Śnią mi się schody. Kręte, powyginane, dziwaczne, z poręczami, na których można się oprzeć i z takimi, którym lepiej nie ufać. Schody prowadzące w górę, nigdy w dół, jakby kierunek był im już nadany i stopy nie mogły wybrać innego. Schody drewniane, które śpiewają przeciągle, kiedy ktoś po nich idzie i schody betonowe zamknięte w ciasnej klatce schodowej, z echem tak gęstym, że aż trudnym do zniesienia. Schody ze szkła. Miejscami popękane, zużyte, z obietnicą kruchości zaklętą w ich przezroczystym ciele.
W moich snach bywa, że nieopatrznie przechylam się przez poręcz, akurat taką, przez którą nie wolno się przechylać, bo pod moim ciężarem poręcz pęka i lecimy razem w dół, lecimy nienaturalnie długo, chociaż odległość jest krótka, a jednak lecimy, ja i poręcz. Ta co miała trzymać i ta co trzymała. I kiedy tak opadamy na dno w niemal zwolnionym tempie, przychodzi do mnie myśl, że coś tu się nie zgadza. Zauważam szczelinę. Po chwili już krzyczę na całe gardło: To jest tylko sen! To tylko sen! A skoro to jest sen, na dodatek wykreowany przez moją własną głowę, tę co jest przytwierdzona do mojego karku. Mój prywatny sen, a nie zbiorowa halucynacja, to przecież z pewnością mogę uniknąć upadku. Wystarczy mieć skrzydła. I zanim zdążę dopomyśleć do końca piękne, uzbrojone w pióra skrzydła, te już mi wyrastają z pleców i zaczynają unosić. Tylko ta poręcz, zawodna, którą mam ciągle w ręku, swoim ciężarem próbuje pokrzyżować mi plany wysokich lotów, uniesień pięknych i dobrych. A jednak boję się ją utracić. Zżyłam się z jej wyszlifowanym na błysk drewnianym ciałem. Żal mi go zostawić. Strach puścić. Więc przez chwilę tkwię w miejscu. Ona mnie ciągnie w dół, moje skrzydła w górę i wychodzi bezruch. Zatrzymanie. W dziwnej pozie, trochę w górze i trochę nad ziemią. Zamykam oczy. Szukam rozwiązania, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy.
Powoli zapominam, że śnię, pewność, że wszystko kontroluję rozpływa się, zanika. Zostaje tylko walka z tym co trzymam w ręce. I wówczas czuję, że nie mam już rąk. A kiedy przestaję mieć ręce, poręcz z nich wylatuje i roztrzaskuje się na drobne kawałki, chociaż upadek z tej wysokości nie powinien był przynieść, aż tak dramatycznego efektu. A jednak poręczy już nie ma a ja, nagle otulona futrem, skaczę na schody, ale wcale nie chcę już na nich być, więc skaczę na nie, by się od nich odbić, by wybić się w zupełnie inną przestrzeń i po chwili biegnę. Piasek pod łapami jest przyjemnie ciepły. Ziemia jeszcze nie ostygła po ciepłym dniu. Księżyc wisi nad horyzontem, okrągły i lśniący. Widząc go mam ochotę zawyć, więc wyję, nie czuję wstydu, nie ma we mnie krzty krępacji. Wyję z całych sił. Wyję przeciągle moją wilczą pieśń, a kobieta we mnie uśmiecha się łagodnie.
La Que Sebe, Ta Która Wie, wita mnie w progu swojej jaskini, kiedy w końcu na moich czterech, silnych łapach do niej dobiegam, zdyszana, zmęczona, ale szczęśliwa. Nigdy wcześniej nie czułam w sobie takiego szczęścia. „To wolność”, mówi Kobieta a ja kiwam pyskiem, bo nie tylko rozumiem jej słowa, ale je czuję. Jakby każde słowo wypowiadane przez La Que Sebe rozbrzmiewało w moim brzuchu, w moich łapach, jakby jej wypowiedzi przenikały futro i zasilały je pewnością i prawdą. „Zapamiętaj, Luna, zapamiętaj ten sen, bo to tak naprawdę nie jest sen, mówi Kobieta i dorzuca drewna do ognia. „Możesz usiąść przy mnie jako kobieta”, dodaje a ja czuję jak znowu odzyskuję ręce i nogi. Moje nagie ciało otula ciepło płynące od ogniska. Siadam na ziemi. Dobrze mi. Nagiej, ale bezpiecznej, kobiecej a jednak zwierzęcej. La Que Sene nie odzywa się dużo. Ale kiedy mówi, wiem, że jej słowa mają dużą wartość, więc chowam je koło swojego serca. Mam tam szufladkę, specjalny schowek, w którym trzymam To co Ważne.
Kiedy nastaje świt, zwijam moje smukłe ciało w kłębek i zasypiam. La Que Sebe mówi, że będzie nade mną czuwać, więc pozwalam sobie na zamknięcie oczu. Tej nocy przychodzą do mnie sny o schodach, poręczy i kobiecie-wilku.
Kiedy się budzę leżę w łóżku. Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem, szukam szarych ścian jaskini, ale ich nie ma, są tylko te pomalowane na kolor o nazwie cafe latte. Sypialnia, dom, który z zapałem urządzałam wiele lat temu. Wzdycham ciężko, bo czuję tęsknotę za moim snem o wolności. W końcu wstaję i idę do łazienki, a kiedy tak idę przez dom pozostawiam za sobą ślady piasku i pyłu z jaskini. Zwilżam twarz wodą a potem zaczynam śpiewać. Wyśpiewywuję z siebie to co we mnie kamienne, a powinno być lekkie, wyśpiewywuję z siebie swój smutek i gniew, który pod nim siedzi. Wyśpiewywuję do końca, do braku oddechu, bo tylko w ten sposób mogę rozpocząć nowy dzień. Dziękuję La Que Sebe, śpiewam na końcu a potem owijam się milczeniem jak ciepłym futrem i wychodzę. Idę przez miasto w milczeniu. Nie potrzebuję słów. Czasami słowa są zbędne. Czasami lepiej po prostu czuć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz