![]() |
Mokosz. Gontyniec. Fot.własna
|
No i patrzcie państwo, powiedziała kobieta głośno, chociaż przed chatą nie było nikogo prócz niej i kota, ale ten nie zwracał na nią uwagi zajęty swoimi, ważnymi sprawami, chociaż sprawiał wrażenie jakby po prostu spał. W dłoniach starej widniała mała figurka dziewczyny w delikatnej sukience. Muszę uważać o czym myślę, kiedy biorę się za robotę, mruknęła, niby niezadowolona, a jednak figurka wyszła jej piękna i wiedziała, że nie każdemu udałoby się osiągnąć wrażenie zwiewności mając do dyspozycji jedynie kawałek drewna.
Było, minęło, westchnęła Stara i już chciała odłożyć wystruganą przed chwilą postać na ławeczkę, obok innych drewnianych laleczek, żołnierzyków, krasnali, figurek świętych i tych ze słowiańskiego bestiariusza, kiedy dziewczyna mrugnęła. W każdym razie kobiecie wydawało się, że zobaczyła ten szybki i delikatny ruch. Głupota, nie mogła mrugnąć, sapnęła Stara, ale zaczęła się przyglądać postaci a im dłużej na nią patrzyła tym bardziej żywa wydawała jej się figurka. Wcale nie zmarnowałam swojej młodości, po co ten pełen wyrzutów wzrok? Musiałam szybko do pracy pójść, nie było wyboru, a że za mąż tak wcześnie? Przystojny był, ładnie mówił, a przede wszystkim chciał mnie, prostą dziewczynę, zaopiekować się mną chciał i mieć gromadkę dzieci, ale tego drugiego akurat jakoś się nie udało osiągnąć. A skąd mam wiedzieć czy to on czy ja winna? Edek mówił, że to moje łono jest wyschnięte, że musiałam coś zrobić kiedyś złego i pokarało brakiem dzieci. Ale to nie była prawda, bo ja się zawsze dobrze prowadziłam i nigdy bym żadnej skrobanki nie robiła, bo to przecież grzech. W każdym razie wtedy sądziłam, że to grzech. Teraz już nie oceniam. Nie próbuję nawet ocenić co jest dobre a co złe, czy ktoś postępuje słusznie czy też nie słusznie. Bo czasami dziwnie się los układa. Pamiętam jak syn sąsiadki spadł z dachu i się połamał. Ale biadowała pani Kulmanowa, ale wyła. Po wsi chodziła nieszczęśliwa, że nie ma kto jej teraz w gospodarstwie pomagać. A potem przyszły wezwania do wojska i tylko ten jej syn we wiosce pozostał. Poskładali go i może kulał, ale pracował a i innym kobietom pomagał pod nieobecność ich mężów i synów. Więc na co ocenianie czy coś dobre jest czy nie? Skąd niby mamy to wiedzieć?
Pytasz dlaczego nie odeszłam od męża? A dlaczego miałabym odejść? Nie pił, nie bił. Nie był dla mnie miły, to prawda, ta czułość, która w nim się tliła na początku małżeństwa jakoś wyparowała, chyba razem z nadzieją, że będziemy mieć dzieci. Ale dawał mi wszystko czego potrzebowałam, więc nie mogę narzekać. Szorstki był dla mnie, taki jak mam teraz dłonie, tyle że ja na swoje ręce patrzę on na mnie nawet nie zerkał. Czasami miałam wrażenie, że nie istnieję. I pytałam go wówczas: Edek, a ty mnie w ogóle widzisz? Widzisz, że tu stoję? Bywało, że te moje słowa go bawiły i wówczas zadzierał mi spódnicę i odpowiadał, że musi się upewnić czy ja wciąż jestem jego. Ale częściej to po prostu zagryzał wargi i wychodził z domu, jakbym tym moim pytaniem co złego mu zrobiła.
Ale to były takie czasy, że przecież nie odchodziło się od męża, bo chciało się zaznać szczęścia. Teraz słyszałam, że kobiety ruszają przed siebie i nawet przez ramię nie spojrzą. Po prostu idą. Czasami znajdą to co im brakowało, ale czasami zostają po prostu same. Czy to lepiej? Nie wiem. Z doświadczenia wiem, że mężczyźni żyją krócej, więc kiedyś kobieta i tak sama zostanie.
Kiedy mojego Edka przykryła ziemia nic nie poczułam. Ani ulgi ani cierpienia. Ja już nie umiałam wówczas uczuć. Nic we mnie nie zostało, byłam wydrylowana jak wiśnia. Obleczona coraz mocniej obwisłą skórą. I wówczas wzięłam do ręki pierwszy kawałek drewna. Zaczęłam bawić się nad nim scyzorykiem a figurki jakby same się tworzyły. I coraz silniej mnie to zajęcie pochłaniało. Coś się we mnie zaczęło odradzać. Jakieś wewnętrzne drgnienia, o których zapomniałam. Jakieś wzruszenie.
Po jakimś czasie zaczęły przychodzić do mnie kobiety. Opowiadały mi swoje życia a ja w tym czasie tworzyłam. Coś z ich przeszłości, ale i jakąś nimfę, bo jak czułam, że dziewczyna potrzebuje więcej pewności siebie to tak mi wychodziło, że jej jakąś boginię z drewna rzeźbiłam. A one te figurki potem pod poduszką trzymały i listy dostawałam, że moja magia działa, chociaż ja im żadnej magii nie dawałam. Ja tylko czułam ich tęsknoty, może dlatego że sama swoich nie miałam, to mogłam tak dobrze czuć te cudze. A jak raz obudzisz tęsknotę, jak ją zobaczysz przed sobą, jak stanie się figurką z drewna a nie zwykłą myślą, to już ciężko ją z oczu stracić. I coś się zadziewa w człowieku takiego, że za tym swoim marzeniem zaczyna podążać. Nie ma w tym może magi, ale jest opowieść, a opowieści są trochę jak czary. Wydobywają na wierzch to co uśpione. Budzą, wskazują palcem. Czasami szydzą i po takiej opowieści człowiekowi jest źle. Ale im gorzej się czuje po tym co przeczytał czy usłyszał, tym lepiej. Gorzkie lekarstwo działa silniej od tego słodkiego.
Samą siebie opowieścią potraktować? Mnie już nie potrzeba. Stara jestem. Sił nie mam na zmiany. Zresztą, dobrze mi tu, na tym zydelku przed domem, przed moim warsztatem, moją świątynią, jaskinią. Nawet nie muszę gotować, bo zawsze ktoś do mnie zawita, jedzenie zostawi, figurkę zabierze. Niektórzy zostają u mnie nawet i rok. Nie wiem na co im towarzystwo starej baby, ale jak lubią, to ja nie mam nic przeciwko. Uczę ich wówczas jak rzeźbić figurki i opowieści. A oni słuchają. Uważnie. Tak jak ty mnie teraz słuchasz, bo ja ciebie, kiedy byłaś młoda nie chciałam słuchać. Tak, masz rację, miałam swoje tęsknoty, dużo było tego niewyrażonego. Może dlatego moje ciało jest teraz takie suche, bo pozbawiłam siebie samą pragnień. Drewnieję. Mam wrażenie, że nigdy nie umrę, to zamienię się w kawałek drewna i przyjdzie jedna z tych, co tu u mnie przez rok siedziała i słuchała, weźmie scyzoryk i wyrzeźbi mnie na nowo. I to będzie piękny koniec. Jedyny możliwy, bo będzie też początkiem.
Skończyła mówić, spojrzała jeszcze raz na figurkę dziewczyny a potem pokiwała głową i odłożyła ją na półkę. Przez chwilę siedziała nieruchomo, jakby czekała na wypełnienie proroctwa, o którym właśnie szeptała, ale nic nie nastąpiło, nie zamieniła się w kawał starego pnia. Wciąż czuła swój oddech, zabulgotało jej w brzuchu z głodu, przełknęła głośno ślinę. No nic, nie dzisiaj to może jutro, sapnęła i sięgnęła do wiadra po kolejny kawałek drewna.
***
Luna podkurczyła silniej nogi i westchnęła. Bagna zsyłały nie raz różne sny, czasami takie, które nie do końca były snami i kobieta przez chwilę miała wrażenie, że faktycznie patrzyła na Starą Rzeźniarkę oczyma drewnianej laleczki. Otworzyła oczy. Mrok wchodził powoli na bagna kradnąc rozróżnienie między tym co na dole a tym co u góry. Zacierał granice skrupulatnie i z wielkim entuzjazmem. Lubiła tę godzinę - już nie dzień, ale jeszcze nie noc, jakby przyroda przez chwilę nie musiała się opowiadać po żadnej ze stron. Las milczał. Po plecach Luny przebiegł dreszcz, bo zrozumiała, że nie jest sama.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz