niedziela, 26 lipca 2026

Tygrys

Dzień zapowiadał się na jeden z tych pełnych słońca i beztroskiego przeciągania się na leżaku. Ale tego kobieta nie mogła wiedzieć, bo tam, gdzie przebywała panowała ciemność. Wysunęła nogę spod koca i ziewając odgarnęła włosy, które uparcie opadały jej na twarz. Nie była pewna gdzie leży, pamiętała, że wczoraj nie miała sił, żeby wracać do siebie. Coś ją zamroczyło. Alkohol? Nie, przecież nie piła odkąd dowiedziała się, że alkohol uszkadza połączenia neuronowe, a ona swoje połączenia bardzo lubiła. Dotknęła głowę. Tak, wciąż były w niej te różne opowieści, wystarczyłoby żeby po nie sięgnęła, wsunęła rękę pod czaszkę i wyciągnęła pierwszą z brzegu. Za to jej zresztą płacono. Za zmyślanie historii. Karmiła ludzi fikcją i bardzo odpowiadała jej ta praca. Nie musiała nawet chodzić do biura. Zresztą, nie byłaby w stanie. Opowieści nie lubiły wyskakiwać, kiedy byli wokół niej obcy ludzie, one wolały ciszę pokoju albo szum gałęzi, którymi potrząsał wiatr na werandzie.

Luiza miała piękny, stary dom. Od kilku lat go remontowała, bo w starych domach zawsze jest coś do zrobienia, ale Lu, jak ją nazywali znajomi, to nie przeszkadzało. Lubiła dźwięk szlifierki i zapach czyszczonego drewna. Kochała bieganie ze strzykawką i wyszukiwanie otworów, przez które do starych szaf dostawały się korniki. Wsączała potem substancję w małe dziurki z lekkim żalem wobec zjadaczy drewna i zadowoleniem, że jednak szafa nie ulegnie zniszczeniu.

Usiadła i rozejrzała się wokół. Zdecydowanie nie była na swojej werandzie, na której jakiś czas temu wymieniła stolarkę okienną i urządziła swój letni gabinet. Zakupiła tak dużo roślin, że ktokolwiek przychodził do Lu w odwiedziny przez chwilę musiał przedrzeć się przez dżunglę, by odnaleźć właściwe drzwi do mieszkania. Czasami musiała ratować zaplątanych w dzikie pnącza gości, przerażonych dobiegającymi zza roślin odgłosami lwów i węży.

- Oczywiście, że nie hoduję lwa - mówiła Lu uśmiechając się przy tym w taki sposób, że człowiek nie był pewien jak traktować jej słowa. Nikogo by nie zdumiał widok wielkiego drapieżnika chadzającego dostojnie po domu Lu. Bo Luiza nie bała się niczego, a zwierzęta zachowywały się przy niej tak, jakby miała nad nimi dziwną władzę. Nawet najbardziej agresywny w okolicy pies kulił się i piszczał, kiedy przechodziła obok, a potem wystawiał swój łeb z nadzieją, że Lu obdarzy go chociaż kilkoma czułymi gestami.

Poczuła słomę pod stopami i zmarszczyła brwi. Obora? Próbowała dojrzeć coś w ciemności, ale mrok oplatał przestrzeń ciasno, zaborczo, zjadając wszystkie kształty i zarysy. Głowa Lu pulsowała nieprzyjemnie, opowieści naciskały na czaszkę, jakby chciały z niej wyskoczyć wszystkie naraz.

- Nie teraz – zamruczała, zdumiona barwą swojego głosu, tak niską i zupełnie inną od tego, do której była przyzwyczajona.

Przeszła na czworaka pomieszczenie, uznając, że tylko w ten sposób będzie bezpieczna w tym obcym miejscu, w którym mogłaby się natknąć na coś ostrego. Wyczuła kraty wetknięte pomiędzy drewniane ściany. Jakieś koryto z wodą i drugie wypełnione czymś śliskim i zimnym. To jest klatka, przeszło jej przez głowę, tylko dlaczego na bogów jestem w klatce?

Odpowiedź przyszła godzinę później. Ktoś włączył światło i podśpiewując pod nosem szedł prosto do Luizy.

- Jak się ma nasze tygrysiątko?

- Tygrysiątko? – zapytała Lu mrukliwie, a mężczyzna uśmiechnął się do niej i pomachał jej przed nosem kawałkiem mięsa.

- Głodna?

- To jakiś głupi żart, prawda? – zapytała, ale mężczyzna zdawał się ignorować jej słowa.

- Grzeczny tygrys, musi wiedzieć, że ja mu przynoszę jedzenie a nie jestem jego jedzeniem. Jak mnie tygrys zje to nie będzie więcej dostaw. – Mężczyzna wszedł do klatki i trzymając w jednej dłoni pistolet z środkiem nasennym a w drugiej mięso zbliżył się do Lu.

- Zostałam porwana? Czego żądacie? Nie jestem bogata. Jedyne co posiadam cennego to moje opowieści, nic więcej. Mam jeszcze stary dom, ale on ma raczej wartość sentymentalną.

- Dobry tygrys, siedzi spokojnie.

- Niech pan przestanie się wygłupiać, nie jestem żadnym tygrysem – odparła uświadamiając sobie, że wciąż jest na czworaka, więc chciała wstać, ale poczuła, że nie ma sił,by stać na dwóch nogach. – Proszę mi pomóc wstać, coś mnie odurzyło, nie mam pojęcia co.

Mężczyzna zmarszczył brwi, kiedy Lu zaczęła się do niego zbliżać. Rzucił w jej stronę mięso, które miał w dłoni, ale ona nie miała ochoty na padlinę. Szła w kierunku opiekuna zwierząt oblizując się mimowolnie i nie rozumiejąc dlaczego panika w jego oczach jest dla niej tak smaczna. Tygrysie serce biło w niej miarowo i spokojnie. Miała czas. Wiedziała, że skoczy na niego szybciej niż ten zdoła w nią wycelować. Zresztą, to był tylko środek ogłuszający. Następnego dnia po prostu obudzi się oszołomiona, niepewna kim jest i gdzie jest. Ale teraz, przez jakiś czas będzie pamiętać.

When she was home

She was a swan

When she was out

she was a tiger

and tiger in a wild

is not tide to anyone… (fragment piosenki „She was” Camille)

 


 




 

poniedziałek, 6 lipca 2026

twarz w lustrze czyli opowieść o widzialnym i niewidzialnym #artnat #opowiadanie #pytania #śmierć

 


Ciepła woda spływa po jej dłoniach. Unosi głowę i napotyka na pełne zdumienia oczy. To jestem ja? Dlaczego lustra zwykle wiszą nad umywalkami? Jakby nie było wyboru, musisz na siebie patrzeć, kiedy myjesz ręce. Zmywasz z siebie śniadanie, obiad, pracę w ogrodzie. Ściągasz z dłoni codzienność i jednocześnie patrzysz sobie w oczy. Mydło pochłania brud a ty uparcie gapisz się na swój wizerunek. Możesz oczywiście także umyć twarz, ale z niej tak łatwo nie schodzi ten dzień, który się skończył. Na twojej twarzy widać wszystkie wspomnienia. Czy tego chcesz czy nie. Wnikają w Twoje oczy, w kąciki ust i oczu, falują się na delikatnej skórze. Pewnie dlatego niektórzy wstrzykują sobie botox czy inne substancje. Próbują zmazać to co było. Ale i tak każdego dnia, kiedy myją ręce, widzą na swojej twarzy wspomnienia. Więc idą do chirurga plastycznego i za pomocą skalpela próbują wydłubać z siebie samych siebie, to wszystko co sprawiło, że teraz są tacy a nie inni. Naciągają twarz, by przypadkiem nie marszczyć czoła, tracą możliwość uśmiechu, przestają płakać, bo jak płakać wygładzonym czołem? A jednak w lustrze wciąż odbija się to samo spojrzenie, przeszłość nie chce umrzeć, bo nawet napięta przez chirurga skóra pamięta o wszystkim, W delikatnej, żelowej tkance łącznej zamykają się emocje.

Dotyka swojego policzka, wolnym ruchem, jakby nagrywała film w slow motion, przesuwa palec wskazujący po skórze, by wyczuć powięź.

- Ciebie nie oszukam – szepcze, a potem zakręca wodę i wychodzi z łazienki.


Tego dnia do kubka z kawą wpada osa, ale Ines o tym nie wie, bo to nie jest ani jej kubek, ani jej kawa, więc kiedy bierze do ust czarny napój czuje się bezpiecznie, nie ma pojęcia o tym, że w tej samej chwili ktoś inny połyka osę, która żądli go w ostatnim odruchu zupełnie idiotycznej próby załapania się życia, którego już i tak nie odzyska. Osoba, którą użądliła osa chwyta się za gardło i już wie, już rozumie co się stało, ale nie może powiedzieć ani słowa, bo jad, na który jest uczulona jest szybszy od jej głosu. Biegnie do apteczki, ale nie znajduje w niej niczego, co by mogło zniwelować użądlenie. Charcząc wychodzi przed dom. Siada na ganku i patrząc na zachodzące słońce próbuje sobie przypomnieć swoje życie. Było dobre czy złe? Co z niego zostanie, kiedy za chwilę padnie na ziemię martwa? Albo martwy bo osobą, która połknęła osę jest przecież mężczyzna, tylko słowo „osoba” odarło go na chwilę z męskości. I ten mężczyzna, który siedzi na ganku czekając na moment, kiedy ujrzy Śmierć, bo wierzy, że go zobaczy i ma nadzieję na ciemny kaptur oraz kosę, ten mężczyzna teraz ostatkiem sił pragnie przypomnieć sobie te najlepsze chwile swojego życia i spojrzenie kobiety, którą kochał, kiedyś, nawet całkiem mocno, ale nie potrafił zadbać, by była przy nim szczęśliwa, więc siedzi i pragnie tego spojrzenia, które te parę lat temu tak bardzo go denerwowało, bo dlaczego ona tak bardzo pragnęła spojrzeń w oczy i czułości, kiedy on nie miał sił, bo praca, bo pieniądze, bo obowiązki. A teraz nagle zachciało mu się utraconego, ale wszystko zakrywa mgła. Przeszłość nie chce przemknąć mu przed oczyma jak to opisują w książkach. Umiera w ciszy. Sam jak palec, bo Śmierć miał po drodze inną sprawę, niekoniecznie związaną z kosą i kiedy dotarł do mężczyzny, było już po wszystkim.

Ines przełyka kawę i wzdryga się, bo coś poczuła, ale nie ma pojęcia co. Na dworze jest ciepło, a ona narzuca na siebie szal, który kupiła w jedynym z tych małych sklepików pachnących szarym mydłem i przeszłością. Kiedy chce odłożyć kubek widzi na obrusie beżowe kółko, ślad jej wcześniejszej nieuważności. Serwetę odziedziczyła od babci, ma kilka dziur wyżartych przez mole, ale w rodzinie krąży opowieść, że to nie robale nadgryzły białe płótno, tylko nieszczęśliwa miłość. Bo miłość potrafi kąsać, szarpać, gryźć, rozerwie cię na kawałki jeżeli nie będziesz się pilnować, mówiła mama Ines, powtarzając słowa swojej matki, które tamta usłyszała od własnej. To dlaczego wyszłaś za mąż, zapytała kiedyś nierozważnie Inses, bo jeszcze nie wiedziała, że są pytania, których niektórzy nie chcą usłyszeć. W pokoju zapadła cisza, ale to było wtedy, teraz Ines patrzy na kółko, wymalowane na obrusie przez spód kubka i zastanawia się czy nie wyrzucić obrusu, jest już stary i zniszczony, ma kilka zagnieceń, których nie mogła doprasować, zupełnie jakby tkanina w tym miejscu uległa skurczeniu. Moje dziedzictwo, myśli i krzywi usta w grymasie niezadowolenia, bo nie jest pewna czy to dobrze czy źle i czy w takim razie ma prawo wyrzuć coś co było w jej rodzinie przez pokolenia, nawet jeżeli według legendy jest naznaczone nieszczęściem.

Przymyka oczy i kładzie dłonie na obrusie. Może liczy, że przedmiot do niej przemówi, że spłynie na nią jakaś mądrość płynąca od przodkiń, ale jedyne co słyszy to cykanie zegara ustawionego na kredensie.

- W tym kawałku materiału nic nie ma prócz splotu lnianych nici – mówi, a jej głos brzmi jakby wydobywał się ze studni. - A jeżeli to już dużo? A jeżeli pomiędzy nitki weszła tamta miłość, której tak bała się moja matka i babka? - Ines siedzi i wzdycha, bo jest w tym wszystkim jakiś ciężar, którego nie rozumie.

Mężczyzna, który umarł na ganku od użądlenia osy widzi Ines siedzącą z ręką na obrusie. Patrzy w jej zielone oczy i widzi je, chociaż kobieta ma zamknięte powieki. Wtedy, lata temu, nie widział, a teraz widzi wszystko. I chociaż Ines nie jest tą, za którą zatęsknił tuż przed śmiercią to jednak ma wrażenie, że ją zna. A przecież nie mógł jej znać, bo umarł wiele lat temu, mogłoby się wydawać, że to było w chwili, kiedy Ines piła kawę, ale nie było. Czas umierania jest inny, można umrzeć w danej chwili a jednak sto lat wcześniej. Nic nie jest w czasie umierania takie jakie znamy, nie mogą go obliczyć pojedyncze cykniecia wskazówek zegara, znika „przed chwilą”, bo rodzi się wieczność. Rodzi się to, czego nie sposób objąć i dlatego, kiedy Ines otwiera oczy napotyka na jego spojrzenie, chociaż jego nie ma obok niej. I kobieta zaczyna płakać, bo nie potrafiła płakać jej babka ani matka, więc teraz ona leje łzy i leje je gęsto, nie próbuje tamować tego co nagle napływa do niej za taką siłą. Nie układa worków z piaskiem mówiąc, że jakoś to będzie tylko płacze. A jej słone łzy smakują jak Bałtyk o poranku i może dlatego wkrótce pojawiają się małe morskie rybki. Pływają po zalanym łzami pokoju, skaczą w górę, lądują na krześle, ale krzesło nie jest dla nich dobrym miejscem, więc próbują wrócić do łez, ale nie każda z rybek to potrafi. Część otwiera pyszczek szeroko, próbując złapać w skrzela słoną wodę, ale tej nie ma, więc umierają. Ines patrzy na ten proces rodzenia się rybek i umierania i płacze dalej. Nie pomaga, nie ratuje, wie że nie jest to jej zadaniem. A im dłużej patrzy tym silniej pojmuje ten cykl. Życie-śmierć-życie i coś w niej powstaje nowego, coś czego nie umie określić. Oczy mężczyzny rozpływają się w niepamięci i Ines nie jest pewna czy je widziała. To był sen, powie później, nie do końca przekonana do takiej wersji, ale nie będzie umiała wymyślić lepszej. To był sen, będzie szeptać swoim córkom, których w tym momencie, kiedy płacze a w jej łzach rodzą się małe, morskie rybki, nie ma na świecie, ale kiedy tylko się już pojawią, to na dobranoc, po przeczytaniu książeczki o dzielnej myszce będzie mówić im o tym co się właśnie wydarza. Doda tylko kilka nowych okoliczności, coś podkoloruje, ale to będzie jej opowieść. I przez to będzie jak najbardziej prawdziwa.

Mężczyzna zamrugałby, ale po śmierci takich rzeczy już się nie robi, więc tylko pokręcił głową. Więc jednak masz kosę i kaptur, powiedział nie otwierając ust. OCZYWIŚCIE, odparł śmierć, MUSZĘ DBAĆ O SWOJĄ REPUTACJĘ.

Ines ściąga obrus ze stołu. Przez chwilę patrzy na niego jakby chciała coś mu powiedzieć a potem brodząc po kostki w wodzie idzie do kuchni. Wyjmuje nożyczki i kroi taninę na małe serwetki. Jeszcze na coś się przydasz, mówi, nie wiadomo jednak do kogo.