niedziela, 26 lipca 2026

Tygrys

Dzień zapowiadał się na jeden z tych pełnych słońca i beztroskiego przeciągania się na leżaku. Ale tego kobieta nie mogła wiedzieć, bo tam, gdzie przebywała panowała ciemność. Wysunęła nogę spod koca i ziewając odgarnęła włosy, które uparcie opadały jej na twarz. Nie była pewna gdzie leży, pamiętała, że wczoraj nie miała sił, żeby wracać do siebie. Coś ją zamroczyło. Alkohol? Nie, przecież nie piła odkąd dowiedziała się, że alkohol uszkadza połączenia neuronowe, a ona swoje połączenia bardzo lubiła. Dotknęła głowę. Tak, wciąż były w niej te różne opowieści, wystarczyłoby żeby po nie sięgnęła, wsunęła rękę pod czaszkę i wyciągnęła pierwszą z brzegu. Za to jej zresztą płacono. Za zmyślanie historii. Karmiła ludzi fikcją i bardzo odpowiadała jej ta praca. Nie musiała nawet chodzić do biura. Zresztą, nie byłaby w stanie. Opowieści nie lubiły wyskakiwać, kiedy byli wokół niej obcy ludzie, one wolały ciszę pokoju albo szum gałęzi, którymi potrząsał wiatr na werandzie.

Luiza miała piękny, stary dom. Od kilku lat go remontowała, bo w starych domach zawsze jest coś do zrobienia, ale Lu, jak ją nazywali znajomi, to nie przeszkadzało. Lubiła dźwięk szlifierki i zapach czyszczonego drewna. Kochała bieganie ze strzykawką i wyszukiwanie otworów, przez które do starych szaf dostawały się korniki. Wsączała potem substancję w małe dziurki z lekkim żalem wobec zjadaczy drewna i zadowoleniem, że jednak szafa nie ulegnie zniszczeniu.

Usiadła i rozejrzała się wokół. Zdecydowanie nie była na swojej werandzie, na której jakiś czas temu wymieniła stolarkę okienną i urządziła swój letni gabinet. Zakupiła tak dużo roślin, że ktokolwiek przychodził do Lu w odwiedziny przez chwilę musiał przedrzeć się przez dżunglę, by odnaleźć właściwe drzwi do mieszkania. Czasami musiała ratować zaplątanych w dzikie pnącza gości, przerażonych dobiegającymi zza roślin odgłosami lwów i węży.

- Oczywiście, że nie hoduję lwa - mówiła Lu uśmiechając się przy tym w taki sposób, że człowiek nie był pewien jak traktować jej słowa. Nikogo by nie zdumiał widok wielkiego drapieżnika chadzającego dostojnie po domu Lu. Bo Luiza nie bała się niczego, a zwierzęta zachowywały się przy niej tak, jakby miała nad nimi dziwną władzę. Nawet najbardziej agresywny w okolicy pies kulił się i piszczał, kiedy przechodziła obok, a potem wystawiał swój łeb z nadzieją, że Lu obdarzy go chociaż kilkoma czułymi gestami.

Poczuła słomę pod stopami i zmarszczyła brwi. Obora? Próbowała dojrzeć coś w ciemności, ale mrok oplatał przestrzeń ciasno, zaborczo, zjadając wszystkie kształty i zarysy. Głowa Lu pulsowała nieprzyjemnie, opowieści naciskały na czaszkę, jakby chciały z niej wyskoczyć wszystkie naraz.

- Nie teraz – zamruczała, zdumiona barwą swojego głosu, tak niską i zupełnie inną od tego, do której była przyzwyczajona.

Przeszła na czworaka pomieszczenie, uznając, że tylko w ten sposób będzie bezpieczna w tym obcym miejscu, w którym mogłaby się natknąć na coś ostrego. Wyczuła kraty wetknięte pomiędzy drewniane ściany. Jakieś koryto z wodą i drugie wypełnione czymś śliskim i zimnym. To jest klatka, przeszło jej przez głowę, tylko dlaczego na bogów jestem w klatce?

Odpowiedź przyszła godzinę później. Ktoś włączył światło i podśpiewując pod nosem szedł prosto do Luizy.

- Jak się ma nasze tygrysiątko?

- Tygrysiątko? – zapytała Lu mrukliwie, a mężczyzna uśmiechnął się do niej i pomachał jej przed nosem kawałkiem mięsa.

- Głodna?

- To jakiś głupi żart, prawda? – zapytała, ale mężczyzna zdawał się ignorować jej słowa.

- Grzeczny tygrys, musi wiedzieć, że ja mu przynoszę jedzenie a nie jestem jego jedzeniem. Jak mnie tygrys zje to nie będzie więcej dostaw. – Mężczyzna wszedł do klatki i trzymając w jednej dłoni pistolet z środkiem nasennym a w drugiej mięso zbliżył się do Lu.

- Zostałam porwana? Czego żądacie? Nie jestem bogata. Jedyne co posiadam cennego to moje opowieści, nic więcej. Mam jeszcze stary dom, ale on ma raczej wartość sentymentalną.

- Dobry tygrys, siedzi spokojnie.

- Niech pan przestanie się wygłupiać, nie jestem żadnym tygrysem – odparła uświadamiając sobie, że wciąż jest na czworaka, więc chciała wstać, ale poczuła, że nie ma sił,by stać na dwóch nogach. – Proszę mi pomóc wstać, coś mnie odurzyło, nie mam pojęcia co.

Mężczyzna zmarszczył brwi, kiedy Lu zaczęła się do niego zbliżać. Rzucił w jej stronę mięso, które miał w dłoni, ale ona nie miała ochoty na padlinę. Szła w kierunku opiekuna zwierząt oblizując się mimowolnie i nie rozumiejąc dlaczego panika w jego oczach jest dla niej tak smaczna. Tygrysie serce biło w niej miarowo i spokojnie. Miała czas. Wiedziała, że skoczy na niego szybciej niż ten zdoła w nią wycelować. Zresztą, to był tylko środek ogłuszający. Następnego dnia po prostu obudzi się oszołomiona, niepewna kim jest i gdzie jest. Ale teraz, przez jakiś czas będzie pamiętać.

When she was home

She was a swan

When she was out

she was a tiger

and tiger in a wild

is not tide to anyone… (fragment piosenki „She was” Camille)

 


 




 

poniedziałek, 6 lipca 2026

twarz w lustrze czyli opowieść o widzialnym i niewidzialnym #artnat #opowiadanie #pytania #śmierć

 


Ciepła woda spływa po jej dłoniach. Unosi głowę i napotyka na pełne zdumienia oczy. To jestem ja? Dlaczego lustra zwykle wiszą nad umywalkami? Jakby nie było wyboru, musisz na siebie patrzeć, kiedy myjesz ręce. Zmywasz z siebie śniadanie, obiad, pracę w ogrodzie. Ściągasz z dłoni codzienność i jednocześnie patrzysz sobie w oczy. Mydło pochłania brud a ty uparcie gapisz się na swój wizerunek. Możesz oczywiście także umyć twarz, ale z niej tak łatwo nie schodzi ten dzień, który się skończył. Na twojej twarzy widać wszystkie wspomnienia. Czy tego chcesz czy nie. Wnikają w Twoje oczy, w kąciki ust i oczu, falują się na delikatnej skórze. Pewnie dlatego niektórzy wstrzykują sobie botox czy inne substancje. Próbują zmazać to co było. Ale i tak każdego dnia, kiedy myją ręce, widzą na swojej twarzy wspomnienia. Więc idą do chirurga plastycznego i za pomocą skalpela próbują wydłubać z siebie samych siebie, to wszystko co sprawiło, że teraz są tacy a nie inni. Naciągają twarz, by przypadkiem nie marszczyć czoła, tracą możliwość uśmiechu, przestają płakać, bo jak płakać wygładzonym czołem? A jednak w lustrze wciąż odbija się to samo spojrzenie, przeszłość nie chce umrzeć, bo nawet napięta przez chirurga skóra pamięta o wszystkim, W delikatnej, żelowej tkance łącznej zamykają się emocje.

Dotyka swojego policzka, wolnym ruchem, jakby nagrywała film w slow motion, przesuwa palec wskazujący po skórze, by wyczuć powięź.

- Ciebie nie oszukam – szepcze, a potem zakręca wodę i wychodzi z łazienki.


Tego dnia do kubka z kawą wpada osa, ale Ines o tym nie wie, bo to nie jest ani jej kubek, ani jej kawa, więc kiedy bierze do ust czarny napój czuje się bezpiecznie, nie ma pojęcia o tym, że w tej samej chwili ktoś inny połyka osę, która żądli go w ostatnim odruchu zupełnie idiotycznej próby załapania się życia, którego już i tak nie odzyska. Osoba, którą użądliła osa chwyta się za gardło i już wie, już rozumie co się stało, ale nie może powiedzieć ani słowa, bo jad, na który jest uczulona jest szybszy od jej głosu. Biegnie do apteczki, ale nie znajduje w niej niczego, co by mogło zniwelować użądlenie. Charcząc wychodzi przed dom. Siada na ganku i patrząc na zachodzące słońce próbuje sobie przypomnieć swoje życie. Było dobre czy złe? Co z niego zostanie, kiedy za chwilę padnie na ziemię martwa? Albo martwy bo osobą, która połknęła osę jest przecież mężczyzna, tylko słowo „osoba” odarło go na chwilę z męskości. I ten mężczyzna, który siedzi na ganku czekając na moment, kiedy ujrzy Śmierć, bo wierzy, że go zobaczy i ma nadzieję na ciemny kaptur oraz kosę, ten mężczyzna teraz ostatkiem sił pragnie przypomnieć sobie te najlepsze chwile swojego życia i spojrzenie kobiety, którą kochał, kiedyś, nawet całkiem mocno, ale nie potrafił zadbać, by była przy nim szczęśliwa, więc siedzi i pragnie tego spojrzenia, które te parę lat temu tak bardzo go denerwowało, bo dlaczego ona tak bardzo pragnęła spojrzeń w oczy i czułości, kiedy on nie miał sił, bo praca, bo pieniądze, bo obowiązki. A teraz nagle zachciało mu się utraconego, ale wszystko zakrywa mgła. Przeszłość nie chce przemknąć mu przed oczyma jak to opisują w książkach. Umiera w ciszy. Sam jak palec, bo Śmierć miał po drodze inną sprawę, niekoniecznie związaną z kosą i kiedy dotarł do mężczyzny, było już po wszystkim.

Ines przełyka kawę i wzdryga się, bo coś poczuła, ale nie ma pojęcia co. Na dworze jest ciepło, a ona narzuca na siebie szal, który kupiła w jedynym z tych małych sklepików pachnących szarym mydłem i przeszłością. Kiedy chce odłożyć kubek widzi na obrusie beżowe kółko, ślad jej wcześniejszej nieuważności. Serwetę odziedziczyła od babci, ma kilka dziur wyżartych przez mole, ale w rodzinie krąży opowieść, że to nie robale nadgryzły białe płótno, tylko nieszczęśliwa miłość. Bo miłość potrafi kąsać, szarpać, gryźć, rozerwie cię na kawałki jeżeli nie będziesz się pilnować, mówiła mama Ines, powtarzając słowa swojej matki, które tamta usłyszała od własnej. To dlaczego wyszłaś za mąż, zapytała kiedyś nierozważnie Inses, bo jeszcze nie wiedziała, że są pytania, których niektórzy nie chcą usłyszeć. W pokoju zapadła cisza, ale to było wtedy, teraz Ines patrzy na kółko, wymalowane na obrusie przez spód kubka i zastanawia się czy nie wyrzucić obrusu, jest już stary i zniszczony, ma kilka zagnieceń, których nie mogła doprasować, zupełnie jakby tkanina w tym miejscu uległa skurczeniu. Moje dziedzictwo, myśli i krzywi usta w grymasie niezadowolenia, bo nie jest pewna czy to dobrze czy źle i czy w takim razie ma prawo wyrzuć coś co było w jej rodzinie przez pokolenia, nawet jeżeli według legendy jest naznaczone nieszczęściem.

Przymyka oczy i kładzie dłonie na obrusie. Może liczy, że przedmiot do niej przemówi, że spłynie na nią jakaś mądrość płynąca od przodkiń, ale jedyne co słyszy to cykanie zegara ustawionego na kredensie.

- W tym kawałku materiału nic nie ma prócz splotu lnianych nici – mówi, a jej głos brzmi jakby wydobywał się ze studni. - A jeżeli to już dużo? A jeżeli pomiędzy nitki weszła tamta miłość, której tak bała się moja matka i babka? - Ines siedzi i wzdycha, bo jest w tym wszystkim jakiś ciężar, którego nie rozumie.

Mężczyzna, który umarł na ganku od użądlenia osy widzi Ines siedzącą z ręką na obrusie. Patrzy w jej zielone oczy i widzi je, chociaż kobieta ma zamknięte powieki. Wtedy, lata temu, nie widział, a teraz widzi wszystko. I chociaż Ines nie jest tą, za którą zatęsknił tuż przed śmiercią to jednak ma wrażenie, że ją zna. A przecież nie mógł jej znać, bo umarł wiele lat temu, mogłoby się wydawać, że to było w chwili, kiedy Ines piła kawę, ale nie było. Czas umierania jest inny, można umrzeć w danej chwili a jednak sto lat wcześniej. Nic nie jest w czasie umierania takie jakie znamy, nie mogą go obliczyć pojedyncze cykniecia wskazówek zegara, znika „przed chwilą”, bo rodzi się wieczność. Rodzi się to, czego nie sposób objąć i dlatego, kiedy Ines otwiera oczy napotyka na jego spojrzenie, chociaż jego nie ma obok niej. I kobieta zaczyna płakać, bo nie potrafiła płakać jej babka ani matka, więc teraz ona leje łzy i leje je gęsto, nie próbuje tamować tego co nagle napływa do niej za taką siłą. Nie układa worków z piaskiem mówiąc, że jakoś to będzie tylko płacze. A jej słone łzy smakują jak Bałtyk o poranku i może dlatego wkrótce pojawiają się małe morskie rybki. Pływają po zalanym łzami pokoju, skaczą w górę, lądują na krześle, ale krzesło nie jest dla nich dobrym miejscem, więc próbują wrócić do łez, ale nie każda z rybek to potrafi. Część otwiera pyszczek szeroko, próbując złapać w skrzela słoną wodę, ale tej nie ma, więc umierają. Ines patrzy na ten proces rodzenia się rybek i umierania i płacze dalej. Nie pomaga, nie ratuje, wie że nie jest to jej zadaniem. A im dłużej patrzy tym silniej pojmuje ten cykl. Życie-śmierć-życie i coś w niej powstaje nowego, coś czego nie umie określić. Oczy mężczyzny rozpływają się w niepamięci i Ines nie jest pewna czy je widziała. To był sen, powie później, nie do końca przekonana do takiej wersji, ale nie będzie umiała wymyślić lepszej. To był sen, będzie szeptać swoim córkom, których w tym momencie, kiedy płacze a w jej łzach rodzą się małe, morskie rybki, nie ma na świecie, ale kiedy tylko się już pojawią, to na dobranoc, po przeczytaniu książeczki o dzielnej myszce będzie mówić im o tym co się właśnie wydarza. Doda tylko kilka nowych okoliczności, coś podkoloruje, ale to będzie jej opowieść. I przez to będzie jak najbardziej prawdziwa.

Mężczyzna zamrugałby, ale po śmierci takich rzeczy już się nie robi, więc tylko pokręcił głową. Więc jednak masz kosę i kaptur, powiedział nie otwierając ust. OCZYWIŚCIE, odparł śmierć, MUSZĘ DBAĆ O SWOJĄ REPUTACJĘ.

Ines ściąga obrus ze stołu. Przez chwilę patrzy na niego jakby chciała coś mu powiedzieć a potem brodząc po kostki w wodzie idzie do kuchni. Wyjmuje nożyczki i kroi taninę na małe serwetki. Jeszcze na coś się przydasz, mówi, nie wiadomo jednak do kogo.


niedziela, 21 czerwca 2026

Poczekalnia czyli opowieść o Annie, Księdze i Końcu, a może Początku

 


Poruszyła się nerwowo. Krzesło zaskrzypiało przeciągle jakby chciało coś zakomunikować. Może ono też się nudziło czekaniem. Stało w pomieszaniu od piętnastu lat. Ciągle w tym samym miejscu, na tym samym skrawku podłogi, w takim samym rozkroku. Nikt nie próbował go przesuwać, złożyć, zabrać ze sobą, by doświadczyło nowej przestrzeni. Nie była więc zdumiona, że jęczało. Ona też czuła w sobie narastający skowyt. Gdyby tylko miała pewność, że nikt jej nie usłyszy, zaczęłaby wyć. Do księżyca albo do pragnień, które nie mogły zostać spełnione. Wyłaby na całe gardło, do utraty głosu, tchu, do utraty tego, co bolało, co musiała zostawić za sobą.

Wstała i obeszła pomieszczenie dookoła. Nie było jednak żadnego okna, przez które mogłaby spojrzeć, by ukoić wzrok, nasycić siebie widokiem zieleni, drzew, przelatującego nisko ptaka. Westchnęła i wróciła na krzesło. Odruchowo sięgnęła do kieszeni, ale nie było w niej telefonu, tylko jakiś stary bilet na tramwaj. Tamtego dnia padało i z ziemi wynurzały się kamyki. Wypełzały na powierzchnię niczym glizdy. Anna brała je w dłoń i głaskała ich wilgotne, nierówne grzbiety, a potem pokazywała jemu, bo chciała, żeby też się zachwycił, ale on tylko wzruszał ramionami, obojętny. Nie rozumiał jej miłości do kamieni, patyków, drzew, zwierząt. Moja żona jest egzaltowana, mawiał i jakoś sobie żyli, niby razem, a jednak trochę obok siebie, obok swoich pragnień i tęsknot. Tamtego dnia, kiedy kamienie wypełzały z ziemi Anna nagle zatrzymała się. Deszcz obmywał jej twarz, więc podziękowała mu w duchu za to, że sama nie musi płakać. Stała nieruchomo spoglądając na oddalającą się sylwetkę swojego męża i pierwszy raz nie miała ochoty go dogonić. Mężczyzna nie zatrzymał się, może nie zauważył braku jej obecności, może był pochłonięty własnymi myślami, a może szło mu się po prostu lżej bez jej ciała obok, bez jej ciągłych pytań i kwestionowania wszystkiego. Kiedy zniknął za rogiem otworzyła usta, ale nic z nich nie wypłynęło, żadne słowa, żadne lamenty i żale. Wyszła za to Pustka, chwyciła ją za rękę i stały tak przez chwilę w deszczu, a potem wróciły razem do domu. Początkowo postawiła Pustkę w koszu na parasole, bo nie miała pojęcia co z nią zrobić. Ale Pustka zaczęła tyć. Karmiła się ich milczeniem, brakiem czułych spojrzeń, dystansem. Więc Anna oddała jej sypialnię, a sama poszła spać koło pieca. Zwijała się w kłębek i wyobrażała sobie, że jest kotem, a kotom wystarczy odrobina ciepła, promień słońca smagający je po grzbiecie. Nic więcej. I Anna żyła przez jakiś czas kocim życiem, tylko wychodząc z domu udawała człowieka.

Pewnego dnia, kiedy wróciła z pracy, przez chwilę nerwowo biegała po osiedlu, bo nie mogła zlokalizować swojego bloku. W końcu zapytała o drogę, ale ludzie nie mieli pojęcia, gdzie jest numer pięć. Takiego domu tutaj nigdy nie było, mówili. Zburzono go kilka lat temu, pamiętam jak buldożery zjadały ścianę po ścianie. W miejscu piątki wybudowano galerię handlową, park, akademik. Piątka? To nie to osiedle.

W końcu jednak rozpoznała miejsce, chociaż Pustka pochłonęła je w całości i leżała teraz wzdęta, przejedzona patrząc na kobietę z taką obojętnością, że Anna wzdrygnęła się, ale nic nie powiedziała, bo nie miała nic do powiedzenia. Zostawiła tylko na tym, co kiedyś było progiem domu karteczkę dla swojego męża: Będę na ciebie czekać.

A teraz poczekalnia zaczęła jej się wydawać za ciasna, za mała, zbyt surowa. Duszno tu, wyszeptała, może z nadzieją, że dzięki temu ktoś w końcu otworzy drzwi albo zamotuje okno, ale nic się nie wydarzyło. Krzesło stało tam, gdzie na nim wcześniej siedziała - pożółkłe, brzydkie. Ściany milczały zrezygnowane. Przez chwilę miała wrażenie, że słyszy kroki. Ale było to tylko wrażenie, a może wspomnienie pierwszej randki, na którą szedł do niej dziarsko, niemal poskakując, zadowolony, że poznał taką kobietę, pełen pragnień i marzeń, które z biegiem czasu wyblakły, pochowały się po kątach, uległy zapomnieniu.

Przyłożyła ucho do drzwi. Żadnego dźwięku, za którym mogłaby stać nadzieja, że za chwilę tu przyjdzie, nie zostawi jej samej w stanie ciągłego czekania, zrozumie, że tu o tę jego obecność chodzi. Ale nie. Cisza. Głęboka, surowa w wydawaniu wyroków, cisza.


Pani Anna? Posłyszała. Nie była pewna skąd, bo nie widziała nigdzie głośnika.

Pani kolej, chce pani skorzystać czy rezygnuje?

Kobieta przełknęła ślinę. Czy chcę skorzystać? Nie wiem czy mam w sobie tyle odwagi, wyszeptała.

Na chwilę przymknęła oczy, a kiedy je ponownie otworzyła była w lesie. Na mchu niczym na miękkim posłaniu leżała Księga. I chociaż Anna nigdy wcześniej jej nie widziała, wiedziała czym ona jest.

„Tego dnia padał deszcz i kamienie wypełzały na powierzchnię tak samo jak czynią to ślimaki i dżdżownice”, napisała Anna na pierwszej stronie, a potem przez chwilę stała nieruchomo zdjęta nagłym strachem, że to koniec. Że dotarła do końca rozdziału i nie wie co będzie dalej.

W nocy Sen przyszedł na jej posłanie, które utworzyła sobie z szyszek i igieł. Był piękny, smukły i spragniony jej towarzystwa, ale kiedy zsunęła z niego koszulę zobaczyła, że w miejscu, w którym powinno być serce jest Pustka. Obudziła się z krzykiem, a jej głos rozniósł się echem po lesie. Rozpaliła ognisko i zbliżyła do niego Księgę. Ogień zakołysał się i zatańczył, kiedy wrzuciła do niego pierwszą stronę.

Tego dnia padał deszcz, powiedziała a ogień zasyczał z rozkoszy zjadając jej słowa.

Najdłużej paliła się okładka, ale i ona w końcu przestała się opierać i uległa spopieleniu.

Rankiem poczuła wpierw zapach spalenizny i przez chwilę martwiła się, że może jednak zniszczyła coś cennego. Ale w południe na polanę weszło słońce a z nim podeszło do Anny Życie. To, o którym zapomniała, pełne śmiechu, energii i dzikości. Na skraju lasu stał też Śmierć. Skłoniła głowę na znak, że go widzi. Że wie, że jest blisko, a Śmierć uśmiechnął się, chociaż nie miał twarzy i zniknął, bo tylko chciał sprawdzić. A jak sprawdził, to nie miał nic więcej do roboty. Martwe wiewiórki go nie interesowały. Kiedyś, nie pamiętał już kiedy, spotkał kobietę podobną do Anny. Tańczył z nią i chciał nawet się zakochać, ale nie wiedział jak to zrobić, więc poprzestał na tańcu. Zresztą dzięki temu do dzisiaj uwielbia tango. Tamtego dnia też padał deszcz, taki ze śniegiem, mruknął.

Kiedy została sama rozebrała się do naga i położyła na ciepłym mchu. Wiatr delikatnie pieścił jej ciało, a Anna czuła jak zalewa ją fala rozkoszy. Jestem żywa, wszeptała z czułością a potem przytuliła do siebie te słowa i inne, równie ważne, które zaczęły przypływać do niej i zasilać ją czymś czego do końca nie rozumiała, ale nie zawsze wszystko trzeba rozumieć.



środa, 18 lutego 2026

Z cyklu opowieści o Księdze: Daj się ponieść.

 


Nie wiedziała jak smakuje deszcz o poranku ani ten wieczorny, który otula wilgocią trawy i liście. Nie miała pojęcia co znaczy błąkać się we mgle, iść przez Miasto nagle pozbawione przestrzeni, poucinane, niedopowiedziane, pewne tylko pierwszych trzech kroków. Nie miała pojęcia co znaczy leżeć na łące i słuchać owadziego koncertu, a potem okładać ślady po komarach miąższem z aloesu. Nie wiedziała nic o życiu, bo jeszcze nigdy nie wyszła z domu. Śledziła losy świata zza okiennej szyby, czasami słuchała radia, ale nie miała odwagi, by sprawdzić jak to jest przejść dalej niż z jednego pokoju do drugiego. Jej mieszkanie w starej kamienicy, które odziedziczyła po dwóch szalonych ciotkach, które pewnego dnia po prostu zniknęły jakby nigdy nie istniały, stanowiło cały jej świat. Nie potrzebowała innego, w każdym razie nie sądziła, że może potrzebować. Siedziała z nosem w książkach, a potem pisała liczne artykuły o życiu, zdrowiu, psychice i relacjach. Nie sądziła, że musi czegokolwiek doświadczyć, by mieć wyrobioną opinię na dany temat. Kiedyś znalazła książkę, w której autor przekonywał, że mózg nie odróżnia tego co zmyślone, od tego co prawdziwe i równie dobrze na kondycję fizyczną wpływa bieganie w myślach co takie na bieżni. Uchwyciła się tego zdania całą sobą i od tamtego czasu nie wychodziła już nawet na podwórko wynosić śmieci. Nie przeszkadzał jej zapach rozkładających się resztek jedzeniowych ani ustawione pod sufit pudełka po dietach zbilansowanych, domowych, tych fit i tych zupełnie nie-fit.

Żyła każdego dnia w coraz mniejszej przestrzeni, zawężanej przez śmieci i ubrania, które kupowała bez opamiętania, a potem patrzyła na nie i zamiast przymierzać darła na strzępy, bo przecież nigdy nie zamierzała nałożyć na siebie sukienki pokrytej cekinami czy muślinowych spodni z szerokimi nogawkami. Nie lubiła też obcisłych jeansów ani tych z krokiem w okolicach kolan. Denerwowały ją tak samo mocno jedwabne bluzki co wełniane swetry. Każdego ranka wrzucała sobie na ramiona stary, wytarty szlafrok, którego nie potrafiła się pozbyć, bo pachniał znajomo, bo kilka razy już go własnoręcznie cerowała, bo był wyblakły jak jej życie. Szlafrok był prezentem, jednym z nielicznych jakie otrzymała, z karteczką wetkniętą do kieszeni: Niech się nosi dobrze i wygodnie do końca Twoich dni. Może ktoś chciał napisać jego dni, ale użył złego zaimka i Alicja doszła do wniosku, że to przeznaczenie i obiecała sobie, że nie pozbędzie się szlafroka choćby nie wiadomo co. Pewnego słonecznego dnia, gdy zapomniała zamknąć okno, jakieś ptaszysko wpadło do mieszania i wydziobało w szlafroku dziurę. Całkiem sporą, można powiedzieć że dziurzysko, idealnie na wysokości serca. Tej dziury kobieta postanowiła nie zakrywać żadną łatą. Nie analizowała dlaczego, nie szukała wyjaśnienia dla swojego postępowania, tak miało być i już. Czasami narzucała szlafrok na nagie ciało i wówczas w dziurze ukazywała się pierś Alicji, brązowy sterczący sutek idealnie wypełniał pustkę po materiale. Śmiała się wówczas, ale tylko chwilę, bo radość tak samo jak się pojawiała tak i szybko gasła.

Pewnego dnia ktoś zapukał do mieszkania kobiety. Było to pukanie natarczywe, głośne i nieznoszące odmowy. Spojrzała na zegarek. O tej porze nikt do niej nie przychodził. Catering zostawiano pod drzwiami o świcie a listonosz polecone wrzucał przez szparę w drzwiach. Nie widywała nikogo, bo też i nikt nie miał potrzeby, by ją widywać, a tu nagle to pukanie, za którym niewątpliwie stała ludzka ręka i ludzka postać. Podeszła bliżej, ale pukanie ustało, czyjeś ciężkie kroki rozbrzmiały na klatce schodowej a potem nastała cisza. Stała przez chwilę z ręką na klamce i sercem bijącym szybko (chociaż od dawna nie czuła jego obecności i była przekonana, że nieużywane, zaniedbane po prostu zniknęło, a może wyleciało przez dziurę w szlafroku), teraz jednak biło mocno, niemal na alarm i kobieta musiała wziąć kilka głębokich wdechów, by je uspokoić. Nie wiedzieć czemu oddech zawsze pomagał.

Odsunęła się od drzwi. Po plecach Alicji przebiegł dreszcz, ale go zignorowała. Ktoś pukał i sobie poszedł, racjonalizowała. Nie ma czym się przejmować. Ale następnego dnia pukanie się powtórzyło i powtarzało przez cały tydzień, aż pewnego dnia ktoś wsunął przez szparę w drzwiach list. Alicja rozerwała kopertę. Słowa, które odczytała posadziły jej ciało w fotelu i nie pozwoliły wstać aż do następnego dnia.

Rankiem spojrzała na swoje mieszkanie, po którym walały się książki, śmieci i pudełka po cateringu. Odnalazła lustro i próbowała wywnioskować na podstawie tego co w nim zobaczyła ile ma lat, ale miała pojęcia. Wiec to koniec, pomyślała, bo nie miała dokąd iść i postanowiła, że zostanie w mieszkaniu, kiedy będą wyburzać kamienicę. Umrę tu, bo nie chcę umierać gdzieś indziej, wyszeptała. Nie znam innego świata, nigdy nie szukałam niczego poza tym miejscem, więc jak mogłabym teraz nagle stąd wyjść, tylko dlatego, że ktoś postanowił wyburzyć dom, w którym mieszkam od zawsze.

I kiedy tak siedziała w fotelu próbując umrzeć zanim przyjadą buldożery jej wzrok padł na okładkę książki, której wcześniej nie widziała. Podniosła manuskrypt, nałożyła okulary i zaczęła czytać. Łzy zaczęły płynąć po policzkach Alicji, kiedy tylko jej wzrok pochłonął pierwsze słowa Księgi. Płakała i płakała, bo nic innego jej nie zostało. W końcu łez było już tak dużo, że zaczęły wypłukiwać śmieci leżące w mieszkaniu. Strumienie wody wylatywały z budynku każdą możliwą szparą, a potem kobieta otworzyła okna i drzwi i wciąż płacząc patrzyła jak meble, książki i wszystko co było w mieszkaniu wypływa z niego i znika gdzieś w oddali. A potem woda wzięła Alicję w swoje ramiona i posadziła ją na przejrzystym grzbiecie. Kobieta spojrzała na prawie puste mieszkanie, a potem zamknęła oczy. Woda unosiła ją coraz dalej i dalej, a ona po prostu pozwalała, by jej ciało delikatnie kołysało się na jej powierzchni. Wszystko co do tej pory brała za prawdziwe znikało. Wszystko czym się otaczała poszło na dno, ale ona nie czuła żalu. Przekonana, że nie posiada serca mogła tak płynąć, bo ktoś kto nie ma serca nie czuje nic. Więc i ona nie czuła nic, tylko spokój, coraz większy spokój...

czwartek, 22 stycznia 2026

Księga Początek #opowieść #tajemnica #droga

 


Odgarnęła swoje kręcone wilgocią włosy i spięła je w kok. Pod palcami wyczuła szorstkość siwizny i swój strach. Spojrzała na to co było przed nią i odwróciła głowę.

Za plecami – stare, znane, oswojone. Może i nie takie jakby chciała, ale przynajmniej wiedziała gdzie co leży. Żadnej nieprzewidywalności, wszystko z góry ustalone. Na tej półce sól, na tamtej przyprawa do mięsa. Nie musiała niczego na nowo ani od początku, nie trzeba było zaczynać kolejnej rozgrywki, gra toczyła się nieprzerwanie od wielu lat, więc dobrze wiedziała jakie kto ma karty, wszystkie były znaczone – zdarzeniami, emocjami, uczuciami albo ich brakiem. A jednak zaczęło ją kusić Nowe. Niepoznane. Niedoświadczone. Inne. Długo ze sobą walczyła, bo jak to tak nagle, bez uprzedzenia, chociaż uprzedzała wiele razy. Pokusa, by sprawdzić, przetestować samą siebie w nowych okolicznościach była olbrzymia, ale za każdym razem, kiedy próbowała wyjść z domu słyszała cichy głos córki albo wołanie męża, więc zostawała, bo przecież trzeba było im zrobić obiad, przygotować ciepłe kakao, naprawić zabawkę, posprzątać pokój, wymyć garnki.

Raz po raz zerkała z tęsknotą na drzwi albo wyglądała przez okno. Widziała mijające pory roku, więc wiedziała, że sama też coś mija albo jest mijana. Ale w domu nie było luster, więc nie mogła ocenić upływu czasu, nawet nie chciała, bo na co jej wiedza o kolejnych zmarszczkach, których nie da się wyprasować, o sobie samej, która robi się trochę bardziej przezroczysta i rozmazana, bo z wiekiem wszystko w człowieku blednie, nie tylko skóra ale i nie pragnienia, uczucia, emocje. Nazywała to życiową mądrością, do czasu aż nie wpadła w jej ręce Księga. Nie miała pojęcia skąd się wzięła w jej domu, bo przecież nie zapraszała, nie pamiętała też, by otrzymała coś takiego w posagu. Księgę znalazła pewnego dnia w piwnicy, pod workiem z ziemniakami, w miejscu, w którym niczego nie powinno być, a jednak leżała, w twardej obwolucie połyskując złotymi napisami ku pokuszeniu. Długo jej nie otwierała, bo po co i na co, nie miała czasu ani chęci, więc położyła ją w sypialni, ale w razie czego wepchnęła nogą pod łóżko, żeby nikt nie widział, bo dziwnie jej było z tym, że ona ma a oni nie, że ona coś dostrzegła. Poczucie winy zmywała z siebie każdego dnia szorując ciało szarym mydłem, ale nie był to dobry sposób, bo dawał ukojenie tylko na chwilę. Woda zabierała z jej ramion to, co trzeba było zabrać, ale potem ciężar wracał, bo Zofija Anna Trebierou zaglądała kilka razy w ciągu dnia pod łóżko, chcąc chociaż na chwilę ukoić oczy widokiem Księgi.

Nie miała pojęcia jak długo trwało to pokuszenie, w końcu jednak mu uległa i kiedy wiedziała, że nikt nie patrzy, zamknęła się w sypialni i wyciągnęła Księgę, która zdążyła już porosnąć kurzem niczym bladym mchem. Na pierwszej stronie ktoś wykaligrafował napis ostrzegający, że nie należy przewracać kolejnych stron bez zastanowienia albo najlepiej wcale, bo człowiek może odnaleźć w manuskrypcie coś, czego nie szukał a co go znalazło, a to bardzo niebezpieczna sytuacja. A jednak Zofija Anna Trebierou zignorowała te słowa, a nawet, musiała przyznać przed sobą, ostrzeżenie zachęciło ją, by przejrzeć całą Księgę, gdyż okazała się ona jeszcze bardziej intrygująca niż sądziła. Kolejne jednak strony były puste. I kiedy już zniechęcona chciała odłożyć manuskrypt poczuła łaskotanie na karku, a potem w palcach i idąc za tym uczuciem wzięła do ręki pióro i umoczywszy je w kałamarzu przyłożyła rękę do kartki. Dłoń Zofiji Anny Trebierou sama zaczęła poruszać się w jakimś sobie znanym rytmie i nagle to co niezapisane pokryte zostało słowami, które wypływały nie tyle z kobiety co z czegoś co było poza nią samą.

Kiedy odłożyła pióro była wykończona i postanowiła, że odczyta to co napisała kolejnego dnia, ale następnego dnia ze zdumieniem stwierdziła, że litery zniknęły. Że te wszystkie piękne zdania, które dzień wcześniej zasiliły swoją granatową wilgocią strony, ulotniły się niczym zupełnie nieistotna myśl, a przecież czuła, że w tych zdaniach była zaklęta mądrość i że znaczyły wiele. Więc ponownie chwyciła pióro, ale tym razem dłoń nie chciała posuwać się po kartce, więc Zofija Anna Trebierou usiadła smutna na łóżku i zapłakała. I wówczas jej łzy zaczęły płynąć w stronę niezapisanych stronic a słone słowa zatańczyły na kremowych kartach Księgi.

Wytarła nos w chusteczkę, cicho, delikatnie, bo nie chciała spłoszyć zdań, nad którymi właśnie się pochylała i które czytała z tchem, który można by nazwać zapartym, gdyby nie to, że nie czuła w sobie żadnego tchu, jakby jej oddech po prostu przestał istnieć, chociaż to nie było możliwe, gdyż nigdy nie potrafiła go wstrzymać na dłużej niż kilkadziesiąt sekund.

- Ach – westchnęła, kiedy jej wzrok sięgnął kropki zamykającej treść Księgi. – Ach – powtarzała potem w ciągu dnia, zupełnie bezwiednie i pewnie jej mąż zapytałby czy dobrze się czuje, gdyby zwracał na nią uwagę.

- Ach – mówiła mieszając zupę i potem, zakrywając się kołdrą po sam czubek głowy.

- Ach – wzdychała wsuwając nogi w kapcie i idąc do łazienki. A potem siedziała na toalecie i patrzyła w jakiś odległy punkt, który tylko ona dostrzegała, dopóki nie wyrywało jej z dumania pukanie do drzwi, donośne i natarczywe, przypominające, że nie jest sama i że z toalety należy korzystać tylko w określonych godzinach.

- Wyjedźmy – rzuciła pewnego dnia przy kolacji i na chwilę dłoń męża, w której tkwiła kanapka, zatrzymała się. Zofija Anna Trebierou spojrzała na niego wyczekująco pozwalając sobie na tę odrobinę nadziei, że i on poczuje to samo co ona i za chwilę będzie wspólne pakowanie walizek, a potem podróż w nieznane, bo w znane wyjeżdżali nie raz, chociaż nie mogła sobie przypomnieć dokładnie gdzie i kiedy to było.

- Mnie tu dobrze – usłyszała w odpowiedzi i te słowa stały przy niej przez kolejne dni, jakby chciały przypilnować, że i jej dobrze i że nigdzie nie wyjedzie.

A potem nastąpił ten moment, kiedy po raz pierwszy od wielu lat otworzyła drzwi wyjściowe, a może wyjściowo-wejściowe, bo wychodząc jednocześnie wchodziła w coś nowego, w coś, przed czym tak długo uciekała, ale co w końcu ją dopadło, bo nie można uciec przeznaczeniu, nawet jeżeli zamyka się je w piwnicy i kładzie na nie wór ziemniaków.

- Nie czekajcie na mnie, nie wiem, kiedy wrócę – powiedziała cicho, niepewnie, bo nie miała pojęcia co oznacza dla niej ta podróż i czy będzie w niej miejsce na jakikolwiek powrót. – Ziemniaki są pod pierzyną w nogach łóżka, mięso na patelni – dodała jeszcze, a potem zaczęła się śmiać, bo nagle ta codzienność, o której mówiła tonem poważnym, wydała jej się dziwna, obca i już nie jej własna, chociaż jeszcze kilka sekund wcześniej nosiła w sobie przekonanie, że z tego składa się jej osoba. Że Zofija Anna Trebierou sama w sobie jest codziennością.

Zamknęła drzwi, przez chwilę jej ręka nie chciała puścić klamki, uwiązana do tego miejsca od tylu lat, że nawet nie potrafiła ich policzyć. Albo nie chciała. A potem chwyciła walizkę, do której wrzuciła tylko Księgę, bluzkę i parę bielizny, bo uznała, że nie ma sensu ze sobą zabierać wszystkiego. Zresztą nie potrafiła się zdecydować, które sukienki są warte dźwigania, a które nie, więc nie wzięła żadnej. Będzie mi się lekko szło, pomyślała z uśmiechem i ruszyła przed siebie.