niedziela, 21 czerwca 2026

Poczekalnia czyli opowieść o Annie, Księdze i Końcu, a może Początku

 


Poruszyła się nerwowo. Krzesło zaskrzypiało przeciągle jakby chciało coś zakomunikować. Może ono też się nudziło czekaniem. Stało w pomieszaniu od piętnastu lat. Ciągle w tym samym miejscu, na tym samym skrawku podłogi, w takim samym rozkroku. Nikt nie próbował go przesuwać, złożyć, zabrać ze sobą, by doświadczyło nowej przestrzeni. Nie była więc zdumiona, że jęczało. Ona też czuła w sobie narastający skowyt. Gdyby tylko miała pewność, że nikt jej nie usłyszy, zaczęłaby wyć. Do księżyca albo do pragnień, które nie mogły zostać spełnione. Wyłaby na całe gardło, do utraty głosu, tchu, do utraty tego, co bolało, co musiała zostawić za sobą.

Wstała i obeszła pomieszczenie dookoła. Nie było jednak żadnego okna, przez które mogłaby spojrzeć, by ukoić wzrok, nasycić siebie widokiem zieleni, drzew, przelatującego nisko ptaka. Westchnęła i wróciła na krzesło. Odruchowo sięgnęła do kieszeni, ale nie było w niej telefonu, tylko jakiś stary bilet na tramwaj. Tamtego dnia padało i z ziemi wynurzały się kamyki. Wypełzały na powierzchnię niczym glizdy. Anna brała je w dłoń i głaskała ich wilgotne, nierówne grzbiety, a potem pokazywała jemu, bo chciała, żeby też się zachwycił, ale on tylko wzruszał ramionami, obojętny. Nie rozumiał jej miłości do kamieni, patyków, drzew, zwierząt. Moja żona jest egzaltowana, mawiał i jakoś sobie żyli, niby razem, a jednak trochę obok siebie, obok swoich pragnień i tęsknot. Tamtego dnia, kiedy kamienie wypełzały z ziemi Anna nagle zatrzymała się. Deszcz obmywał jej twarz, więc podziękowała mu w duchu za to, że sama nie musi płakać. Stała nieruchomo spoglądając na oddalającą się sylwetkę swojego męża i pierwszy raz nie miała ochoty go dogonić. Mężczyzna nie zatrzymał się, może nie zauważył braku jej obecności, może był pochłonięty własnymi myślami, a może szło mu się po prostu lżej bez jej ciała obok, bez jej ciągłych pytań i kwestionowania wszystkiego. Kiedy zniknął za rogiem otworzyła usta, ale nic z nich nie wypłynęło, żadne słowa, żadne lamenty i żale. Wyszła za to Pustka, chwyciła ją za rękę i stały tak przez chwilę w deszczu, a potem wróciły razem do domu. Początkowo postawiła Pustkę w koszu na parasole, bo nie miała pojęcia co z nią zrobić. Ale Pustka zaczęła tyć. Karmiła się ich milczeniem, brakiem czułych spojrzeń, dystansem. Więc Anna oddała jej sypialnię, a sama poszła spać koło pieca. Zwijała się w kłębek i wyobrażała sobie, że jest kotem, a kotom wystarczy odrobina ciepła, promień słońca smagający je po grzbiecie. Nic więcej. I Anna żyła przez jakiś czas kocim życiem, tylko wychodząc z domu udawała człowieka.

Pewnego dnia, kiedy wróciła z pracy, przez chwilę nerwowo biegała po osiedlu, bo nie mogła zlokalizować swojego bloku. W końcu zapytała o drogę, ale ludzie nie mieli pojęcia, gdzie jest numer pięć. Takiego domu tutaj nigdy nie było, mówili. Zburzono go kilka lat temu, pamiętam jak buldożery zjadały ścianę po ścianie. W miejscu piątki wybudowano galerię handlową, park, akademik. Piątka? To nie to osiedle.

W końcu jednak rozpoznała miejsce, chociaż Pustka pochłonęła je w całości i leżała teraz wzdęta, przejedzona patrząc na kobietę z taką obojętnością, że Anna wzdrygnęła się, ale nic nie powiedziała, bo nie miała nic do powiedzenia. Zostawiła tylko na tym, co kiedyś było progiem domu karteczkę dla swojego męża: Będę na ciebie czekać.

A teraz poczekalnia zaczęła jej się wydawać za ciasna, za mała, zbyt surowa. Duszno tu, wyszeptała, może z nadzieją, że dzięki temu ktoś w końcu otworzy drzwi albo zamotuje okno, ale nic się nie wydarzyło. Krzesło stało tam, gdzie na nim wcześniej siedziała - pożółkłe, brzydkie. Ściany milczały zrezygnowane. Przez chwilę miała wrażenie, że słyszy kroki. Ale było to tylko wrażenie, a może wspomnienie pierwszej randki, na którą szedł do niej dziarsko, niemal poskakując, zadowolony, że poznał taką kobietę, pełen pragnień i marzeń, które z biegiem czasu wyblakły, pochowały się po kątach, uległy zapomnieniu.

Przyłożyła ucho do drzwi. Żadnego dźwięku, za którym mogłaby stać nadzieja, że za chwilę tu przyjdzie, nie zostawi jej samej w stanie ciągłego czekania, zrozumie, że tu o tę jego obecność chodzi. Ale nie. Cisza. Głęboka, surowa w wydawaniu wyroków, cisza.


Pani Anna? Posłyszała. Nie była pewna skąd, bo nie widziała nigdzie głośnika.

Pani kolej, chce pani skorzystać czy rezygnuje?

Kobieta przełknęła ślinę. Czy chcę skorzystać? Nie wiem czy mam w sobie tyle odwagi, wyszeptała.

Na chwilę przymknęła oczy, a kiedy je ponownie otworzyła była w lesie. Na mchu niczym na miękkim posłaniu leżała Księga. I chociaż Anna nigdy wcześniej jej nie widziała, wiedziała czym ona jest.

„Tego dnia padał deszcz i kamienie wypełzały na powierzchnię tak samo jak czynią to ślimaki i dżdżownice”, napisała Anna na pierwszej stronie, a potem przez chwilę stała nieruchomo zdjęta nagłym strachem, że to koniec. Że dotarła do końca rozdziału i nie wie co będzie dalej.

W nocy Sen przyszedł na jej posłanie, które utworzyła sobie z szyszek i igieł. Był piękny, smukły i spragniony jej towarzystwa, ale kiedy zsunęła z niego koszulę zobaczyła, że w miejscu, w którym powinno być serce jest Pustka. Obudziła się z krzykiem, a jej głos rozniósł się echem po lesie. Rozpaliła ognisko i zbliżyła do niego Księgę. Ogień zakołysał się i zatańczył, kiedy wrzuciła do niego pierwszą stronę.

Tego dnia padał deszcz, powiedziała a ogień zasyczał z rozkoszy zjadając jej słowa.

Najdłużej paliła się okładka, ale i ona w końcu przestała się opierać i uległa spopieleniu.

Rankiem poczuła wpierw zapach spalenizny i przez chwilę martwiła się, że może jednak zniszczyła coś cennego. Ale w południe na polanę weszło słońce a z nim podeszło do Anny Życie. To, o którym zapomniała, pełne śmiechu, energii i dzikości. Na skraju lasu stał też Śmierć. Skłoniła głowę na znak, że go widzi. Że wie, że jest blisko, a Śmierć uśmiechnął się, chociaż nie miał twarzy i zniknął, bo tylko chciał sprawdzić. A jak sprawdził, to nie miał nic więcej do roboty. Martwe wiewiórki go nie interesowały. Kiedyś, nie pamiętał już kiedy, spotkał kobietę podobną do Anny. Tańczył z nią i chciał nawet się zakochać, ale nie wiedział jak to zrobić, więc poprzestał na tańcu. Zresztą dzięki temu do dzisiaj uwielbia tango. Tamtego dnia też padał deszcz, taki ze śniegiem, mruknął.

Kiedy została sama rozebrała się do naga i położyła na ciepłym mchu. Wiatr delikatnie pieścił jej ciało, a Anna czuła jak zalewa ją fala rozkoszy. Jestem żywa, wszeptała z czułością a potem przytuliła do siebie te słowa i inne, równie ważne, które zaczęły przypływać do niej i zasilać ją czymś czego do końca nie rozumiała, ale nie zawsze wszystko trzeba rozumieć.