czwartek, 22 stycznia 2026

Księga Początek #opowieść #tajemnica #droga

 


Odgarnęła swoje kręcone wilgocią włosy i spięła je w kok. Pod palcami wyczuła szorstkość siwizny i swój strach. Spojrzała na to co było przed nią i odwróciła głowę.

Za plecami – stare, znane, oswojone. Może i nie takie jakby chciała, ale przynajmniej wiedziała gdzie co leży. Żadnej nieprzewidywalności, wszystko z góry ustalone. Na tej półce sól, na tamtej przyprawa do mięsa. Nie musiała niczego na nowo ani od początku, nie trzeba było zaczynać kolejnej rozgrywki, gra toczyła się nieprzerwanie od wielu lat, więc dobrze wiedziała jakie kto ma karty, wszystkie były znaczone – zdarzeniami, emocjami, uczuciami albo ich brakiem. A jednak zaczęło ją kusić Nowe. Niepoznane. Niedoświadczone. Inne. Długo ze sobą walczyła, bo jak to tak nagle, bez uprzedzenia, chociaż uprzedzała wiele razy. Pokusa, by sprawdzić, przetestować samą siebie w nowych okolicznościach była olbrzymia, ale za każdym razem, kiedy próbowała wyjść z domu słyszała cichy głos córki albo wołanie męża, więc zostawała, bo przecież trzeba było im zrobić obiad, przygotować ciepłe kakao, naprawić zabawkę, posprzątać pokój, wymyć garnki.

Raz po raz zerkała z tęsknotą na drzwi albo wyglądała przez okno. Widziała mijające pory roku, więc wiedziała, że sama też coś mija albo jest mijana. Ale w domu nie było luster, więc nie mogła ocenić upływu czasu, nawet nie chciała, bo na co jej wiedza o kolejnych zmarszczkach, których nie da się wyprasować, o sobie samej, która robi się trochę bardziej przezroczysta i rozmazana, bo z wiekiem wszystko w człowieku blednie, nie tylko skóra ale i nie pragnienia, uczucia, emocje. Nazywała to życiową mądrością, do czasu aż nie wpadła w jej ręce Księga. Nie miała pojęcia skąd się wzięła w jej domu, bo przecież nie zapraszała, nie pamiętała też, by otrzymała coś takiego w posagu. Księgę znalazła pewnego dnia w piwnicy, pod workiem z ziemniakami, w miejscu, w którym niczego nie powinno być, a jednak leżała, w twardej obwolucie połyskując złotymi napisami ku pokuszeniu. Długo jej nie otwierała, bo po co i na co, nie miała czasu ani chęci, więc położyła ją w sypialni, ale w razie czego wepchnęła nogą pod łóżko, żeby nikt nie widział, bo dziwnie jej było z tym, że ona ma a oni nie, że ona coś dostrzegła. Poczucie winy zmywała z siebie każdego dnia szorując ciało szarym mydłem, ale nie był to dobry sposób, bo dawał ukojenie tylko na chwilę. Woda zabierała z jej ramion to, co trzeba było zabrać, ale potem ciężar wracał, bo Zofija Anna Trebierou zaglądała kilka razy w ciągu dnia pod łóżko, chcąc chociaż na chwilę ukoić oczy widokiem Księgi.

Nie miała pojęcia jak długo trwało to pokuszenie, w końcu jednak mu uległa i kiedy wiedziała, że nikt nie patrzy, zamknęła się w sypialni i wyciągnęła Księgę, która zdążyła już porosnąć kurzem niczym bladym mchem. Na pierwszej stronie ktoś wykaligrafował napis ostrzegający, że nie należy przewracać kolejnych stron bez zastanowienia albo najlepiej wcale, bo człowiek może odnaleźć w manuskrypcie coś, czego nie szukał a co go znalazło, a to bardzo niebezpieczna sytuacja. A jednak Zofija Anna Trebierou zignorowała te słowa, a nawet, musiała przyznać przed sobą, ostrzeżenie zachęciło ją, by przejrzeć całą Księgę, gdyż okazała się ona jeszcze bardziej intrygująca niż sądziła. Kolejne jednak strony były puste. I kiedy już zniechęcona chciała odłożyć manuskrypt poczuła łaskotanie na karku, a potem w palcach i idąc za tym uczuciem wzięła do ręki pióro i umoczywszy je w kałamarzu przyłożyła rękę do kartki. Dłoń Zofiji Anny Trebierou sama zaczęła poruszać się w jakimś sobie znanym rytmie i nagle to co niezapisane pokryte zostało słowami, które wypływały nie tyle z kobiety co z czegoś co było poza nią samą.

Kiedy odłożyła pióro była wykończona i postanowiła, że odczyta to co napisała kolejnego dnia, ale następnego dnia ze zdumieniem stwierdziła, że litery zniknęły. Że te wszystkie piękne zdania, które dzień wcześniej zasiliły swoją granatową wilgocią strony, ulotniły się niczym zupełnie nieistotna myśl, a przecież czuła, że w tych zdaniach była zaklęta mądrość i że znaczyły wiele. Więc ponownie chwyciła pióro, ale tym razem dłoń nie chciała posuwać się po kartce, więc Zofija Anna Trebierou usiadła smutna na łóżku i zapłakała. I wówczas jej łzy zaczęły płynąć w stronę niezapisanych stronic a słone słowa zatańczyły na kremowych kartach Księgi.

Wytarła nos w chusteczkę, cicho, delikatnie, bo nie chciała spłoszyć zdań, nad którymi właśnie się pochylała i które czytała z tchem, który można by nazwać zapartym, gdyby nie to, że nie czuła w sobie żadnego tchu, jakby jej oddech po prostu przestał istnieć, chociaż to nie było możliwe, gdyż nigdy nie potrafiła go wstrzymać na dłużej niż kilkadziesiąt sekund.

- Ach – westchnęła, kiedy jej wzrok sięgnął kropki zamykającej treść Księgi. – Ach – powtarzała potem w ciągu dnia, zupełnie bezwiednie i pewnie jej mąż zapytałby czy dobrze się czuje, gdyby zwracał na nią uwagę.

- Ach – mówiła mieszając zupę i potem, zakrywając się kołdrą po sam czubek głowy.

- Ach – wzdychała wsuwając nogi w kapcie i idąc do łazienki. A potem siedziała na toalecie i patrzyła w jakiś odległy punkt, który tylko ona dostrzegała, dopóki nie wyrywało jej z dumania pukanie do drzwi, donośne i natarczywe, przypominające, że nie jest sama i że z toalety należy korzystać tylko w określonych godzinach.

- Wyjedźmy – rzuciła pewnego dnia przy kolacji i na chwilę dłoń męża, w której tkwiła kanapka, zatrzymała się. Zofija Anna Trebierou spojrzała na niego wyczekująco pozwalając sobie na tę odrobinę nadziei, że i on poczuje to samo co ona i za chwilę będzie wspólne pakowanie walizek, a potem podróż w nieznane, bo w znane wyjeżdżali nie raz, chociaż nie mogła sobie przypomnieć dokładnie gdzie i kiedy to było.

- Mnie tu dobrze – usłyszała w odpowiedzi i te słowa stały przy niej przez kolejne dni, jakby chciały przypilnować, że i jej dobrze i że nigdzie nie wyjedzie.

A potem nastąpił ten moment, kiedy po raz pierwszy od wielu lat otworzyła drzwi wyjściowe, a może wyjściowo-wejściowe, bo wychodząc jednocześnie wchodziła w coś nowego, w coś, przed czym tak długo uciekała, ale co w końcu ją dopadło, bo nie można uciec przeznaczeniu, nawet jeżeli zamyka się je w piwnicy i kładzie na nie wór ziemniaków.

- Nie czekajcie na mnie, nie wiem, kiedy wrócę – powiedziała cicho, niepewnie, bo nie miała pojęcia co oznacza dla niej ta podróż i czy będzie w niej miejsce na jakikolwiek powrót. – Ziemniaki są pod pierzyną w nogach łóżka, mięso na patelni – dodała jeszcze, a potem zaczęła się śmiać, bo nagle ta codzienność, o której mówiła tonem poważnym, wydała jej się dziwna, obca i już nie jej własna, chociaż jeszcze kilka sekund wcześniej nosiła w sobie przekonanie, że z tego składa się jej osoba. Że Zofija Anna Trebierou sama w sobie jest codziennością.

Zamknęła drzwi, przez chwilę jej ręka nie chciała puścić klamki, uwiązana do tego miejsca od tylu lat, że nawet nie potrafiła ich policzyć. Albo nie chciała. A potem chwyciła walizkę, do której wrzuciła tylko Księgę, bluzkę i parę bielizny, bo uznała, że nie ma sensu ze sobą zabierać wszystkiego. Zresztą nie potrafiła się zdecydować, które sukienki są warte dźwigania, a które nie, więc nie wzięła żadnej. Będzie mi się lekko szło, pomyślała z uśmiechem i ruszyła przed siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz