Stanęła nad brzegami jeziora. Nigdy nie widziała piękniejszego. Spokojna tafla odbijała w swoim lustrze czupryny sosen i dębów. Wszystko było dwoiste. Jakby świat doszedł do wniosku, że od teraz będzie podzielony, a dolna jego część stanie do góry nogami. Patrzyła jak urzeczona, zaczarowana chwilą, która była zwyczajna zwyczajną nie będąc. Patrzyła i czuła jak zaczyna rozgaszczać się w jej ciele radość. To było to miejsce, którego szukała, chociaż wydawało jej się wcześniej, że szuka czegoś zupełnie innego. Nie było tu Źródlisk, a jednak Wiedziała już, że Odnalazła Dom. Że dotarła do celu, chociaż zakładała, że ten będzie zupełnie inny.
Podeszła do wody. Była przyjemnie chłodna i miękka w dotyku.
- Luna, Luna – usłyszała nawoływanie.
Zsunęła z siebie ubrania, resztki podartej sukienki, którą łatała za pomocą liści i traw. Położyła na brzegu wykonane samodzielnie buciki, brzydkie i niezgrabne, momentami niewygodne, ale jej własne, prawdziwe, tworzone dla samej siebie. Odrzuciła do tyłu włosy, które każdego dnia rosły po kilka centymetrów, po to, by mogła wieczorami otaczać się nimi i przykrywać wijąc sobie bezpieczne gniazdo. Przymknęła oczy. Droga, którą przeszła była długa, nie raz miała przedzierać się przez gąszcz zarośli, raniąc skórę. Pełne siniaków i ran ciało, wymęczone długim biegiem przez las, wyglądało trochę jak to stare ubranie, które rzuciła na brzeg, a jednak wciąż było piękne. Zrobiła krok, a tam gdzie woda zakołysała się pieśnią na jej skórze, znikały rany, znikał ból a także pamięć po nim.
- Luna, Luna – śpiewało jezioro, a kobieta pozwalała, by zabierało z niej ciężar, nie tylko jej własny, ale pokoleń kobiet, które żyły przed nią i będę żyć później.
- Luna – wyszeptał wiatr prosto do jej ucha.
- Luna – powiedział piasek otaczając stopę kobiety swoim złocistym ciałem.
- Luna – powiedziała w końcu i ona. I kiedy tylko poczuła na ustach smak swojego imienia, dotarło do niej, że to wcale nie jest koniec drogi, tylko początek.
Cień stanął za jej plecami. Poczuła jego silną obecność i pokusę, by po raz ostatni zanurkować w jego mroczne ramiona. Tam gdzie dobre łączy się ze złym. Tam gdzie nie ma wyraźnych granic i nic nie jest oczywiste. Mężczyzna też wypowiadał jej imię, ale nie spojrzała na niego, była w nim zanurzona wcześniej, zeszła już w mrok, nie musiała wnikać w niego tak często.
- Żegnaj – wyszeptała i pozwoliła, by woda otuliła jej ciało. A potem wzięła głęboki wdech i skoczyła prosto w otwarte ramiona Jeziora.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz