebrać dziecku pismo i pozwolić Kobiecie na chwilę relaksu.
- Nie – odparła kategorycznie Matylda.
- Och – westchnęła Kobieta, a potem wstała, wyciągnęła gazetę zza sofy i odłożyła ją na stolik. - To co chcesz robić?
- Brum, brum – zdecydowanym głosem wycharczało dziecko.
- Teraz nigdzie nie jedziemy – powiedziała Kobieta przekładając w głowie kartki ze znaczeniem słowa „brum, brum”.
- Brum brum!
- Chcesz pooglądać autka?
- Tak – odparła z zadowoleniem Matylda i nie czekając na zgodę matki ruszyła przyprzeć atak na klamkę drzwi prowadzących na korytarz. Stamtąd wystarczyło dopaść tylko jeszcze jednej przeszkody i pokonawszy ją wdrapać się na pralkę skąd był już dobry widok na ulicę. Co prawda mieszkali blisko lasu i niewiele samochodów przejeżdżało koło ich okiem, a jednak raz na jakiś czas, wzbijając tumany szrutowego kurzu, pędziło drogą jakieś auto, albo skuter, a jak dziecko miało szczęście to nawet mogło zobaczyć traktor czy walec. We wsi, w której mieszkali, wciąż gdzieś wyrównywano, uklepywano i uzupełniano żwirem drogi. „Można by przypuszczać, że w nocy ktoś podkrada grysik...”, pomyślała wkraczając do pomieszczenia gospodarczego, gdzie usadowiona na pralce siedziała jej córka.
- Na pralce możesz siedzieć, tylko nie wolno wchodzić na parapet, ponieważ – ale nie dokończyła zdania, gdyż dziecko, lotem jaskółki, poszybowało w dół.
Kobieta rzuciła się do przodu i wyciągnęła przed siebie ręce, a potem zamknęła oczy. Być może chciała w ten sposób zakląć rzeczywistość, pozwolić jakiejś opiekuńczej magii zadziałać i wepchnąć spadające dziecko prosto w jej dłonie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Posłyszała delikatne uderzenie o ziemię, a po chwili mała syrena wybrzmiała głośnym „Łaaaaaaa, łaaaaaa”.
- Mój Bączku... – wyszeptała tuląc do siebie płaczące dziecko i robiąc mu szybki przegląd obracając małą głowę na prawo i lewo, sprawdzając ewentualne uszczerbki (brak siniaka), oceniając straty (uzębienie całe), odruchy (reakcje w normie) i fonię (bez zakłóceń, wciąż jednostajne „aaaaa”). - Miałaś szczęście, że akurat leżał tu kosz z praniem– wyszeptała i zaniosła dziecko do salonu, gdzie wtulone w jej szczupłe ramiona zasnęło niczym przestraszone zwierzątko w norce u swojej mamy.



Czy chcemy mieć grzeczne dzieci, czy dzieci szczęśliwe? Czy na pewno warto za wszelką cenę bronić dzieci przed ich pragnieniami, by zwyczajnie żyć, poznawać i popełniać błędy?
Wszystkim, którzy pragną dla swoich dzieci przede wszystkim szczęścia polecam:
„Wychowanie bez kar i nagród. Rodzicielstwo bezwarunkowe” Alfiego Kohna
Wspaniała książka o tym co zrobić, by nie dyscyplinować dziecka, nie pouczać na każdym kroku, tylko traktować jak w pełni ukształtowanego człowieka, który naprawdę sporo rozumie.

niedziela, 5 marca 2017

Lipa (#wycinka_drzew #smog)

Właściwie niewiele czuję. Może to wina za grubej skóry, a może po prostu Bóg postanowił nie obarczać mnie zbyt wieloma wątpliwościami i dlatego nie dał mi tego śmiesznego pakietu, w który wyposażona jest większość ludzi czy też jedynie garstka, ciężko to określić. Nigdy nie lubiłam obliczeń, rachunek prawdopodobieństwa przyprawiał mnie o zawrót myśli, a zestawianie ze sobą liczb sprawia, że zaczynam drżeć, chociaż wcale nie ma wiatru. Więc wolę nie sugerować, że wiem cokolwiek, skoro w rzeczywistości nie mam pojęcia o tak wielu sprawach, iż można mnie określić mianem głupiej albo ignorantki. To drugie oczywiście stanowi pewnego rodzaju eufemizm, dość miły dla ucha, ale pewnie nieprawdziwy, więc zostawmy ten temat, kopnijmy w zadek, spłoszmy, niech zmyka pozostawiając za sobą tumany kurzu. I kiedy już otrzepiemy się z tego parszywego pyłu ujrzymy mnie, zupełnie nagą, bo podobno mówienie prawdy jest jak striptiz, aczkolwiek dlaczego, trudno powiedzieć, w końcu nie jesteśmy w jakimś wieczornym klubie z przyciemnionym światłem, pijanymi mężczyznami i roznegliżowanymi kobietami wyginającymi swoje ciała na chłodnej rurze, tylko w tym parku, zwyczajnym, pospolitym parku z zieloną trawą, metalową ławką i kilkunastoma drzewami.
Potrząsnęła gałęziami włosów i westchnęła. Wiatr zaczął oplatać jej niezbyt smukłą kibić, a ona nie broniła mu dostępu nawet do tych wąskich szpar, które widoczne są jedynie z bliska i wyglądają jak małe pajęczyny, delikatne żłobienia, których każdego roku przybywa, bo przecież nic nie jest wieczne, nawet ja i chociaż trwam już dość długo, to jednak wiem, że nie można nadużywać gościnności i w końcu Czas powie mi spierdalaj, i wówczas będę musiała odejść, ale przecież to nie będzie wcale bolesne, w końcu nie mam żadnych uczuć, tylko te ochłapy, nędzne niedobitki, które nie mają żadnego znaczenia.
Nad parkiem przetoczyła się wielka, brunatna chmura. Ciężarna kobieta, której wody płodowe postanowiły odejść akurat w tym a nie innym momencie, ale to przecież przyjemnie stać w deszczu i wyciągać swoje ramiona w kierunku tych wszystkich piorunów, które są tak odległe, chociaż podobno bardzo niebezpieczne. A jednak od tylu lat robię to samo i nigdy mnie szlag nie trafił, więc czemu teraz nagle miałabym stracić głowę przez jeden piorun, który uderzył na tyle blisko, bym poczułam swąd przypiekanej ziemi? Nigdy nie czułam strachu wobec Natury, sama jestem przecież jej cząstką, zielonym oddechem, niezbędnym elementem, puzzlem, którego nie może zabraknąć, bo inaczej wszystko pozdycha i zgnije, chociaż może tylko po prostu chcę tak myśleć, bo każdy pragnie być potrzebny. Nic mnie nie zabije, nawet ten samochód, który dwa tygodnie temu wpadł na mnie i niemal przewrócił jakbym była zwykłą zapałką, ale na szczęście nie jestem, więc poza szramą, która teraz szpeci moją skórę nie mam więcej pamiątek po tamtym zdarzeniu.
Auto gwałtownie skręciło. Mężczyzna siedzący za kierownicą próbował zrobić kontrę, ale pojazd nie miał zamiaru wrócić na poprzedni tor, sunął bokiem wprost między drzewa i kiedy był już wystarczająco blisko mężczyzna krzyknął przeraźliwie i siedząca obok kobieta zrozumiała, że po raz ostatni słyszy ten głos, który od tylu lat tak bardzo kochała, ale sama siedziała cicho wczepiając wzrok w zbliżającą się zbyt szybko zieleń. Boże, ratuj nas, pomyślała, bo nie miała pojęcia, że modlitwy nie są wcale skuteczne, gdyż Bóg nie jest Supermanem, nie zbawi ani świata, ani poszczególnych ludzi, a jedyną funkcją modlitwy jest programowanie mózgu, by pomógł podświadomości znaleźć lepsze rozwiązania, a jadąc rozpędzonym autem prosto na drzewo nie można wymyślić już niczego konstruktywnego. Dlatego to były jej ostatni myśli, a potem przyszła Czerń i wyginając nie-usta w uśmiechu uniosła bezwładną duszę dwóch osób, o których potem pisano, że jechały za szybko, nieodpowiedzialnie, że pewnie pijaki jedne, debile, idioci, pojebało, żeby taką bryką w deszczu jechać sto na godzinę, trzeba było w domu siedzieć, z dziećmi, a nie tak zapierdalać, że aż potem nie było nawet co zbierać. Kretyni, dobrze im tak, przecież mogli też i mnie zabić, gdybym akurat tamtędy szedł, ale fuksem mieszkam na drugim krańcu Polski, więc całe szczęście te gnojki tylko siebie rozgniotły, a nie mnie. Parszywe pchły.
Spojrzałam w dół i ujrzałam pokrytą krwią głowę, a potem, w głębi auta czyjąś delikatną dłoń i zrozumiałam, że musiała należeć do kobiety. Dwa podarte papierki lakmusowe nabierające czerwonej barwy i chyba pierwszy raz w życiu poczułam dziwny żal, który minął następnego dnia wraz z przybyciem służb porządkowych. A może dopiero tydzień później, kiedy przestałam spijać te drobinki krwi zmieszane z wodą i grudkami ziemi o smaku przerażenia i pragnienia, by dalej żyć, zupełnie idiotycznego, gdyż nie mogło zostać spełnione.

Warkot silnika przeszył powietrze i nie było w tym nic dziwnego, nieraz obok parku przejeżdżały wypchane po brzegi ciężarówki, stare ople, fiaty, skody, dwudziestoletnie rzęchy, które sapały pod górkę i nabierały wigoru przy jeździe w dół. Smród spalin raz na jakiś czas przybierał na sile, a potem, wraz z nastaniem wieczoru, tracił animusz, a może zwyczajnie zasypiał. Ale ten hałas jest jakiś inny, niemal złowieszczy, jakby było w nim jakieś dodatkowe, ukryte echo, drugie dno, sygnał do szukania nowych interpretacji. Więc może powinnam poszukać w sobie strachu, tak na wszelki wypadek, żeby potem wziąć nogi za pas, co oczywiście jest głupotą, bo jakie nogi i jaki pas, a jednak miło wyobrazić sobie sprężyste, długie kończyny, które potrafią przemieszczać zatknięty na nich korpus. Przecież nie jestem inwalidką, więc dlaczego nie mam możliwości tych nóg za pas, jak joginka czy baletnica. Mniejsza z tym.
Mężczyzna wyskoczył z kabiny pick-upa, pokręcił kilka razy ramionami, uzbrojonymi w całkiem wydatne bicepsy, tricepsy i inne – epsy a potem sięgnął po piłę łańcuchową, która leżała spokojnie na dnie bagażnika. Ale przecież to nie jego park, nie wyrządzi mi krzywdy, tylko przyszedł postraszyć, żebym następnej wiosny obrodziła w więcej liści. Tylko dlaczego patrzy na mnie w taki sposób, jakby już piłował moje konary, jakby pragnął sprawdzić czy rzeczywiście nie mam niczego w swoim brzuchu, tylko drewno, wilgotne i pełne życia.
Podszedł do starej lipy i zaczął szacować jej wysokość. Kurewsko duża, i ten pień, faktycznie spory, cholera będę się musiał namęczyć, trzeba było wziąć jednak ciężki sprzęt, ręcznie to będzie trochę ciężko, no, ale zobaczymy. Nie ma co tak się pocić na wstępie. Drewno to drewno.
Zadrżała i przechyliła głowę na bok, a może to tylko wiatr wygiął jej gałęzie, ale jak to możliwe, że on tak brutalnie wbija metalowe zęby w moją korę, a ja nie mam rąk, by odsunąć od siebie tego mężczyznę wykonującego wyrok śmierci.
Ból przeszedł przez jej pień, silny, intensywny jak rwa kulszowa biegnąca od korzeni po sam wierzchołek, który właśnie zaczął wypuszczać pierwsze listki zachęcony plusową temperaturą i słońcem. Niczego nie rozumiem, przecież zawsze podziwiali mnie za ten cień, za grube konary i moją elegancję, a teraz nagle… To chyba tylko sen, jeden z tych męczących i złowieszczych, po którym ciężko potem znowu zasnąć, gdyż wgryza się w myśli i potem ciężko je skierować na bardziej przyjemne tory.

- Halo, co pan tutaj robi? To teren parku, tak nie wolno – powiedział czyjś głos, ale mężczyzna nie zamierzał przerywać. Zapach świeżego drewna przyjemnie łaskotał jego nozdrza. Pieprzona zwolenniczka ligi ochrony przyrody się znalazła. Pies ją gryzł w dupę. Już dawno trzeba było ściąć to głupie drzewo, o które tylko rozbijają się samochody, a może to był tylko ten jeden, nieważne, źle że rośnie tak przy drodze, park powinien zaczynać się dalej od szosy.
- To własność prywatna – wycharczał, a potem odskoczył od pnia. Świetna robota, jednak starczyła mi ta ręczna, nie było tak źle.
Pień z hukiem uderzył o ziemię. Więc tak wygląda koniec. Chociaż, nie, wciąż jeszcze dochodzą do mnie głosy, dwa szczekające psy, które walczą nade mną jakby nie zauważyły, że umieram. Ale może to wszystko nie ma znaczenia, bo przecież ich też spotka taki sam los, prędzej czy później, szkoda tylko że mój przyspieszono, a teraz tną mnie na kawałki jakbym była zaledwie drewnem na opał, a ja tak głupio wierzyłam, że oni uszanują mój udział w produkcji tlenu. Na szczęście czuję tak mało, prawie nic, więc to ostrze defragmentujące moje ciało, odłączające od pnia konary, nie wyrządzi mi wielkiej szkody, nie usiądę potem na kozetce u psychologa chcąc wyleczyć się z traumy, nie tylko dlatego, iż będę martwa, ale dlatego, że jestem tylko drzewem, a przecież wiadomo, że drzewa nie mają prawa do wyrażania swojej opinii. Zresztą z braku ust czy też dostępu do komputera ciężko byłoby o urodzenie jakiegoś protestu, skargi, lamentu, narzekania, biadolenia, pies (może ten co kilka razy przybiegał do mnie, żeby obsikać moją korę jakby właśnie po to tam stała), jeden wie czego jeszcze.
Kobieta podeszła do leżącego drzewa, to takie przykre, było całkiem ładne i duże. Żegnaj przyjaciółko, wyszeptała i odeszła do swoich spraw, bo w domu czekało na nią dziecko, mąż miał wrócić na obiad po piętnastej, a wieczorem była umówiona na wizytę u fryzjera. Żebym tylko z wszystkim zdążyła, przecież jutro mam iść na rozmowę w sprawie pracy, powinnam jeszcze popracować nad jakimś tekstem. Czy ja wpisałam w swoje CV, że lubię przyrodę? Muszę to szybko dopisać, muszę koniecznie dopisać do swojego życiorysu swoje przywiązanie do natury, teraz to jest modne i będzie dobrze odebrane. Uśmiechnęła się i przyspieszyła kroku. Musiała przecież jeszcze kupić kurczaka i ziemniaki na obiad. Sok z brzozy chyba jest na wyczerpaniu, pomyślała i otworzyła telefon, żeby zanotować w listoniku co powinna nabyć.

Mężczyzna chwycił szczapę drewna. Przez chwilę obracał ją w swoich dłoniach, a potem wrzucił do kominka. Ciepło przyjemnie zaczęło oplatać cały pokój.
- Nasze zdrowie – powiedział i uśmiechnął się do siedzącej w fotelu żony.
- Nasze zdrowie – odparła, a potem zaczęła kaszleć.
Tej zimy smog zawisł nad Miastem, a potem rzucił się na jego mieszkańców jak wygłodniałe zwierzę i żaden baranek napchany siarką nie mógł go powstrzymać, więc zjadał z apetytem delikatne włoski oskrzelików, wyjadał z głośnym mlaskaniem te wszystkie dobre bakterie, które jako jedyne mogły go powstrzymać, a kiedy w końcu nie miał już kogo atakować wzruszył ramionami i poszedł dalej, do innego Miasta, do innego miejsca, w którym mieli w dupie ilość rosnących w nim drzew.

#wycinka_drzew #przyroda #smog