Dzień zapowiadał się na jeden z tych pełnych słońca i beztroskiego przeciągania się na leżaku. Ale tego kobieta nie mogła wiedzieć, bo tam, gdzie przebywała panowała ciemność. Wysunęła nogę spod koca i ziewając odgarnęła włosy, które uparcie opadały jej na twarz. Nie była pewna gdzie leży, pamiętała, że wczoraj nie miała sił, żeby wracać do siebie. Coś ją zamroczyło. Alkohol? Nie, przecież nie piła odkąd dowiedziała się, że alkohol uszkadza połączenia neuronowe, a ona swoje połączenia bardzo lubiła. Dotknęła głowę. Tak, wciąż były w niej te różne opowieści, wystarczyłoby żeby po nie sięgnęła, wsunęła rękę pod czaszkę i wyciągnęła pierwszą z brzegu. Za to jej zresztą płacono. Za zmyślanie historii. Karmiła ludzi fikcją i bardzo odpowiadała jej ta praca. Nie musiała nawet chodzić do biura. Zresztą, nie byłaby w stanie. Opowieści nie lubiły wyskakiwać, kiedy byli wokół niej obcy ludzie, one wolały ciszę pokoju albo szum gałęzi, którymi potrząsał wiatr na werandzie.
Luiza miała piękny, stary dom. Od kilku lat go remontowała, bo w starych domach zawsze jest coś do zrobienia, ale Lu, jak ją nazywali znajomi, to nie przeszkadzało. Lubiła dźwięk szlifierki i zapach czyszczonego drewna. Kochała bieganie ze strzykawką i wyszukiwanie otworów, przez które do starych szaf dostawały się korniki. Wsączała potem substancję w małe dziurki z lekkim żalem wobec zjadaczy drewna i zadowoleniem, że jednak szafa nie ulegnie zniszczeniu.
Usiadła i rozejrzała się wokół. Zdecydowanie nie była na swojej werandzie, na której jakiś czas temu wymieniła stolarkę okienną i urządziła swój letni gabinet. Zakupiła tak dużo roślin, że ktokolwiek przychodził do Lu w odwiedziny przez chwilę musiał przedrzeć się przez dżunglę, by odnaleźć właściwe drzwi do mieszkania. Czasami musiała ratować zaplątanych w dzikie pnącza gości, przerażonych dobiegającymi zza roślin odgłosami lwów i węży.
- Oczywiście, że nie hoduję lwa - mówiła Lu uśmiechając się przy tym w taki sposób, że człowiek nie był pewien jak traktować jej słowa. Nikogo by nie zdumiał widok wielkiego drapieżnika chadzającego dostojnie po domu Lu. Bo Luiza nie bała się niczego, a zwierzęta zachowywały się przy niej tak, jakby miała nad nimi dziwną władzę. Nawet najbardziej agresywny w okolicy pies kulił się i piszczał, kiedy przechodziła obok, a potem wystawiał swój łeb z nadzieją, że Lu obdarzy go chociaż kilkoma czułymi gestami.
Poczuła słomę pod stopami i zmarszczyła brwi. Obora? Próbowała dojrzeć coś w ciemności, ale mrok oplatał przestrzeń ciasno, zaborczo, zjadając wszystkie kształty i zarysy. Głowa Lu pulsowała nieprzyjemnie, opowieści naciskały na czaszkę, jakby chciały z niej wyskoczyć wszystkie naraz.
- Nie teraz – zamruczała, zdumiona barwą swojego głosu, tak niską i zupełnie inną od tego, do której była przyzwyczajona.
Przeszła na czworaka pomieszczenie, uznając, że tylko w ten sposób będzie bezpieczna w tym obcym miejscu, w którym mogłaby się natknąć na coś ostrego. Wyczuła kraty wetknięte pomiędzy drewniane ściany. Jakieś koryto z wodą i drugie wypełnione czymś śliskim i zimnym. To jest klatka, przeszło jej przez głowę, tylko dlaczego na bogów jestem w klatce?
Odpowiedź przyszła godzinę później. Ktoś włączył światło i podśpiewując pod nosem szedł prosto do Luizy.
- Jak się ma nasze tygrysiątko?
- Tygrysiątko? – zapytała Lu mrukliwie, a mężczyzna uśmiechnął się do niej i pomachał jej przed nosem kawałkiem mięsa.
- Głodna?
- To jakiś głupi żart, prawda? – zapytała, ale mężczyzna zdawał się ignorować jej słowa.
- Grzeczny tygrys, musi wiedzieć, że ja mu przynoszę jedzenie a nie jestem jego jedzeniem. Jak mnie tygrys zje to nie będzie więcej dostaw. – Mężczyzna wszedł do klatki i trzymając w jednej dłoni pistolet z środkiem nasennym a w drugiej mięso zbliżył się do Lu.
- Zostałam porwana? Czego żądacie? Nie jestem bogata. Jedyne co posiadam cennego to moje opowieści, nic więcej. Mam jeszcze stary dom, ale on ma raczej wartość sentymentalną.
- Dobry tygrys, siedzi spokojnie.
- Niech pan przestanie się wygłupiać, nie jestem żadnym tygrysem – odparła uświadamiając sobie, że wciąż jest na czworaka, więc chciała wstać, ale poczuła, że nie ma sił,by stać na dwóch nogach. – Proszę mi pomóc wstać, coś mnie odurzyło, nie mam pojęcia co.
Mężczyzna zmarszczył brwi, kiedy Lu zaczęła się do niego zbliżać. Rzucił w jej stronę mięso, które miał w dłoni, ale ona nie miała ochoty na padlinę. Szła w kierunku opiekuna zwierząt oblizując się mimowolnie i nie rozumiejąc dlaczego panika w jego oczach jest dla niej tak smaczna. Tygrysie serce biło w niej miarowo i spokojnie. Miała czas. Wiedziała, że skoczy na niego szybciej niż ten zdoła w nią wycelować. Zresztą, to był tylko środek ogłuszający. Następnego dnia po prostu obudzi się oszołomiona, niepewna kim jest i gdzie jest. Ale teraz, przez jakiś czas będzie pamiętać.
When she was home
She was a swan
When she was out
she was a tiger
and tiger in a wild
is not tide to anyone… (fragment piosenki „She was” Camille)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz