piątek, 11 sierpnia 2017

Wspomnienia

Wcieram wspomnienia w ściany, stoły, krzesła, w każdy kąt i zakamarek mojego domu, jakby były tynkiem. Glinianym tynkiem, który potrzebuje delikatnych dłoni, żeby go rozprowadziły równomiernie po całej powierzchni. I kiedy skończę, a nie skończę nigdy, bo wszystkie zdarzenia mają jakieś znaczenie i każde z nich należy wetrzeć w ścianę, poczuję zadowolenie. Albo nie poczuję nic, bo kiedy skończę, będą mnie chować do trumny, chociaż bardzo nie lubię ciasnych, klaustrofobicznych pudełek.

Wzdycham ciężko. Zupełnie nie tak jak uczy tego joga. Pozbawiam mój oddech odpowiedniej lekkości, nie idzie on prosto z mojego brzucha tylko ucieka z głowy. Wzdycham ciężko głową, bo to ona ciągle jest pełna niespokojnych myśli, zawirowań i pytań właściwie po co. W jakim celu ja tu, przed komputerem, moje palce na klawiaturze. Dlaczego ja tam, przy sztaludze a moje dłonie z pędzlem, nie z papierosem, bo te rzuciłam kilka lat temu. Nawet nie w kąt, bo stamtąd mogłyby znowu do mnie przyleźć, właśnie przyleźć a nie przyjść, bo pełne smolistych substancji nie potrafią poruszać się lekko i z gracją. Ale nie przyłażą, więc pewnie upadły gdzieś daleko, nie na wyciągnięcie ręki. Wypadły z obrębu moich zainteresowań, chociaż raz na jakiś czas jakiś wewnętrzny głos próbuje mnie skusić. Idź i szukaj. Potrzebujesz tego dymu, który dawniej tak przyjemnie łaskotał twoje płuca. Tfu, a kysz. Teraz moje płuca są wolne i zwykle oddychają spokojnie, ba, czasami oddychają niezwykle wolno, w przemyślany i ukierunkowany sposób. Ale to tylko wówczas, kiedy mam czas na pranajamę. Przeważnie nie mam. Więc dlaczego moje ciało w pozycjach jogi, niemal każdego dnia rano? W jakim celu ja tu i tam, ja w domu i poza domem. Z ludźmi i bez nich?

Wcieram wspomnienia w ściany. Niech oddychają tym, co dla mnie ważne.




sobota, 13 maja 2017

myśli z lekka feministyczne #zmiana_nazwiska #feminizm

Przez wielkie okno wpadało do pomieszczenia jasne, spokojne światło. Dębowe biurko stało pośrodku gabinetu niczym ołtarz, na którego grzbiecie wypoczywały białe dokumenty, w każdej chwili gotowe, by złożono z nich ofiarę. Urzędnik, starszy, dystyngowany pan uzbrojony w wąsik, który raz po raz, jednym, pociągłym ruchem, podkręcał w górę wedle jakiejś dawno zapomnianej już mody czy też dla podkreślenia elegancji, a może zupełnie bezwiednie, przypadkowo, niemal jakby ten gest był mimowolnym odruchem takim samym jak mruganie. A ponieważ palce zawsze są lekko wilgotne wąsik zyskiwał filuterny błysk, taki sam jak oko, które akurat zobaczyło piękną kobietę. Ciężkie, pokryte pluszem krzesło, stało odsunięte, jakby zapraszało do spoczynku, ale kobieta nie miała zamiaru siadać. Spojrzała na dokument. Decyzja. Właściwie nie mam wielkiego wyboru, muszę podpisać, zmienić, przekreślić przeszłość, tego wymaga zwyczaj i stojący obok Władek. A jednak coś we mnie skrobie i piszczy, bo przecież nie mam ochoty na utratę własnej tożsamości. Zawsze nosiłam to jedno nazwisko, z którym byłam w całkiem dobrej komitywie, a teraz nagle wszystko ma ulec zmianie, może nawet zapomnieniu. Jeden podpis i już przestaję być sobą dawną, zupełnie jakby możliwe było wprowadzenie jakiejkolwiek zmiany do swojej osobowości. Co by pomyślał mój ojciec widząc mnie tutaj, w tym miejscu, w którym mam powiedzieć, że oto skazuję nazwisko Szafkowskich na wymarcie…
- Czy coś jest nie tak? - głos urzędnika był taki, jakim natura obdarzyła większość osób związanych z prawem, idealnie dopasowany zarówno do dobrze skrojonego, aczkolwiek skromnego surduta, oraz czarnego wąsa – rzeczowy, spokojny, pozbawiony emocji.
- Nie… - powiedziała odruchowo. Ale właściwie dlaczego okłamuję tego miłego, starszego pana? Przecież tak naprawdę mam ochotę krzyknąć, że niczego nie podpiszę, bo pragnę pozostać sobą, bo żadnej innej siebie nie znam. Dlaczego należy przekształcać coś, co tak dobrze funkcjonuje? Co ma w ogóle znaczyć taka metamorfoza? Czy jestem wężem, który zrzuca starą skórę, by móc żyć w nowej?
- Masz jakieś wątpliwości, Tosiu? - niski, przyjemny głos Władka połaskotał jej ucho, więc próbowała poruszyć ustami, by wyglądały na zadowolone, ale one ani drgnęły, sparaliżowane, niepewne tak samo jak ona.
- Powinnam… - powiedziała i od razu zrozumiała, że to nie prawda, że niczego nie musi, że powinność należy do tych, którzy ulegają pokusie życia wedle schematu. Łatwiej podążać drogą już wydeptaną, szukanie własnych ścieżek może być uciążliwe. Ba, niebezpieczne.
- Jestem kotem, a koty nie zmieniają nazwisk – wyszeptała i wyciągnęła rękę przed siebie. Mogę podrzeć ten dokument, rozerwać na kawałki pulsującego we mnie niezadowolenia, że coś należy, że tak wypada, jakbym nie miała własnego zdania. Czemu to ja a nie on, ma wprowadzić tak radykalną zmianę? Chociaż… Co by na to powiedziała Tradycja? Czy mam prawo tak po prostu ją odrzucić?
- Potraktuję to jak eksperyment – powiedziała po chwili i wprowadziła swoją rękę w trans.
- Więc załatwione. Po ślubie będzie pani nosiła nazwisko męża – powiedział urzędnik zabierając szybko dokument, na wszelki wypadek, gdyby jednak zmieniała zdanie. - Proszę potrenować nowy podpis - dodał, wyraźnie odprężony, chociaż przez te dwadzieścia lat pracy był świadkiem niejednego wahania, kilku poważnych sprzeczek, dwóch rozstań, a kiedyś nawet doszło do rękoczynów i musiał wskoczyć pod stół, żeby uratować, jeżeli nie godność, to chociaż surdut. Aczkolwiek, przyznał w duchu, zazwyczaj kobiety nie protestują, po prostu przyjmują nowe nazwisko z takim samym entuzjazmem z jakim kupują białe suknie. Ani przez myśl nie przechodzi im, że mogłyby coś zakwestionować, że ten podpis ma tak doniosłe znaczenie. Ich matki przecież czyniły to samo, zresztą nie tylko one, ale i babki, prababki, ciotki, stryjenki, a potem ich córki, pasierbice i bratanice. Taki był porządek rzeczy, po co zakłócać ustalone przed wiekami prawidła? Pokręcił głową. Współczesne kobiety i to ich ulubowanie zmian. Ech, szkoda słów. Moja żona nigdy nie wpadła na pomysł, by mieć inne zdanie niż ja. Zresztą po co, skoro dużo lepiej potrafię podejmować decyzje. W jej głowie, prócz Boga, nie ma miejsca na sprawy trudne.
- Amen – powiedziała Antonina i urzędnik przez chwilę miał wrażenie, iż kobieta posłyszała jego myśli.
- To niedorzeczne sądzić, że ona posłyszała mój wewnętrzny głos – mruczał później pod nosem, kiedy wędrował przez krzywizny kolorowych kocich łbów w stronę domu. Jak w ogóle mogłem pomyśleć, iż może ona mieć dostęp do tego co siedzi w mojej głowie? To pewnie przez brak odpoczynku. Z pewnością. Już od dawna miałem prosić o urlop. Teraz mam przynajmniej argument.



poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Fryga (#rodzicielstwobezwarunkowe) - opowiadanie o niespełna trzyletniej Matyldzie

Patrzyła jak dziecko biega wokół stolika kawowego i w myślach owijała każdy kant miękką gąbką, podgumowywała podłogę i przesuwała kolumnę, o którą tak łatwo zawadzić.
- Może poczytamy? - zapytała Matyldę, ale być może pęd powietrza był zbyt duży, by jakikolwiek dźwięk mógł dobiec do małych uszu dziecka. Usiadła w fotelu i jeszcze chwilę obserwowała córkę, a potem wyciągnęła gazetę i próbowała skończyć czytanie tekstu Mellera, który po raz kolejny pisał o tym, że dzieci to wspaniały temat na felieton – dosłownie nie trzeba wysilać swoich twórczych zdolności, wystarczy spisać ich wybrane poczynania lub (w przypadku starszej dziatwy) przemyślenia. Westchnęła. Zdumiewające ile w tym prawdy. Od jakiegoś czasu w niej również dreptała chęć wykrzyczenia swojego macierzyństwa na papier, tylko wciąż nie była pewna czy, po pierwsze, to ma jakiś sens, cel, znaczenie, po drugie czy znajdzie wolną chwilę, taką w której będzie mogła wyraźnie słyszeć własne myśli. Po trzecie czy kiedy ta chwila nadejdzie komputer będzie do jej dyspozycji... „Preteksty”, przeszło jej przez głowę, ale tylko machnęła ręką jakby chciała odgonić jakiegoś niechcianego robala.
Zerknęła na dziecko. Wciąż biegało niczym fryga – mały bączek, który raz nakręcony mógł wirować bez opamiętania przez kilka minut. Tyle że jej córka potrafiła wejść w tryb kołowy na dłużej, niestrudzone perpetuum mobile. Westchnęła, po raz kolejny i skrzywiła usta, bo od pewnego czasu to głośne nabieranie oddechu stało się jej tikiem, bezwiednym sposobem na ukojenie pewnej nerwowości, która przyszła do niej wraz z pierwszymi wykonanymi przez Matyldę ruchami, które nie wyrażały już tylko chęci przytulenia czy zaspokojenia głodu, a poznania otoczenia, wejścia na niebezpieczne schody, wciśnięcia małej główki między szczebelki, próby wykonania salta z krzesełka do karmienia.
- Nie – powiedziało dziecko, które ujrzało czytającą matkę.
- Co nie? - zapytała z uśmiechem, gdyż jej córka potrafiła być taka słodka i śliczna, jak cukierek, do wycmoktania. Albo mały piesek, którego łapski pachną zwykle jakoś tak przyjemnie słodko, a sierść aż się prosi o głaskanie. - Co nie, Mój Okruszku?
- Nie, czytamy – powiedziała dziewczynka i wyrwała matce Newsweeka z ręki. Kobieta wpierw zaśmiała się, a potem, kiedy zrozumiała, że dziecko naprawdę nie pozwala jej czytać, zmarszczyła czoło. - Chciałam tobie poczytać bajkę, ale nie chciałaś, więc mamusia postanowiła poczytać coś swojego.
Matylda była już jednak w pobliżu sofy, za której poręcz próbowała wepchnąć czasopismo.
- Kochanie, mamusia ma prawo robić coś dla siebie – powiedziała, ale tak jakoś bez przekonania, bez tej koniecznej charyzmy w głosie, która mogłaby odebrać dziecku pismo i pozwolić Kobiecie na chwilę relaksu.
- Nie – odparła kategorycznie Matylda.
- Och – westchnęła Kobieta, a potem wstała, wyciągnęła gazetę zza sofy i odłożyła ją na stolik. - To co chcesz robić?
- Brum, brum – zdecydowanym głosem wycharczało dziecko.
- Teraz nigdzie nie jedziemy – powiedziała Kobieta przekładając w głowie kartki ze znaczeniem słowa „brum, brum”.
- Brum brum!
- Chcesz pooglądać autka?
- Tak – odparła z zadowoleniem Matylda i nie czekając na zgodę matki ruszyła przyprzeć atak na klamkę drzwi prowadzących na korytarz. Stamtąd wystarczyło dopaść tylko jeszcze jednej przeszkody i pokonawszy ją wdrapać się na pralkę skąd był już dobry widok na ulicę. Co prawda mieszkali blisko lasu i niewiele samochodów przejeżdżało koło ich okiem, a jednak raz na jakiś czas, wzbijając tumany szrutowego kurzu, pędziło drogą jakieś auto, albo skuter, a jak dziecko miało szczęście to nawet mogło zobaczyć traktor czy walec. We wsi, w której mieszkali, wciąż gdzieś wyrównywano, uklepywano i uzupełniano żwirem drogi. „Można by przypuszczać, że w nocy ktoś podkrada grysik...”, pomyślała wkraczając do pomieszczenia gospodarczego, gdzie usadowiona na pralce siedziała jej córka.
- Na pralce możesz siedzieć, tylko nie wolno wchodzić na parapet, ponieważ – ale nie dokończyła zdania, gdyż dziecko, lotem jaskółki, poszybowało w dół.
Kobieta rzuciła się do przodu i wyciągnęła przed siebie ręce, a potem zamknęła oczy. Być może chciała w ten sposób zakląć rzeczywistość, pozwolić jakiejś opiekuńczej magii zadziałać i wepchnąć spadające dziecko prosto w jej dłonie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Posłyszała delikatne uderzenie o ziemię, a po chwili mała syrena wybrzmiała głośnym „Łaaaaaaa, łaaaaaa”.
- Mój Bączku... – wyszeptała tuląc do siebie płaczące dziecko i robiąc mu szybki przegląd obracając małą głowę na prawo i lewo, sprawdzając ewentualne uszczerbki (brak siniaka), oceniając straty (uzębienie całe), odruchy (reakcje w normie) i fonię (bez zakłóceń, wciąż jednostajne „aaaaa”). - Miałaś szczęście, że akurat leżał tu kosz z praniem– wyszeptała i zaniosła dziecko do salonu, gdzie wtulone w jej szczupłe ramiona zasnęło niczym przestraszone zwierzątko w norce u swojej mamy.



Czy chcemy mieć grzeczne dzieci, czy dzieci szczęśliwe? Czy na pewno warto za wszelką cenę bronić dzieci przed ich pragnieniami, by zwyczajnie żyć, poznawać i popełniać błędy?
Wszystkim, którzy pragną dla swoich dzieci przede wszystkim szczęścia polecam:
„Wychowanie bez kar i nagród. Rodzicielstwo bezwarunkowe” Alfiego Kohna
Wspaniała książka o tym co zrobić, by nie dyscyplinować dziecka, nie pouczać na każdym kroku, tylko traktować jak w pełni ukształtowanego człowieka, który naprawdę sporo rozumie.

niedziela, 5 marca 2017

Lipa (#wycinka_drzew #smog)

Właściwie niewiele czuję. Może to wina za grubej skóry, a może po prostu Bóg postanowił nie obarczać mnie zbyt wieloma wątpliwościami i dlatego nie dał mi tego śmiesznego pakietu, w który wyposażona jest większość ludzi czy też jedynie garstka, ciężko to określić. Nigdy nie lubiłam obliczeń, rachunek prawdopodobieństwa przyprawiał mnie o zawrót myśli, a zestawianie ze sobą liczb sprawia, że zaczynam drżeć, chociaż wcale nie ma wiatru. Więc wolę nie sugerować, że wiem cokolwiek, skoro w rzeczywistości nie mam pojęcia o tak wielu sprawach, iż można mnie określić mianem głupiej albo ignorantki. To drugie oczywiście stanowi pewnego rodzaju eufemizm, dość miły dla ucha, ale pewnie nieprawdziwy, więc zostawmy ten temat, kopnijmy w zadek, spłoszmy, niech zmyka pozostawiając za sobą tumany kurzu. I kiedy już otrzepiemy się z tego parszywego pyłu ujrzymy mnie, zupełnie nagą, bo podobno mówienie prawdy jest jak striptiz, aczkolwiek dlaczego, trudno powiedzieć, w końcu nie jesteśmy w jakimś wieczornym klubie z przyciemnionym światłem, pijanymi mężczyznami i roznegliżowanymi kobietami wyginającymi swoje ciała na chłodnej rurze, tylko w tym parku, zwyczajnym, pospolitym parku z zieloną trawą, metalową ławką i kilkunastoma drzewami.
Potrząsnęła gałęziami włosów i westchnęła. Wiatr zaczął oplatać jej niezbyt smukłą kibić, a ona nie broniła mu dostępu nawet do tych wąskich szpar, które widoczne są jedynie z bliska i wyglądają jak małe pajęczyny, delikatne żłobienia, których każdego roku przybywa, bo przecież nic nie jest wieczne, nawet ja i chociaż trwam już dość długo, to jednak wiem, że nie można nadużywać gościnności i w końcu Czas powie mi spierdalaj, i wówczas będę musiała odejść, ale przecież to nie będzie wcale bolesne, w końcu nie mam żadnych uczuć, tylko te ochłapy, nędzne niedobitki, które nie mają żadnego znaczenia.
Nad parkiem przetoczyła się wielka, brunatna chmura. Ciężarna kobieta, której wody płodowe postanowiły odejść akurat w tym a nie innym momencie, ale to przecież przyjemnie stać w deszczu i wyciągać swoje ramiona w kierunku tych wszystkich piorunów, które są tak odległe, chociaż podobno bardzo niebezpieczne. A jednak od tylu lat robię to samo i nigdy mnie szlag nie trafił, więc czemu teraz nagle miałabym stracić głowę przez jeden piorun, który uderzył na tyle blisko, bym poczułam swąd przypiekanej ziemi? Nigdy nie czułam strachu wobec Natury, sama jestem przecież jej cząstką, zielonym oddechem, niezbędnym elementem, puzzlem, którego nie może zabraknąć, bo inaczej wszystko pozdycha i zgnije, chociaż może tylko po prostu chcę tak myśleć, bo każdy pragnie być potrzebny. Nic mnie nie zabije, nawet ten samochód, który dwa tygodnie temu wpadł na mnie i niemal przewrócił jakbym była zwykłą zapałką, ale na szczęście nie jestem, więc poza szramą, która teraz szpeci moją skórę nie mam więcej pamiątek po tamtym zdarzeniu.
Auto gwałtownie skręciło. Mężczyzna siedzący za kierownicą próbował zrobić kontrę, ale pojazd nie miał zamiaru wrócić na poprzedni tor, sunął bokiem wprost między drzewa i kiedy był już wystarczająco blisko mężczyzna krzyknął przeraźliwie i siedząca obok kobieta zrozumiała, że po raz ostatni słyszy ten głos, który od tylu lat tak bardzo kochała, ale sama siedziała cicho wczepiając wzrok w zbliżającą się zbyt szybko zieleń. Boże, ratuj nas, pomyślała, bo nie miała pojęcia, że modlitwy nie są wcale skuteczne, gdyż Bóg nie jest Supermanem, nie zbawi ani świata, ani poszczególnych ludzi, a jedyną funkcją modlitwy jest programowanie mózgu, by pomógł podświadomości znaleźć lepsze rozwiązania, a jadąc rozpędzonym autem prosto na drzewo nie można wymyślić już niczego konstruktywnego. Dlatego to były jej ostatni myśli, a potem przyszła Czerń i wyginając nie-usta w uśmiechu uniosła bezwładną duszę dwóch osób, o których potem pisano, że jechały za szybko, nieodpowiedzialnie, że pewnie pijaki jedne, debile, idioci, pojebało, żeby taką bryką w deszczu jechać sto na godzinę, trzeba było w domu siedzieć, z dziećmi, a nie tak zapierdalać, że aż potem nie było nawet co zbierać. Kretyni, dobrze im tak, przecież mogli też i mnie zabić, gdybym akurat tamtędy szedł, ale fuksem mieszkam na drugim krańcu Polski, więc całe szczęście te gnojki tylko siebie rozgniotły, a nie mnie. Parszywe pchły.
Spojrzałam w dół i ujrzałam pokrytą krwią głowę, a potem, w głębi auta czyjąś delikatną dłoń i zrozumiałam, że musiała należeć do kobiety. Dwa podarte papierki lakmusowe nabierające czerwonej barwy i chyba pierwszy raz w życiu poczułam dziwny żal, który minął następnego dnia wraz z przybyciem służb porządkowych. A może dopiero tydzień później, kiedy przestałam spijać te drobinki krwi zmieszane z wodą i grudkami ziemi o smaku przerażenia i pragnienia, by dalej żyć, zupełnie idiotycznego, gdyż nie mogło zostać spełnione.

Warkot silnika przeszył powietrze i nie było w tym nic dziwnego, nieraz obok parku przejeżdżały wypchane po brzegi ciężarówki, stare ople, fiaty, skody, dwudziestoletnie rzęchy, które sapały pod górkę i nabierały wigoru przy jeździe w dół. Smród spalin raz na jakiś czas przybierał na sile, a potem, wraz z nastaniem wieczoru, tracił animusz, a może zwyczajnie zasypiał. Ale ten hałas jest jakiś inny, niemal złowieszczy, jakby było w nim jakieś dodatkowe, ukryte echo, drugie dno, sygnał do szukania nowych interpretacji. Więc może powinnam poszukać w sobie strachu, tak na wszelki wypadek, żeby potem wziąć nogi za pas, co oczywiście jest głupotą, bo jakie nogi i jaki pas, a jednak miło wyobrazić sobie sprężyste, długie kończyny, które potrafią przemieszczać zatknięty na nich korpus. Przecież nie jestem inwalidką, więc dlaczego nie mam możliwości tych nóg za pas, jak joginka czy baletnica. Mniejsza z tym.
Mężczyzna wyskoczył z kabiny pick-upa, pokręcił kilka razy ramionami, uzbrojonymi w całkiem wydatne bicepsy, tricepsy i inne – epsy a potem sięgnął po piłę łańcuchową, która leżała spokojnie na dnie bagażnika. Ale przecież to nie jego park, nie wyrządzi mi krzywdy, tylko przyszedł postraszyć, żebym następnej wiosny obrodziła w więcej liści. Tylko dlaczego patrzy na mnie w taki sposób, jakby już piłował moje konary, jakby pragnął sprawdzić czy rzeczywiście nie mam niczego w swoim brzuchu, tylko drewno, wilgotne i pełne życia.
Podszedł do starej lipy i zaczął szacować jej wysokość. Kurewsko duża, i ten pień, faktycznie spory, cholera będę się musiał namęczyć, trzeba było wziąć jednak ciężki sprzęt, ręcznie to będzie trochę ciężko, no, ale zobaczymy. Nie ma co tak się pocić na wstępie. Drewno to drewno.
Zadrżała i przechyliła głowę na bok, a może to tylko wiatr wygiął jej gałęzie, ale jak to możliwe, że on tak brutalnie wbija metalowe zęby w moją korę, a ja nie mam rąk, by odsunąć od siebie tego mężczyznę wykonującego wyrok śmierci.
Ból przeszedł przez jej pień, silny, intensywny jak rwa kulszowa biegnąca od korzeni po sam wierzchołek, który właśnie zaczął wypuszczać pierwsze listki zachęcony plusową temperaturą i słońcem. Niczego nie rozumiem, przecież zawsze podziwiali mnie za ten cień, za grube konary i moją elegancję, a teraz nagle… To chyba tylko sen, jeden z tych męczących i złowieszczych, po którym ciężko potem znowu zasnąć, gdyż wgryza się w myśli i potem ciężko je skierować na bardziej przyjemne tory.

- Halo, co pan tutaj robi? To teren parku, tak nie wolno – powiedział czyjś głos, ale mężczyzna nie zamierzał przerywać. Zapach świeżego drewna przyjemnie łaskotał jego nozdrza. Pieprzona zwolenniczka ligi ochrony przyrody się znalazła. Pies ją gryzł w dupę. Już dawno trzeba było ściąć to głupie drzewo, o które tylko rozbijają się samochody, a może to był tylko ten jeden, nieważne, źle że rośnie tak przy drodze, park powinien zaczynać się dalej od szosy.
- To własność prywatna – wycharczał, a potem odskoczył od pnia. Świetna robota, jednak starczyła mi ta ręczna, nie było tak źle.
Pień z hukiem uderzył o ziemię. Więc tak wygląda koniec. Chociaż, nie, wciąż jeszcze dochodzą do mnie głosy, dwa szczekające psy, które walczą nade mną jakby nie zauważyły, że umieram. Ale może to wszystko nie ma znaczenia, bo przecież ich też spotka taki sam los, prędzej czy później, szkoda tylko że mój przyspieszono, a teraz tną mnie na kawałki jakbym była zaledwie drewnem na opał, a ja tak głupio wierzyłam, że oni uszanują mój udział w produkcji tlenu. Na szczęście czuję tak mało, prawie nic, więc to ostrze defragmentujące moje ciało, odłączające od pnia konary, nie wyrządzi mi wielkiej szkody, nie usiądę potem na kozetce u psychologa chcąc wyleczyć się z traumy, nie tylko dlatego, iż będę martwa, ale dlatego, że jestem tylko drzewem, a przecież wiadomo, że drzewa nie mają prawa do wyrażania swojej opinii. Zresztą z braku ust czy też dostępu do komputera ciężko byłoby o urodzenie jakiegoś protestu, skargi, lamentu, narzekania, biadolenia, pies (może ten co kilka razy przybiegał do mnie, żeby obsikać moją korę jakby właśnie po to tam stała), jeden wie czego jeszcze.
Kobieta podeszła do leżącego drzewa, to takie przykre, było całkiem ładne i duże. Żegnaj przyjaciółko, wyszeptała i odeszła do swoich spraw, bo w domu czekało na nią dziecko, mąż miał wrócić na obiad po piętnastej, a wieczorem była umówiona na wizytę u fryzjera. Żebym tylko z wszystkim zdążyła, przecież jutro mam iść na rozmowę w sprawie pracy, powinnam jeszcze popracować nad jakimś tekstem. Czy ja wpisałam w swoje CV, że lubię przyrodę? Muszę to szybko dopisać, muszę koniecznie dopisać do swojego życiorysu swoje przywiązanie do natury, teraz to jest modne i będzie dobrze odebrane. Uśmiechnęła się i przyspieszyła kroku. Musiała przecież jeszcze kupić kurczaka i ziemniaki na obiad. Sok z brzozy chyba jest na wyczerpaniu, pomyślała i otworzyła telefon, żeby zanotować w listoniku co powinna nabyć.

Mężczyzna chwycił szczapę drewna. Przez chwilę obracał ją w swoich dłoniach, a potem wrzucił do kominka. Ciepło przyjemnie zaczęło oplatać cały pokój.
- Nasze zdrowie – powiedział i uśmiechnął się do siedzącej w fotelu żony.
- Nasze zdrowie – odparła, a potem zaczęła kaszleć.
Tej zimy smog zawisł nad Miastem, a potem rzucił się na jego mieszkańców jak wygłodniałe zwierzę i żaden baranek napchany siarką nie mógł go powstrzymać, więc zjadał z apetytem delikatne włoski oskrzelików, wyjadał z głośnym mlaskaniem te wszystkie dobre bakterie, które jako jedyne mogły go powstrzymać, a kiedy w końcu nie miał już kogo atakować wzruszył ramionami i poszedł dalej, do innego Miasta, do innego miejsca, w którym mieli w dupie ilość rosnących w nim drzew.

#wycinka_drzew #przyroda #smog

poniedziałek, 27 lutego 2017

(nie)Pokalane poczęcie (opowiadanie 18+ #aborcja #śmierć #samotność)


Wieczór zawisł nad Miastem niczym wielka, czarna wata cukrowa zatknięta na patyki przyulicznych latarni. Kobieta zasunęła kotarę. Ten widok nie jest mi potrzebny, pomyślała. Pijany mężczyzna przetaczał swoje osłabione alkoholem ciało przez ulicę, ktoś na niego zatrąbił, inny wyskoczył z auta i kopniakiem posłał na chodnik. Jakaś młoda dziewczyna przyspieszyła kroku, w jej drobnych ruchach było coś pięknego i niepokojącego. Kocica, to jest dopiero kocica, pomyślał leżący na poboczu mężczyzna, gdybym tylko dał radę wstać, to poszedłbym za nią. Może nawet do jej domu. Zdarłbym z niej tą krótką spódnicę, a potem, o żesz z mordę niech go gęś kuźwa jego mać, krzyknął, kiedy niebieski ford uderzył oponą w pobliską kałużę. Cholera, no i poszła sobie, wysapał po czym zaczął strzepywać zaplątane we włosy i ubranie błoto.

Przeszła przez pokój. Podłoga jęknęła trzy razy zanim dotarła do łóżeczka, w którym spało jej dziecko, a może wcale nie jej, tylko tak jej kazali myśleć. Ściany tego pokoju też są moje. A przecież nie wezmę zespojonych cementem cegieł, nie wpakuję do torebki i nie wywiozę na wakacje, których, już tak dawno nie miałam, więc niby czemu należą one do mnie, skoro stanowią tak naprawdę część czegoś większego, zupełnie niezależnego od mojej osoby? Jak w ogóle można być właścicielem czegokolwiek, panem i władcą materii, to nie ma najmniejszego sensu, to całe pieprzenie o tym, żeby posiadać więcej i więcej. Aż do ugięcia karku, do przygniecenia ciężarem tego głupiego chciejstwa. Gdybyśmy byli mniej krusi i bardziej trwali, to może jeszcze, ale przecież nasze życie ma dość ograniczone ramy, więc ten dom będzie istniał jeszcze długo po tym jak mnie już nie będzie. Umrę i tyle z tego całego posiadania. A jeszcze to dziecko. Z palcem między wąskimi wargami, zaczerwienionymi gorączką policzkami, z tymi wielkimi ropiejącymi oczyma i ciągłym smrodem w pieluszce. Nie przypomina w ogóle mnie. Nie tylko dlatego, że jest małe i nie ma jeszcze włosów, jest w nim coś obcego, czego nie rozumiem i co sprawia, że nie mam ochoty brać go na ręce. Ale przecież muszę.
- Zajmij się nim. Musisz w końcu zacząć panować nad swoim życiem, twoje dzieciństwo dobiegło końca – powiedziała pomarszczona jak leżące za długo w słońcu awokado, kobieta podała jej zawinięte w kocyk niemowlę.
- Kiedy ja nie widzę związku. Może i wyszło z mojego brzucha, rozpruło mi waginę jakby była cholernym tropikiem od namiotu, ale to nie znaczy, że mam teraz przy nim być i traktować jak własne. Ono jest równie dobrze moje co jego, co twoje i tego Miasta, pełnego smogu, brudu, biedy i ciągłego ruchu. Nie mam zamiaru brać go do siebie – odparła wówczas i wyciągnęła ręce jakby chciała zrzucić na ziemię to bezbronne zawiniątko, zaprzepaścić, rozbić, oddać temu światu, którego tak nienawidziła, ale zobaczyła w oczach swojej matki coś, czego nie potrafiła wytłumaczyć i to sprawiło, że powolnym ruchem zbliżyła dziecko do swojej piersi. A teraz leżało w łóżeczku, bezbronne, brzydkie, a ona nie miała pojęcia po co jej to wszystko i dlaczego nie zdążyła pozbyć się w porę tego błędu, który tak wywrócił do góry nogami jej życie.
- Naprawdę nie znacie nikogo, kto by mógł wyskrobać moje męki? - pytała uliczne baby, te które powinny znać każdy zakamarek Miasta, łącznie z tym najbardziej ponurym, ale one tylko kręciły zawiniętymi w chusty, czapki, berety, głowami, i mówiły, że jest głupia, że tak zaawansowanej ciąży to jej nikt nie usunie, nawet gdyby pojechała na drugi kraniec świata. Więc teraz wzięła poduszkę i stanęła nad tym dzieckiem, którego zwyczajnie nie potrafiła kochać i skrzywiła usta w grymasie niezadowolenia.
Bo niby dlaczego mam czuć do niego cokolwiek? Nie prosiłam o bycie matką, nigdy nie lubiłam dzieci, a teraz mówią, że to jest moje i muszę je pielęgnować. Każdego dnia zmieniam mu osiem razy pieluchę, przykładam jego usta do mojej piersi, a potem wyję z bólu, bo mój sutek wygląda od kilku tygodni jak kotlet schabowy po rozbiciu tłuczkiem, ale nie mam pieniędzy na kupno mleka, więc muszę mu dawać swoje. A za kilka lat, kiedy pójdzie do szkoły, będę musiała udawać, że kocham, tęsknię, że jest mi tak przykro, kiedy nie wraca zaraz po lekcjach do domu. Otoczę siebie tą całą farsą, bo ono nie może wiedzieć prawdy, nigdy nie będzie mogło się dowiedzieć, że jego ojciec nawet nie był człowiekiem i dlatego nie potrafię go kochać. Więc będę szeptać to wszystko co inne matki szepczą do uszu swoich dzieci, ale będzie to wielkie kłamstwo, bo jeżeli kiedykolwiek miałam jakieś uczucia to umarły tego dnia, kiedy on został poczęty. Tej nocy, umarło we mnie prawie wszystko, tylko nie to pierdolone nasienie i gdybym była mądrzejsza i bardziej wykształcona może bym wiedziała do kogo pójść, by sprawdzić, a ja udawałam tylko że nic nie zaszło i dlatego potem zaszło tak wiele.
Przyłożyła poduszkę do swojej twarzy i zaczęła krzyczeć. Białe pierze wpadło w drgania i wibracje, a ona nie przestała krzyczeć dopóki całkiem nie straciła głosu, a może i dłużej, może potem płakała już zupełnie cicho i mogła odrzucić poduszkę, bo nie musiała ona więcej tłumić tych dźwięków, tak nieprzyjemnych i żałosnych.
- Skończę ze sobą – powiedziała kilka dni wcześniej matce, ale ta tylko westchnęła ciężko i pokręciła głową.
- Nie dasz rady. Bo jeżeli zabijesz siebie to i jego…
- Nie jestem z nim połączona – odparła wówczas, chociaż dobrze wiedziała, że matka ma rację. Nie dlatego, iż dziecko odczułoby jej psychiczny brak i załamane poszło w jej ślady. Nie. Po prostu mieszkała sama i zanim ktoś by wpadł na pomysł wyważenia drzwi znalazłby dwa ciała zatopione w fetorze rozkładu.
Przysunęła do łóżeczka krzesło i usiadła ciężko, chociaż ważyła tak mało, może tyle co to dziecko, które leżało wciśnięte w becik, a może jeszcze mniej, bo odkąd pamięta zamiast przybierać na wadze zawsze ją traciła i pewnie dlatego tak długo nie miała pojęcia, że jest w ciąży. Zresztą skąd mogłam wiedzieć, że właśnie w taki sposób to wszystko się odbywa? Tamtego dnia sama byłam jeszcze dzieckiem w kolorowych, pasiastych skarpetkach podciągniętych pod same kolana. Tej zielonej spódniczce, którą wówczas tak lubiłam, może nawet za bardzo, bo gdybym nałożyła spodnie, być może nie zwróciłby na mnie w ogóle uwagi i teraz dalej byłabym dzieckiem, a nie dorosłą, z mieszkaniem, prądem do opłacenia i dzieckiem leżącym tak cicho, że aż nie do wytrzymania, w drewnianym łóżeczku po kilku innych, może bardziej szczęśliwych niemowlakach. Ale było ciepło, więc szłam w mojej zielonej spódniczce, a on już na mnie spojrzał i nie było ucieczki przed tym wzrokiem, a potem przed rękoma, które trzymały mnie tak mocno. A kiedy między moimi nogami zaczął szukać jakiegoś przejścia, którego tam przecież jeszcze nie było, zrozumiałam, że nie jest człowiekiem i przestałam płakać, tylko zaczęłam błagać Boga, żeby zabrał ode mnie to zwierzę, które rozrywało mnie na strzępy, ale Bóg nie zrobił nic. Może miał na głowie jakieś ważniejsze sprawy, ocieplenie klimatu albo partyjkę szachów z Allachem, cholera go wie, w każdym razie pozwolił, żeby to wszystko przeszło w czas dokonany i żebym teraz siedziała na krześle przy łóżeczku dziecka, którego nie mogę kochać, bo nie należy do mnie, tylko do tamtego dnia, w którym umarłam.

Starsza kobieta, z włosami zakręconymi trwałą ondulacją w małe loczki upodobniające ją do innych kobiet, z takimi sami fryzurami i takimi samymi marzeniami, podeszła do drzwi i zadrżała. Jezus, Maria, Boże, wyszeptała i zakryła chustką nozdrza, ale to nic nie pomogło, zapach był zbyt intensywny i przenikał bezczelnie przez materiał jak pies, który nie gryzie a kąsa. Więc z krzykiem zaczęła pukać do innych mieszkań, ale nikt nie otwierał, bo ludzie nie lubią udzielać pomocy, jeżeli ktoś inny może to uczynić, więc i teraz siedzieli cicho. Jezu, Jezu, mówiła kobieta i zeszła piętro niżej, ale tam też nikt nie miał ochoty odryglować zamka, zresztą niektórzy myśleli, że jest świadkiem Jehowy, inni szeptali „wariatka jakaś”, a jeszcze inni pogłaśniali telewizor, żeby nie musieć nic mówić. A kiedy zeszła w końcu na ulicę poczuła, że nie ma już sił i zrozumiała też, że to jej nie dotyczy, więc tylko odmówiła Wieczny odpoczynek i poczłapała dalej, a w mieszkaniu, na drugim piętrze wciąż leżały dwa ciała. Dwa ciała tej samej wielkości, bo umierając kobieta, która tak naprawdę była jeszcze dziewczynką, zaczęła się kurczyć, jakby każdy oddech zbliżający ją do śmierci odbierał jej nie tylko życie, ale i wzrost. Więc na końcu była już tak mała jak leżące obok niemowlę, które zmarło jako pierwsze, z niewiadomej przyczyny czy też z braku miłości. A ona wówczas zrozumiała, że nie może bez niego żyć, bo właśnie straciła coś, co uzasadniało to wszystko przez co przeszła. Więc zamknęła oczy, a ponieważ nie potrafiła wykrzesać z siebie żadnej modlitwy, wyobraziła sobie tylko Kostuchę z długą, błyszczącą kosą. A Ona naprawdę przyszła i jednym, precyzyjnym cięciem pozbawiła dziewczynę głowy. Więc tak to wszystko wygląda, pomyślała nie swoimi myślami, bo nie mogły przecież wyjść z tej głowy, której już nie miała i poczuła dziwną radość. Taką, której nie czuła od dawna, a może nawet przez całe życie. A potem była ciemność – bezgraniczna, lepka, cierpliwa. 


 

wtorek, 14 lutego 2017

otwarty umysł - opowiadanie lekko surrealistyczne

Tego dnia męczyła go bezsenność. Rolował więc łóżko wzdłuż i wszerz, ponieważ jednak nie było ono ciastem, niczego nie osiągnął poza podkrążonymi oczyma i bólem w plecach. Myśli krążyły wokół jego głowy jak oszalałe. Zupełnie jakby chciały odbyć jakiś dziki taniec, a on nie miał sił ich powstrzymać i tylko obserwował w milczeniu to kołowanie, te ciągłe zmiany tematu, ową feerię obrazów wyjętą wprost z płócien impresjonistów. I nagle zrozumiał, że tak naprawdę już od dawna nie panował nad niczym, że niemal każda rzecz, która dotyczyła jego osoby przychodziła przypadkiem i równie przypadkowo znikała. Zupełnie jakby nie on posiadał własną głowę, jakby nie on kierował swoimi krokami tylko był ktoś jeszcze, kto miał dostęp do tych wszystkich neuronowych połączeń odpowiedzialnych za Decyzje.

Usiadł na łóżku i już chciał dotknąć swojej rozedrganej, brzęczącej głowy, kiedy coś chwyciło go za rękę i cofnęło tę zbyt ciekawą wszystkiego dłoń. I kiedy potem zobaczył kilka sinych punkcików na swoim nadgarstku, nie był wcale zdziwiony. Wzruszył tylko ramionami z pewną rezygnacją, bo przecież nie ma sensu bunt przeciwko rzeczywistości.

Ubrał się ciepło. Szalik owinął jego szczupłą szyję jakby chciał uzupełnić brak szerokiego karku. Na głowę nacisnął wełnianą czapkę, jedną z tych wykonanych ręcznie na drutach przez kogoś kto poza dobrymi intencjami nie posiada niczego więcej, a już na pewno zdolności. Wydmuchał nos (który na w razie czego, gdyby na dworze było jednak bardzo zimno, zaczął przybierać barwę zachodzącego słońca), a potem wyszedł z mieszkania. Skrzypiące, drewniane schody odprowadzały mężczyznę na sam parter i przez chwilę miał wrażenie własnej wyjątkowości – jakby każda deska, każdy sęk pragnął zatrzymać go jak najdłużej przy sobie. A potem wyszedł na dwór. Miasto, które nigdy nie mrużyło oczu, jakby sen dotyczył wszystkich poza nim samym, rezonowało brzdękiem tramwajów i piskiem hamujących opon. Mężczyzna westchnął ciężko, a potem ruszył przed siebie. Nie musiał nawet patrzeć dokąd zmierza. Każdego dnia od piętnastu lat wychodził o szóstej rano i szedł w tym samym kierunku. I chociaż okoliczne domy ulegały pewnym korektom, gdyż każdy zarządca Miasta miał swoje ulubione kolory, którymi lubił karmić mury, nic poza tym się nie zmieniło. „Wszystko jest takie samo”, powiedział niemal głośno mężczyzna, być może ulegając pragnieniu, by poczęstować innych swoim spostrzeżeniem i wówczas jego noga chlupnęła prosto w kałużę. Rdzawa, mętna woda liznęła czarny but z plaskiem, a może nawet z zachwytem i dlatego nie poczuł do niej żalu tylko szepnął: „Smacznego” i poszedł dalej.

Pod za dużą kurtkę mężczyzny ze złośliwym świstem wdzierał się wiatr. Przez chwilę próbował zapanować nad trzepotem materiału (wygląd nadętego żagla z miejscu brzucha nie sprawiał mu przyjemności), ale i z tego zrezygnował. „Nic nie poradzę”, mruknął i człapał dalej szarą, pozbawioną konturów i barw ulicą. Inni, podobni do niego, lub całkiem do niego niepodobni przechodnie, mijali go w milczeniu, bez jakichkolwiek oznak zainteresowania. Niejednokrotnie musiał uskakiwać w ostatniej chwili przed jakąś damską parasolką, którą wymachiwała nieostrożna kobieta lub przed barczystym mężczyzną, który zajmował prawie całą szerokość chodnika i nie miał zamiaru ustąpić miejsca. Patrzył wówczas z pewną zazdrością na szerokie ramiona i górującą nad innymi sylwetkę, ale potem zaczynał kręcić głową, bo przecież nie miało sensu marzyć o nieosiągalnym.

- Możesz mieć co tylko zechcesz. Dlaczego nie korzystasz z okazji? Przecież twój umysł wyraźnie się otwiera. Zacznij wreszcie marzyć – posłyszał cichy głos. Ulica była jednak pusta. Nikt nie przechodził, żadne zwierzę nie biegło, ani ptak nie przelatywał nad głową mężczyzny. Więc kto mógł powiedzieć coś takiego? Kazimierz przystanął i na chwilę zamknął oczy. A jeżeli to prawda? Co by było, gdyby nasze myśli stwarzały rzeczywistość? Już jakiś czas temu czytał teorię przyczynowości oraz wpływu wyobraźni na świat realny, a teraz wyraźnie posłyszał Głos, owo wołanie czy może wezwanie do działania i poczuł ruch domina w swojej głowie. Jakby Myśl, która wcześniej należała tylko do niego zyskała bardziej realny kształt i nie była już tylko majakiem, bezcielesną zjawą, a czymś zgoła innym, niemal namacalnym.

- Trzy sekundy spóźnienia – powiedziała sekretarka wygiąwszy usta w krzywym uśmiechu. „Może to dlatego, że ciągle zjada ogórki”, próbował tłumaczyć ją w myślach, bo przecież to była jedyna ładna dziewczyna w firmie, byłoby niefortunnie, gdyby i ona… Potrząsnął głową jak pies zrzucający z siebie krople rosy po porannym spacerze i poszedł dalej. Nigdy nie korzystał z windy, nie dlatego, że nie miał zaufania do tych wszystkich nowoczesnych wynalazków, które miały ułatwiać człowiekowi życie, po prostu lubił schody. Wspinając się w górę mógł wyraźnie poczuć pracę mięśni nóg i to go wprawiało w dobry nastrój. Mówił im, że mają go unosić i one wykonywały ten rozkaz bez protestu, bez najmniejszej skargi czy oporu.

- Proszę – powiedział oddając kurtkę w szatni. Gruba kobieta zajmowała niemal całą przestrzeń ciasnego kantorka. Wielkie ciało wciskało się pomiędzy rzędy wieszaków i gdyby nie to, iż uzbrojone było w bardzo długie ręce, szatniarka nie miałaby szans, by powiesić cokolwiek.
- Panie Kaziu, chyba ostatnio znowu mi przybyło – powiedziała, ale nie wyczuł w jej głosie rozpaczy, raczej dziwną dumę.
- Doprawdy? Nie zauważyłem – przyznał. - Ale może… takie rozkwitanie…
- Właśnie, właśnie – kiwnęła skwapliwie głową, czy raczej delikatnie schyliła brodę, która nie mogła opaść daleko. - Jeszcze czapka – dodała. - Ach… panie Kaziu, pogłębia się… - wyszeptała, kiedy ściągnął wełniane nakrycie myśli.
- Możliwe. Dzisiaj nie mogłem spać.
Przez chwilę milczeli. Szatniarka przybrała zbolały wyraz twarzy. Nie był jednak pewien czy to było współczucie, czy też wypracowany latami tik.
- To już pójdę. Praca czeka.
- Tak, trzeba przecież pracować, niezależnie od tego co nam się przytrafia. Ja tam panie Kaziu zawsze to każdemu powtarzam.
- Yhm – mruknął i szybko się oddalił. Wolał nie pokazywać kobiecie swoich myśli, a te już stały w dokach startowych niczym rozjuszone, rozgrzane przed wyścigiem konie.

- Pan zawsze miał bardzo otwarty umysł, teraz widać to jeszcze wyraźniej – Prezes klasnął w dłonie. - Mówiłem wszystkim, że ocenianie po okładce jest błędem. Zresztą pan też samego siebie nie doceniał...
Kazimierz uniósł brwi. Myśl, że to Basia, szatniarka doniosła Prezesowi pojawiła się nad jego głową, a potem pękła niczym bańka wykonana ze zbyt dużej ilości mydła.
- Tak, ma pan rację. Dowiedziałem się od naszej Basieńki i szybko tu przyszedłem dla pewności… Nie ma pan pojęcia jaki jestem zachwycony.
Rzeczywiście. Prezes cały promieniał, podskakiwał, zacierał ręce i być może zacząłby tańczyć, gdyby nie to, iż boks, w którym pracował Kazimierz był tak wąski, iż poza biurkiem i krzesłem niewiele pozostawało miejsca na cokolwiek.
- Przeniesiemy pana do bardziej przestronnego biura – powiedział Prezes z uśmiechem.
- Dziękuję – wyszeptał Kazimierz. - Od lat czekałem…
- Może gdzieś bliżej mnie, jestem ciekaw pracy pańskiego umysłu! Takie wydarzenie i to u mnie w firmie! Doprawdy, Kaziu, mogę do ciebie się zwracać po imieniu, prawda? Teraz kiedy jesteś tak otwarty… Przecież to oczywiste, iż Firma pomogła tobie w tym procesie. Doskonale, nasze notowania pójdą z pewnością w górę. Kto by pomyślał… - perorował gestykulując żywo rękoma, także Kazimierz raz po raz musiał się uchylać przed jakimś zbyt zamaszystym gestem.
- Za chwilę przyślę sekretarkę, która pomoże ci przetransportować się w nowe miejsce. Pomyśl ile dobrego zdziałasz dla Firmy! Jestem z ciebie dumny – zakończył swoją mowę Prezes i zaczął zbliżać swoje szerokie usta ku czołu Kazimierza w geście ojcowskiego pocałunku, ale nagle zrezygnował, zawrócił w połowie drogi i tylko zacisnął pieść, którą potrząsnął w górze na znak zwycięstwa, parcia w górę, rozwoju.


- Proszę za mną – powiedziała kobieta o wyglądzie porcelanowej lalki. Widać, że zabroniono jej patrzeć na głowę Kazimierza i cały czas unikała kontaktu wzrokowego. Mężczyzna spakował do teczki te kilka dokumentów, które leżały na biurku oraz ramkę ze zdjęciem przedstawiającym jakąś uśmiechniętą kobietę, której nigdy nie widział i nie miał pojęcia, kim była, ale w Firmie był nakaz trzymania czegoś osobistego na biurku, więc i on był zmuszony coś przynieść.
- Pańska żona? - zapytała sekretarka i nie czekając na odpowiedź zaczęła iść w stronę nowego biura.
- Nie… - wyszeptał nieśmiało i szybko zmienił temat swoich myśli, byle tylko nie wydało się, iż od wielu lat był samotny i prócz bezpańskiego kota, który raz po raz przychodził do jego mieszkania, tak naprawdę nikt go nie odwiedzał.

Nigdy nie był w tej części Firmy. Korytarze były tu szerokie niczym aleje w parku, na ścianach zawieszono obrazy, a za szklanymi drzwiami pomieszczeń widać było uśmiechniętych ludzi, którzy pochyleni nad swoją pracą usiłowali rozwiązać jakiś problem. Wszystkie myśli biegały tu wolno, nieskrępowane żadnymi normami i tylko raz po raz któraś z nich uderzała o szklaną ścianę, po czym znikała bez żalu o tak gwałtowny koniec.
- Czy wszyscy oni…? - zapytał sekretarkę, która skinęła głową, że owszem, właśnie tutaj ludzie z otwartymi umysłami mają szansę na rozwój.
Kazimierz poczuł, że i w nim wzbiera dziwne zadowolenie. Niewątpliwie obecność tylu radosnych osób sprzyjało poprawie nastroju. W końcu dotarli do drzwi, na których sekretarka musiała już wcześniej przyczepić tabliczkę z napisem: „Kazimierz P.”, co mile połechtało próżność Kazimierza, tę samą próżność, o której istnieniu w ogóle nie widział, aż do dnia dzisiejszego.
- Będzie tu panu wygodnie – powiedziała i pchnęła drzwi.
Pokój był naprawdę przestronny. Wszystko w nim było okazałe i wielkie, zupełnie jakby duże gabaryty czekały na równie wielkie i wspaniałe pomysły.
- Panie Atanazy, a pan co tutaj jeszcze robi? - sekretarka nie kryła swojego oburzenia na widok niewielkiego, chudego mężczyzny, który stał przy oknie i poruszał nerwowo ramionami.
- Dawałem z siebie wszystko… Każdą swoją myśl, każdy pomysł poświęciłem tej firmie, a wy mnie teraz… ach… przecież to niegodziwe – powiedział mężczyzna i zaniósł się szlochem.
- Proszę wybaczyć, panie Kazimierzu, to dość niefortunne – powiedziała sekretarka, którą najwidoczniej w ogóle nie obchodził płacz Atanazego. - Zaraz zawołam sprzątaczkę, żeby wyczyściła pańskie biuro.
Szloch stawał się coraz bardziej intensywny. Wielkie krople spadały na podłogę, tak że wkrótce wokół nóg płaczącego mężczyzny zaczęła tworzyć się kałuża, która z każdą chwilą powiększała swoje gabaryty.
- Przyślijcie C8 do pokoju numer 130 – powiedziała sekretarka do słuchawki. - To nie potrwa długo – rzekła z uśmiechem w stronę Kazimierza. - Może pan w tym czasie ściągnąć ubrania, w szafie obok wiszą garnitury, bluzy, dresy, a nawet hawajskie koszule, ale jeżeli woli pan pracować nago to nie ma problemu. Nic nie może krępować pańskiego umysłu, to by zaszkodziło Firmie…

Kazimierz podszedł do szafy. Nigdy dotąd nie przywiązywał wagi do tego co ma na sobie. A może to był błąd? Być może stój ma wpływ na myśli. Skoro jesteśmy tym co jemy, to może też jesteśmy tym w czym tkwimy? Jak aktorzy na scenie, którym scenografia i choreografia pomaga wczuć się w rolę? Wyciągnął przed siebie rękę. Jego dłoń wyczuła przyjemną w dotyku tkaninę. Każde z ubrań uszyte było z widoczną precyzją, każde idealnie dopasowane do jego wzrostu i sylwetki.
- Niech pan tego nie robi – posłyszał za swoimi plecami cichy i piskliwy głos Atanazego. - To pana zniszczy…
- Bardzo mi przykro, że pana zwolnili – powiedział Kazimierz i spojrzał w mizerną twarz małego mężczyzny.
- Zwalniają? Ależ skąd! Oni mnie przenoszą. Wyciągnęli ze mnie wszystko, każdy pomysł, każdą genialną myśl… I kiedy już zabrali słomkę, przez którą tak ochoczo ssali postanowili, że te resztki, te nędzne ochłapy, które zostały na samym dnie, też się mogą przydać! Więc mnie przenoszą…
- Więc nie ma nad czym rozpaczać, skoro tylko…
- Pan niczego nie rozumie! – Atanazy wskoczył na biurko, by choć przez chwilę zyskać bardziej poważny wzrost – Te wszystkie ubrania należały do mnie, byłem panem i byłem równie naiwny sądząc, iż spotkał mnie zaszczyt! Ach, tak… upajałem się własnym umysłem, tymi wszystkimi cholernymi myślami, które mogły swobodnie biegać jak małe, głupie koniki… całkiem prawdziwe, takie obrzydliwie prawdziwe koniki, ogiery, klacze… - mężczyzna wyrzucał z siebie zdania z prędkością, która była tak zdumiewająca, iż Kazimierz musiał usiać na ziemi, żeby przypadkiem niektóre ze słów nie uderzyły w niego zbyt mocno. - A teraz, kiedy już wszystko stracone zamienią mnie w zwykłego szczura Albo gorzej!Bo czy człowiek, który tak mocno skurczył się w sobie może być jeszcze pożyteczny? - po tych słowach mężczyzna usiadł na ziemi, chwycił między dłonie swoją niewielką głowę jakby pragnął powstrzymać ją przed czymś nieuchronnym, a ponieważ na nic zdały się jego chęci zaczął jeszcze mocniej lamentować i szlochać, tak że po chwili cały był jednym wielkim płaczem.

- Pan chyba trochę przesadza – powiedział Kazimierz zbyt cicho, by mały człowieczek mógł go usłyszeć i dodałby może parę głośniejszych słów o intensywnym, pocieszającym aromacie, ale w tym momencie do pokoju weszła grupa sprzątaczy z szerokimi miotłami.
- Sio! - powiedział jeden z nich.
- Sio! - zawtórował mu drugi.
Atanazy zeskoczył ze stołu i zaczął biegać po pomieszczeniu szukając schronienia to pod biurkiem, to za drzwiami szafy, ale wszędzie dosięgały go szerokie ramiona miotły. W końcu sprzątaczom udało się skierować mężczyznę na korytarz. W pomieszczeniu zapanowała cisza.

Kałuża łez wysychała pod oknem i po chwili nie było już po niej śladu. Kazimierz usiadł na przyjemnie miękkim fotelu i poczuł, że ta miękkość siedzenia odciąża też jego głowę. Zupełnie jakby fotel masował nie tylko plecy, ale i myśli.
- Proszę się zrelaksować – powiedziała sekretarka, która wyrosła obok mężczyzny, a może stała już tak od dawna? Może wcale nie opuściła pomieszczenia na czas tego całego wariactwa wokół Atanazego? - Mogę oczywiście panu pomóc… jestem jak najbardziej do pańskiej dyspozycji – powiedziała i uniosła do góry spódnicę odsłaniając przed Kazimierzem swoje kobiece urokliwości.
- Takie otwarte umysły jak Pański zasługują na wszystko czego zapragną – dodała i po raz pierwszy spojrzała Kazimierzowi w oczy. Mężczyzna poczuł jak jego czaszka, która i tak miała już potężną dziurę pośrodku rozszerza się jeszcze mocniej. Każdy pomysł, każda Idea mogła teraz swobodnie wyskoczyć z jego głowy. Nie było już ciasnego sklepienia utrzymującego myśli w ryzach. Nieskrępowana wyobraźnia i kreatywność miały teraz tyle przestrzeni, ile tylko jest potrzebne do tego, by się rozwijać.
- O mój Boże – wyszeptał mężczyzna, który wcale nie był wierzący i zrozumiał, że to co mówił Atanazy było prawdą. Wyssą z niego wszystko – wszystko co ma w sobie, każdą nawet najbardziej idiotyczną myśl, będą mogli zobaczyć i zabrać, a potem, kiedy nagle zabraknie mu pomysłów, a jego umysł znowu zacznie się zamykać, wyrzucą bez żalu. „Jak śmieć, szczura, mysz, kreta...”. Ale zanim to nastąpi będzie mógł doświadczyć każdej przyjemności, każdej zachcianki, o której nawet nie miał pojęcia, że może być warta uwagi. I chociaż wewnętrzny rozsądek stanął w rozkroku gotowy do zadania ciosu tym wszystkim pokusom i możliwościom, Kazimierz pokręcił tylko głową. W końcu poza samym sobą i tak nie miał więcej do stracenia.

szkic do opowiadania otwarty umysł
otwarty umysł szkic Painter

wtorek, 7 lutego 2017

Getto ławkowe (Getta ławkowe wprowadzono na niektórych uczelniach wyższych ok roku 1937 oficjalnie "w celu obrony Żydów przed atakami bojówek")

Wpadła mu w oko, w sam środek źrenicy, w tą czarną kropkę, która nie ma dna, więc trzyma wszystko mocno, niemal boleśnie. Zamrugał, ale to nic nie dało. Nie chciała wypaść, nie miała jak, bo przez ten fragment nocnego nieba przedostała się aż do serca, a stamtąd, wiadomo, powrotu już nie ma. Chyba że po śmierci. Więc zamykał i otwierał nerwowo powieki, a ona w nich siedziała, piękna, dumna, z rudymi, długimi włosami, które od czasu do czasu opadały na jej blade czoło. Zacisnął pięści. Chciał dodać sobie odwagi, chociaż w takim sposób, skoro nie stać go było na lepsze ubranie i buty bez dziur.
Chciałbym pani powiedzieć, że wszystko we mnie śpiewa, tańczy i drży, kiedy spoglądam na pani piękną twarz, na długą szyję, smukłą, niemal wątłą kibić. Porwę panią w ramiona i nic już nie będzie ważne, tylko my. Żuł w myślach słowa, których i tak nie miałby odwagi wypowiedzieć, więc tylko podszedł bliżej i chrząknął, zbyt cicho, by mogła go usłyszeć, a jednak odwróciła głowę. Przez chwilę ich spojrzenia obwąchiwały się, dotykały nosami, sprawdzały, a potem ona zrobiła minę jakby chciała połknąć czkawkę albo, co gorsza, własny śmiech, i poczuł każdą łatę na swoim wytartym garniturze, każdą dziurę, która świadczyła o tym, że nigdy nie miał pieniędzy i być może nigdy ich nie będzie miał, bo niby skąd, ubogi student filologii miałby wziąć pieniądze?
Jesteście głupcami bez grosza, powiedział po powrocie do domu, do schylonych pleców matki i osowiałego spojrzenia ojca, który od kilku miesięcy siedział tylko na kanapie i patrzył w coś, czego nigdy przed sobą nie miał, może w jakąś lepszą przyszłość, w ładniejsze ściany, w szczelne okna.
- Nie godej tak do ojca, widzisz, że mu i tak zasmuciło życie odkąd zamknięto fabrykę.
- To przez Żydów. My nie mamy, żeby oni mogli mieć – powiedział po raz pierwszy te słowa pełne złości, w które wówczas jeszcze nie wierzył, ale potem, podlewał je każdego dnia, pielęgnował, bo niczego innego pielęgnować nie mógł, więc dbał chociaż o te dziwne ziarna, które jako jedyne miały szansę wyrosnąć potężnym drzewem.
- Co też ty… Maciek, przecie… - odparła i wstała z kolan, rzuciła na ziemię mokrą szmatę, którą próbowała zedrzeć z podłogi swoją biedę i spojrzała na syna. - Jak tak można? - zapytała kręcąc głową, ale on tylko wykrzywił usta w jakimś okropnym grymasie, którego nigdy wcześniej nie widziała i nagle przyszło jej do głowy, że nie stoi przed nią jej Maciek, Maciuś, Misiaczek, Cineczek, tylko obcy mężczyzna, więc opuściła głowę i przełknęła głośno ślinę, a wraz z nią resztę swoich myśli, bo obcy zawsze ją przerażali, a tacy, którzy mieszkali pod jej własnym dachem tym bardziej.

„Wstyd i hańba dla tych, którzy kupują cokolwiek u Żydów. Jak Polak może wspierać obcy naród skoro jego własny w łachach chodzi? Jak Polak może pomagać tym, co i tak mają za dużo, a którzy mu nigdy by nie pomogli? Należy bojkotować towary pochodzące od Żyda. Polska dla Polaków, to jedyne słuszne hasło”, przeczytał z łapczywością wygłodniałego psa, a potem, kiedy już połknął każde słowo poczuł jakąś wewnętrzną dumę. Oto on, ubrany niczym żebrak, jest Polakiem i ma swoje prawa. Ba, jest nawet ważniejszy od tych wszystkich wymuskanych studenciaków, w dobrze skrojonych garniturach, którzy tak naprawdę swoje bogactwo zawdzięczają jemu. Nie mam pieniędzy, bo wszystko oni dostają, pomyślał, a potem kopnął w zadek niedorzeczność tego stwierdzenia, by przypadkiem nie mąciła mu tej kiełkującej, pięknej dumy… Czemu tylu Żydów wygląda lepiej od Polaków? Coś w tym musi być, w gazetach zawsze jest trochę prawdy, podlewał swój nacjonalizm, który ochoczo obrastał w przyjemny tłuszczyk. Na dodatek niewiele mu było trzeba, a co ważniejsze, za darmo. Karmiony samymi myślami zaokrąglał się i pęczniał, a im więcej go było, tym wyżej Maciej unosił swoją głowę, aż jego koledzy zaczynali szeptać między sobą, że chyba zakochany.

- Usiądź gdzieś indziej, tu siedzą Polacy – powiedział do pięknej Racheli, a ona spojrzała na niego zdumiona i znowu chciała połknąć swój śmiech, ale nagle dostrzegła w jego oczach coś takiego, co zmroziło jej ciało i zrozumiała, że ten chłopak, który dawniej z taką natarczywością wpatrywał się w jej osobę, teraz wciąż na nią patrzy, ale już bez owej przyjemnej namiętności, która łechtała jej dumę.
- Nie rozumiem, panie Macieju, skąd taka zmiana – powiedziała lekko drżącym głosem, a on nagle poczuł zmieszanie, bo nie sądził, że zna jego imię i przez chwilę zapragnął nawet powrotu danego siebie, ale było już na to za późno, więc zagryzł wargi i wydobył z siebie taki syk, że Rachela nie pytała o więcej, tylko wzięła swoje książki i poszła do innej ławki. Potem przeklinała w duchu swoją bezradność, obiecując sobie samej więcej odwagi, następnym razem, teraz mnie zaskoczył i dlatego poszłam jak głupia, ustąpiłam, chociaż przecież nie miał prawa, nie powinien był, jakie to ma znaczenie że jestem Żydówką? Przecież tych samych przedmiotów słuchamy, uszy mamy podobne, oczy też, może jedynie mój nos jest trochę nie taki jak jego, ale czy może nos mieć jakieś znaczenie? Zapachy te same wywącha… Dlaczego ten Polak uznał, że jestem gorsza? Myślała wieczorem przed snem, a potem i rano, zaraz po przebudzeniu, bo cała ta sytuacja wytrąciła ją z równowagi i poczuła, iż coś ulega zmianie, że nie on pierwszy tak zaczął myśleć o Żydach.

Szła przez miasto i przez chwilę nie była pewna czy to wciąż to samo miasto, w którym żyła od dwudziestu lat, czy może już zupełnie inne miejsce, obce, ponure, z przygnębionymi ludźmi, z broszurami przekazywanymi z rąk do rąk, w których ktoś wypisywał jakieś okropne słowa, które zamiast umrzeć ze wstydu pęczniały i kpiły z takich jak ona. Co prawda, przyznawała w duchu, jej rodacy niekoniecznie dążyli do asymilacji, ale też przecież mieli inną kulturę, inne zwyczaje, więc na co to wszystko zmieniać?
- Nie idź dzisiaj na uczelnię! - dziewczyna podbiegła do Racheli. Miała jasne włosy i błękitne włosy. Piękny, prosty, mały nosek, takie słowiańskie rysy, że mogłaby zagrać Zosię z Pana Tadeusza i każdy byłby zachwycony jej polskością, a przecież jej babka była Żydówką.
- Mam egzamin – powiedziała Rachela i zrobiła krok, ale dziewczyna zagrodziła jej drogę.
- Przełożysz… - wyszeptała z przejęciem – Słyszałam, że będą bić Żydów.
- Daj spokój, przecież ja nikomu nie wadzę. Nie mieszam się w jakieś tam uliczne bójki – odparła. - Chyba nie będą dziewczyn w to mieszać?
- Kto ich tam wie? - odparła blondynka. - Po co ryzykować?
- A ty idziesz?
- Ja mogę. Mam polskie nazwisko – powiedziała cicho, jakby ze wstydem. I piękną buzię ze zgrabnym noskiem, który nie zdradzi nigdy Twoich korzeni, nawet wtedy, kiedy twoich krewnych wpakują do getta, a potem spalą, jak stare, drewniane meble, które straciły znaczenie, pomyślała Rachela i zadrżała, bo przecież nie mogła nic wiedzieć o wojnie, która miała dopiero nadejść.

Zawróciła, ale to nic nie dało. Zaszedł ją od tyłu i nie mogła nawet krzyknąć, kiedy położył swoją rękę na jej ustach.
- Śmiałaś się ze mnie kurwo Żydowska, to teraz ja będę miał ubaw – wysyczał i wówczas Rachela zrozumiała, że
przed tym wszystkim nie ma ucieczki.
Łzy zaczęły szturmować jej policzki, z równie dużym zapałem jak jego ręka uzbrojona w żyletkę, wykrawająca jej piegi, jej bladość, ścinająca jej rude włosy, które opadały na chodnik niczym jesienne liście, nikt nie będzie po nich płakał, pomyślała, nikt nie płacze, kiedy nadchodzi jesień, przyjmuje się ją jako oczywistość, nie ma tu pola do dyskusji.
I kiedy wróciła do domu, pozbawiona urody, poszła do swojego pokoju, wyciągnęła z szuflady żyletkę, którą dała jej koleżanka jakiś czas temu mówiąc, że europejki zaczęły sobie golić nogi, że to takie nowoczesne, więc tą żyletką, która miała być wyrazem nowego, chciała zniszczyć do końca swój stary świat i złożyć samą siebie w ofierze, ale zabrakło jej sił.

Gdybym tylko wówczas miała więcej odwagi... myślała dwa lata później siadając na uczelni po lewej stronie sali wykładowej z innymi studentami, w których indeksach widniało wielkie „L”, gdybym tylko… mówiła, nie kończąc nigdy tego zdania, które wszak i tak nie miało swojego zakończenia.




niedziela, 5 lutego 2017

#mgła (opowiadanie zasnute mgłą)


Tego dnia wszystko tonęło we mgle. Zupełnie jakby na ziemię zeszła jakaś gęsta, biała chmura i postanowiła sobie zadrwić z ludzkiego przywiązania do konturów i obrysów. Mgła pożerała po kawałeczku każdą rzecz, którą spotkała na swojej drodze, a potem, zadowolona, mlaskała wilgotnym jęzorem i być może nawet uśmiechała się do siebie, zadowolona z tak wielkiej uczty.
Kobieta podeszła do wyciągu, który próbował nadrobić brak widoczności silniejszym dzwonieniem i pobrzdękiwaniem metalowych krążków, linek, zawiasów. Nie była wcale pewna czy powinna jechać na samą górę, może w ogóle już nie było żadnego szczytu, a mgła połknęła i strawiła w swoim białym brzuchu większą część góry. Potrząsnęła głową, niedorzeczna myśl spadła na śnieg i zniknęła. Anna wciągnęła w nozdrza zapach wilgoci, a potem pozwoliła, by orczyk szarpnął jej ciałem i zaczął je wciągać w górę. Przez chwilę miała wrażenie, iż płynie. Nie dostrzegała różnicy między niebem a ziemią, horyzont zrobił sobie przerwę, poszedł na kawę, albo porwał go jakiś smok, żółw, cholera wie co. Więc nie było różnicy między tym co na dole, a tym co u góry i Anna doszła do wniosku, że sama zaczyna zatracać swoje ja, zupełnie jakby i ono rozprzestrzeniło się i rozlało tak jak wszechobecna mgła.
Westchnęła ciężko, ale nabranie powietrza w płuca nie przywróciło jej samej siebie. Przestaję istnieć i nie wiem jak zatrzymać ten proces, myślała nie swoimi myślami, a potem już tylko trwała – wielka, mleczna, pozbawiona konturów. W końcu dojechała do miejsca, gdzie krzywo wbity kijek informował, iż musi puścić orczyk i chociaż miała wrażenie, iż oddala od siebie ostatnią rzecz, która jest namacalna, puściła metalowy krążek. Z hukiem poleciał kilka metrów w górę, a potem uderzył w betonowy słup, by po chwili radośnie i lekko zacząć swoją wędrówkę w dół. W końcu jednak zniknął i Anna została sama. Przeraźliwie nie-sama, bo przecież ta mgła jest jak Obecność, powiedziała cicho, być może nawet nie otwierając ust. Zsunęła na oczy gogle, ale narciarskie okulary tylko zabarwiły wszystko na żółto, jakby chciały sobie zakpić z bieli przydając jej tego koloru psiego moczu, więc schowała je do kieszeni. Wolę pływać w mleku, szepnęła. Zgięła kolana i przeniosła ciężar ciała na przód narciarskich butów. Nie była jednak pewna czy już zaczęła zjeżdżać, czy może wciąż tkwi w tym samy miejscu. Nic nie uległo zmianie, przestrzeń była nieruchoma, tak samo jak Anna. Mgła była zbyt gęsta, by cokolwiek mogło się poruszać i kobieta zrozumiała, że już nigdy nie wróci na dół, bo nie ma czegoś takiego jak dół i góra. Jestem jednocześnie tu i tam, nieruchoma i jadąca. Połknięta przez białego wieloryba, do którego brzucha wpadł cały świat, a potem zasnął, a ponieważ śpi mocno, nic nie jest prawdziwe.
Wilgotne powietrze przycisnęło do siebie narciarkę, wzięło w swoje ramiona, ale nie było w tym żadnej czułości. Ciało Anny zaczęło rozciągać się i rozpływać. Nie mam swojego początku ani końca, pomyślała ze zdumieniem, ale wciąż to jestem ja, bo moje myśli tkwią przy mnie, wierne psy, dzikie szakale, hordy głodnych wilków. Więc tak to jest czuć nie samym sobą, a wszystkim wokół i jednocześnie nie czuć wcale, wyszeptała, zdumiona, iż posiada jeszcze głos, chociaż ten zdawał się być jakiś dziwnie zmieniony, obcy, mglisty.
I nagle poczuła pęd powietrza. Więc jednak jadę, pomyślała ta Anna, która faktycznie pędziła w dół. Przecież stoję, przeszło przez myśl tej drugiej, która dojechawszy do końca orczyka znieruchomiała.
Przerzuciła ciężar ciała na drugą nogę, tę, którą jakby dopiero co odzyskała i aż chciała krzyknąć zadowolona, że oto ma, posiada, jest, istnieje jako odrębny byt, a nie jako cząstka tego wielkiego, wilgotnego mleka, pożeracza przestrzeni.


Spojrzała w dół na pędzącą narciarkę, a potem zamknęła oczy i pozwoliła, by mgła wniknęła z impetem w jej ciało. Przez chwilę delektowała się brakiem własnego istnienia, a potem już przestała, bo zniknęła całkowicie, nie zniknąwszy wcale. 


piątek, 13 stycznia 2017

Wojna #wojna (opowiadanie)

Sen podkradł się do mojego łóżka, poczułam jego nieświeży oddech na swoim policzku, więc zasunęłam kołdrę aż po czubek głowy. Ale to go wcale nie zraziło. Stał i czekał, aż w końcu naprawdę zasnę, a kiedy to nastąpiło wbił swoje wściekłe pazury w moją głowę, a potem wnikał dalej i głębiej, jakby chciał odszukać zagubionej w moim ciele duszy…

Pierwszy wybuch przypominał upadek ciężkiego pudła na podłogę – stłumiony, jakby zza mgły albo zza niedomytych uszu. Kolejny musiał nastąpić gdzieś w pobliżu, gdyż dom nagle zaczął się trząść jak pies, który zamierza zrzucić z siebie każdą kroplę wody po przymusowej kąpieli. Przedmioty padały na podłogę – książki opuszczały półki, filiżanki, pozostawione nieopatrznie na stole żegnały drewniany blat w samobójczym, rozpaczliwym geście, po którym pozostawały jedynie skorupki. A potem drgania ustały. W ciszy, która zapanowała można było wyczuć strach. Nie byłam pewna czy należy on do mnie, czy do moich dzieci, które wtulone spały przy moim brzuchu, zupełnie jakby to miejsce, z którego przyszły na ten świat miało je po raz kolejny ochronić. Głaszczę ich małe główki, a potem szepczę, że musimy wstawać, trzeba iść, nie ma czasu na zabieranie czegokolwiek. W domu nie jesteśmy bezpieczne, w ogrodzie tato wykopał dla nas mały schron, pachnącą korzeniami i oddychającą ziemią lepiankę, wielki dół, w którym starczy miejsca dla dwóch dziewczynek, ich matki oraz kilku puszek z konserwami, zostawionych na w razie czego, gdyby naloty trwały dłużej, albo strach nie pozwolił nam wyjść na zewnątrz.

Idziemy zakryte kocem. Chociaż jaką on mógłby nam dać ochronę? Dzieciom tak jednak jest łatwiej. Jesteśmy wielkim żółwiem, który idzie po liście sałaty zakopanej w ogrodzie, albo gigantycznym szczurem, ten zawsze wie jak przeżyć, w jaki sposób prześlizgnąć się pomiędzy niebezpieczeństwem. Więc suniemy pod naszą ciepłą płachtą. Chłód dotyka naszych kostek. Nie ma pojęcia, że nie czasu na skarpetki. Światło słoneczne prześwituje przez koc, więc noc już przeszła. Jest piękny, wiosenny poranek. Jak to w ogóle możliwe? Pomieszanie pojęć, antonimy, które teraz szły pod rękę szydząc z naszych słowników pojęciowych, wszystko było do wyrzucenia, całe to myślenie przechowywane w głowach przez te wszystkie lata. Nic już nie ma takiej wartości jak przedtem, nawet miłość skarlała, bo kogo kochać prócz własnej rodziny? Każdy może donieść, że maż w lesie, schron w ogrodzie, że jedyne czego pragniemy to uciec. Obojętne dokąd, tam, gdzie bomby tracą zasięg. Może być bezludna wyspa.

Ziemia drażni nasze nosy, kichamy, każda jeden raz, bunt nie ma sensu. Próbuję zasunąć drewniany właz, ale ten wypada mi z rąk. Szarpię mocniej, zagryzam wargi, ale nie mam szans. Coś dużo silniejszego ode mnie unosi go i roztrzaskuje na kawałki. Ziemia teraz jest wszędzie. Czy jeszcze mam rękę? Przecież wyciągałam ją na zewnątrz. Nic jednak nie czuję, prócz lepkiego ciepła wędrującego po moim ramieniu. Dzieci przywarły do mnie jak ślimak do swojej skorupki, już dobrze, mówię, to nie w nas, gdzieś obok, bardzo blisko, ale nic nie widzę, wszędzie tylko szarość dymu i czerń ziemi. Mamo, mamo, słyszę ich szept, a może to krzyk, tylko moje uszy już nie potrafią właściwie rozpoznać dźwięków?

Ukucnęłam i przycisnęłam do siebie moje małe zwierzątka. Nasz schron został częściowo zasypany ale nie czuję napływu łez. To krew? Pyta starsza z córek i wówczas uświadamiam sobie, że odczuwam okrutny ból. Palce, które tyle lat dotykały klawiaturę komputera, by komponować na niej opowiadania i wiersze, te palce, którymi nawlekałam moje igły, aby szyć torebki, na których potem malowałam mandale, słonie i koty, te palce, które zwyczajnie były moje i od zawsze, teraz zniknęły. Coś dziwnie czerwonego i obrzydliwie galaretkowatego zostało zamiast nich, a przecież z taką namiastką niczego nie zrobię. To nic, mówię, to był tylko fragment tej skorupki, w której się ukrywam, może wcale nie tak potrzebny? Na pewno można przyszyć nowe, sklonować, cokolwiek, nie płaczcie tak, nie ma po czym, powtarzam raz za razem jak mantrę, modlitwę, próbę wmówienia sobie, że faktycznie nic się nie stało.

Cisza oblepia nas tak samo intensywnie jak przedtem huk i ziemia. Siusiu, mówi młodsza. Ja też chcę, powtarza starsza, więc delikatnie wynurzam głowę z naszej gawry i sprawdzam. Nie wiem ile godzin minęło, a może dopiero kilka minut? Waham się. Strach jednak dawno minął. Chcę obliczyć odległość do domu, ale nie potrafię go zlokalizować. Tu jakaś sterta gruzu, tam przewrócone drzewa… Mój wzrok wraca do owej sterty cegieł i nagle dopada mnie uczucie paniki. To samo musi czuć drzewo, które ktoś próbuje wyrwać z korzeniami. Wykopcie mały dołek i do niego zróbcie, mówię, łazienki już nie ma. I kiedy zaczyna szumieć woda nie wiem czy to potrzeba fizjologiczna córek, czy nasze łzy dudnią tak głośno o policzki, jakby chciały w nich wyżłobić koryta…

http://www.radiownet.pl/system/post/multi_posts/avatars/125947/large/wojna.jpg


Otworzyłam oczy. Sen stał pochylony nade mną. Odejdź, wyszeptałam, nie chcę takich obrazów, nie chcę wojny, bratobójczej walki, poświęcenia, śmierci honorowej ani takiej zupełnie przypadkowej; nie chcę czuć tego paraliżującego strachu o własne dzieci; nie chcę zapachu zwęglonych ciał, domów, życia. Ale Sen tylko pokręcił głową i powiedział, nie otwierając ust, że wszystko jest możliwe, bo przecież ludzie wciąż śpią, nie robią niczego innego, tylko śpią. A tych kilku przebudzonych, którzy próbują bezskutecznie potrząsać pogrążonymi w ułudzie głowami? To nie wystarczy, bo nikt nie chce wiedzieć, iż rzeczywistość jest tylko majakiem, snem opasłym, leniwym, bez większego znaczenia...



czwartek, 28 kwietnia 2016

Legenda Potaszy



Zdawało by się, że każda legenda zaczyna się od słów”dawno temu” tudzież „pewnego razu”. Tymczasem historia, którą zamierzam Wam opowiedzieć nie ma swojego początku, tak samo jak nie posiada go kij czy sznurowadło. Wszystko bowiem co się wydarzyło mogłoby się wydarzyć jeszcze raz, ale w zupełnie innej kolejności. Na dodatek nie ma pewności, czy przytoczona historia już się zakończyła czy może trwa dalej, zawieszona w jakimś innoczasie, wciąz spełniająca się od nowa.
Jeżeli jednak próbować się uprzeć i poszukać jakiegoś początku to z pewnością stanowił by go obraz pewnej kobiety, która pewnego dnia postanowiła pomodlić się do dębu, a ten, w podzięce rozpadł się na dwie części rażony piorunem. Niektórzy mogliby sądzić, że kobiecina była zatem czarownicą i sprowadziła swoimi błaganiami diabła. Nic bardziej mylnego. Poczciwina po prostu wyszła nie w porę ze swojej chaty, a że nadeszła burza, hucząca, potężna, z błyskawicami tak strasznymi jakby to stado smoków lizało niebo tworząc na nim złowieszcze, ogniste konstelacje, kobieta rozpoczęła, co było logiczne w zaistniałych okolicznościach, wznosić bardzo żarliwe i pełne westchnień modły. I wówczas dąb, pod którym się zatrzymała łudząc się, iż jego szerokie konary niczym ramiona dobrego Anioła Stróża roztoczą nad nią pieczę, ów dąb, tak potężny i solidny, przełamał się na pół.




Kobieta uklękła obok drzewa i poczuła, że napływający zapach palonego drewna rozpływa się nie tylko w powietrzu, ale i miękko rozpościera się w jej wnętrzu. Wyciągnęła pokrytą siateczką zmarszczek dłoń i zanurzyła ją w popiele. Gorąco nie mogło uczynić jej niczego złego, gdyż już jako dziecko wpadła w czasie Nocy Świętojańskiej do ogniska i od tego czasu jej skóra stała się twarda niczym gliniane naczynie, a kobieta wciąż przesiadywała w pobliżu ognia nigdy już nie mogąc zaznać słodyczy gorąca. Tego dnia również nie poczuła jak popiół wpija się jadowicie w jej ręce chcąc pokryć je pęcherzami (co jednak mu się udać nie mogło), wdychała jedynie tę woń wspaniałą, pyszną, niemal piernikową i zastanawiała się dlaczego dopiero teraz, kiedy życie jej chyliło się ku końcowi niczym żywot starej jabłoni, której spróchniały pień wyżerały korniki drążąc w nim coraz większe i coraz bardziej bezczelnie długie korytarze, dlaczego dopiero teraz dane jej było zrozumieć, że celem jej życia nie było wcale doglądanie gospodarstwa i opieka, wpierw nad swoimi dziećmi, a potem nad dziećmi swoich dzieci, lecz stworzenie czegoś, co sprawi, że ludzie zaczną być szczęśliwi. A przynajmniej zadowoleni.
Ponieważ jednak nie czuła, by śmierć miała nadejść w danej chwili, westchnęła jedynie ciężko, tak samo jak wzdychała jej matka i babka, gdyż było rodzinną tradycją pokazać światu, że lekko być nie może skoro trzeba tyle zrobić, a ręce są tylko dwie, podciągnęła grubą spódnicę i wsypała do niej tyle popiołu, ile zdolna była udźwignąć...




Czy burza zakończyła swoje potrząsanie lasem, kiedy kobieta zaczęła wracać do domu, czy trochę później, trudno powiedzieć. Z pewnością jednak nadeszła noc, a wraz z nią ciemność tak gęsta jakby smoła pokryła cały świat kradnąc nie tylko jego kolory, ale i kształty i kontury. Nie było więc łatwo trafić do domu. Nie sposób było odnaleźć właściwą drogę. Błądziła więc kobiecina pośród czerni myląc prawą stronę z lewą, aż w końcu jej nogi podpowiedziały jej, że zaczęła się wspinać w górę.
Świt zaczął przecierać swoje zaprószałe oczy, kiedy kobieta dotarła na szczyt Dziewiczej Góry. Stamtąd mogłaby dostrzec w oddali swój dom, a gdyby miała oczy silniejsze niźli sokół, to kto wie, może i by wypatrzyła powalony dąb, który wciąż lekko się tlił jakby wiedział, że nie wolno mu się tak szybko wypalić, gdyż potasz nie będzie wówczas tak aromatyczna i wonna.




Kiedy cysterki (hodujące w tych okolicach na zielonych, wiotkich gałązkach, czerwca polskiego, owada z którego później piękny, czerwony barwnik pozyskiwały), przyszły o poranku na Dziewiczą Górę, by sprawdzić dojrzałość owadów, zdumiały się widząc pośrodku poletka staruszkę, która siedziała z nogami szeroko rozstawionymi kiwając głową to to w przód, to znowu w tył.
- Czy potrzebuje pani pomocy? - zapytała młoda mniszka uśmiechając się skromnie jakby nawet uśmiech winien być delikatny i subtelny, bo wszystko co przesadne i szerokie mogło w jej przekonaniu obrazić Pana Boga.
- A tak, dobra duszyczko, tak, tak, pomoc byłaby potrzebna – odparła kobiecina i uśmiechnęła się szeroko, bardzo szeroko, aż widać było puste miejsca po tylnych zębach. - Ale czy umiesz gotować? - dodała po chwili już zupełnie poważnie, przewiercając cysterkę swoimi zielonymi oczyma.
- Ja jestem ogrodniczką, ale w klasztorze jest wiele sióstr, które parają się pracami kuchennymi.
-Dobrze im to wychodzi?
- Kiedy siostra Klarysa gotuje zupy to jakby niebo zeszło na ziemię i dotknęło podniebienia.
- A umie ona piec pierniki? - dopytywała dalej kobiecina.
- Pierniki? – zdumiała się mniszka, gdyż kojarzyły się jej one jedynie z Bożym Narodzeniem.
- Tak. Pierniki.
- Pewnie by potrafiła – odparła bez większego przekonania.
- Więc mnie do niej zaprowadź, bo już wiem co zrobić, by piernik rozpływał się w ustach aromatem tak intensywnym i smacznym, że mu się oprzeć nie będzie żadnego sposobu.
- Och – powiedziała tylko mniszka myśląc, że kobiecina przesadza. Potem jednak to „och” wydobyło się z jej ust, gdy pierwsze pierniki wyszły z pieca. To samo „och”, mnożąc się niczym odbite echem krążyło później po całym zakonie cysterek, gdyż kobiecina miała rację. Dodanie potaszu do pierników sprawiło, że stały się one tak smakowite, że niejedna mniszka musiała się potem spowiadać ze swego łakomstwa.


W miejscu, gdzie dąb upadł powalony piorunem ludzie zaczęli zakładać domostwa, tak więc wkrótce powstała wioska, której nazwa, jakby mogło być inaczej, zaczepiła swoje korzenie w piernikowym składniku, który to jej mieszkańcy wyrabiali ochoczo i dostarczali do klasztoru. A że jak pisałam na początku historia ta nie ma swojego zakończenia, gdyż i jej początek rozpływa się mgliście w czasie, którego nie sposób ująć datą, wioska Potasze istnieje po dziś dzień, a jej mieszkańcy, sami nie wiedząc dlaczego, gdyż potażu już nikt z nich nie wyrabia, a Cysterek już od dawna w Owińskach nie ma, każdej nocy śnią o aromatycznych piernikach. W nocy zaś, nad wsią, co niejeden widział na własne oczy, w miejscu, gdzie dawniej stał dąb, unosi się stróżka dymu...