Wychodzę, rzuciła przez lewe ramię i nie czekając na odpowiedź ruszyła w dół klatką schodową przeskakując dolne stopnie, tak samo jak to robiła, kiedy była dzieckiem. Ile mogłabym przeskoczy na raz opierając się na poręczy? Cztery, a może wszystkie jedenaście? Czy można przeskoczyć jedenaście stopni? Jaka oszczędność kroków, jakie przyspieszenie. Mruknęła zadowolona, wciąż pamiętała jak to jest. Ekscytacja i delikatny strach, bo przecież biorąc rozpęd nie będzie już możliwości zatrzymania, wycofania w połowie drogi. Więc musi się udać. Wysoko. Gwałtownie. Pięknie. Nogi miękko opadły na podest. Przechyliła się przez poręcz i wówczas ją ujrzała. Stała w podartej szarej sukience, z włosami, które musiał potargać wiatr albo zły sen. Nie uśmiechała się, tylko patrzyła na Hannę swoimi czarnymi oczyma – przenikliwie, poważnie, zbyt poważnie jak na dziecko.
Hej, chciała krzyknąć Hanna, ale głos ugrzązł w jej gardle i wydała z siebie ledwie chrapnięcie, mruknięcie starego kota, westchnięcie zardzewiałej rury, przez którą nie mogła przepłynąć woda. Zaczekaj, powiedziała w końcu, ale dziewczynka jej nie słuchała, tylko odwróciła się i zaczęła zbiegać po schodach zwinnie, lekko i Hanna pomyślała, że nie raz musiała przed czymś uciekać. Przede mną nie musisz, pomyślała i od razu poczuła, że to jest kłamstwo, bo przecież już kilka razy uśmierciła w sobie taką dziką dziewczynkę. Ale zabijałam te, które były we mnie, a nie na zewnątrz mnie, próbowała się usprawiedliwić. Tamte nie były prawdziwe, nie mogły być, były tylko zarodkami fantazji o życiu, w którym panuje beztroska.
Wyszła na ulicę. Szum miasta od razu chwycił ją w swoje ramiona, więc nie miała wyboru, musiała z nim zatańczyć, dodać coś od siebie, zastukać obcasami, wejść z chlupotem w kałużę, westchnąć głośno, przeklnąć, kiedy jadące zbyt szybko auto ochlapało chodnik i jej płaszcz zostawiając, na jednym i na drugim, ciemne, mokre plamy.
Nienawidzę tego miasta, syknęła, kiedy jakiś przechodzeń trącił ją ramieniem a potem krzyknął, gdzie lezie, głupie babsko, całą szerokością chodnika, a przecież inni też tu chcieliby sobie zatańczyć, nie tylko ona jedna zna kroki tanga, więc niech uważa jak idzie, bo pożałuje.
Minęła jeszcze kilka przecznic, ruchliwych, pulsujących życiem i piskiem tramwajów, zawodzeniem opon, które muszą nagle się zatrzymać, z ludźmi, ubranymi w szare płaszcze, których poły unoszą się za nimi niczym ogony, ale nikt nie zwraca uwagi na ten ptasi aspekt, bo każdy pędzi w swoją stronę, z oczyma utkwionymi nie w tu i teraz a w jakiś odległy cel, w odbiór dzieci ze szkoły, ugotowanie obiadu, konferencję, wykład, wizytę u dentysty, mechanika czy psychiatry. W wieczorną randkę, na którą on się spóźni albo w ogóle się nie pojawi a ona będzie potem stać pół godziny w swoich niedopasowanych do pogody butach, ale za to dopasowanych do krótkiej sukienki i kolczyków w kolorze bordo albo blue. I właśnie nie niebieski a ocean blue, bo tak jej powiedziała kiedyś sprzedawczyni, która marzyła o wyruszeniu nad morze, ale nie nad zimny Bałtyk tylko gdzieś, gdzie katalogi obiecywały ciepło, a pan z biura podróży powiedział: „the sea will be blue like your eyes”. Ale zanim zdołał kupić bilet last minute rozchorowała się jej matka, więc sprzedawczyni ze sklepu obuwniczego została w domu i tylko wieczorami oglądała katalog z opisem wycieczki, na którą się nie wybrała. W głowie jednak wciąż szumiał jej ocean w kolorze blue like your eyes i może dlatego udało jej się sprzedać wszystkie dostępne w sklepie niebieskie buty. I kiedy wręczała ostatnią parę poczuła, że napływają do jej oczu łzy, bo zrozumiała, że nigdy nie pojedzie na wycieczkę nad morze, skazana na swoją pracę i chorą matkę, której stan nie był ani gorszy ani lepszy.
Kiedy Hanna minęła ostatnią na swojej drodze ruchliwą ulicę nastała Cisza. Przystanęła, żeby nie mącić jej spokoju odgłosem kroków i ze zdumieniem odkryła, że miasto pokrywa gruba warstwa mroku. Kiedy nastała noc? Nie miała pojęcia, szła po postu przed siebie, raz po raz schodząc do podziemi, bo ludzie czasami lubią drążyć tunele tak samo jak krety czy mrówki, z tą różnicą, że potem nadają im dumne nazwy a nawet imiona. Takiej dżdżownicy nigdy by do głowy nie przyszło, żeby wydrążone w ziemi przejście uroczyście otwierać i nadać mu nazwę. Po prostu jest tunel, który za jakiś czas zniknie i będzie musiał powstać nowy, nic wielkiego, zwykła sprawa, codzienność. Ale nie dla ludzi. Ci w swoich przejściach podziemnych umieszczają windy, schody i sklepy. Wykładają je marmurem albo betonują, malują na kolor, który akurat jest w modzie albo był na stanie i trzeba było go zużyć. A potem, po latach, farba zaczyna odrywać się od betonowej skóry, łuszczy się i marszczy tworząc dziwaczne wzory, które młodzież w nocy, jak nikt nie widzi pokrywa kolorami. I tak obok Niech żyje Lech tkwi napis, że Anka to zwykła kurwa, dbaj o lasy, wolny Tybet, uciekaj przed psami, huj, chuj, chój w różnych odmianach jakby ktoś sprawdzał jak najlepiej wygląda ten wyraz i nie dowierzał polskiej ortografii. Hannie najbardziej spodobał się napis: Czym się przejmujesz? Zacznij oddychać, zacznij żyć. Jakby oddychanie nie było czymś oczywistym i naturalnym. A może nie jest, może czasami się o nim zapomina?
Spojrzała na ciemność, która tkwiła po drugiej stronie ulicy, tam gdzie kończyło się miasto i zaczynał inny świat, taki pozbawiony latarni, dziki, nieujarzmiony ludzką ręką, chociaż ta nie raz próbowała już sadzić lasy od linijki, ale drzewa, chociaż nie potrafią chodzić, to wiedzą jak się przemieszczać i jak przypadkiem wyrosnąć w miejscu, które nie było im przeznaczone. Więc spoglądała w ciemność i zobaczyła w niej jakiś ruch a po chwili zakołysało się delikatne światełko zapałki. Dzika dziewczynka stała naprzeciwko Hanny. W jej dłoniach tkwiło pudełko zapałek, z którego wyciągała uzbrojony w siarkę patyk i pocierała go o draskę. Ogień przez chwilę skakał w górę radośnie, ale zapałka była krótka i szybko gasła, więc dziewczynka wyciągnęła z pudełka kolejną i kolejną.
Nie zapalaj wszystkich, powiedziała Hanna podchodząc do dziewczynki. Możemy rozpalić ognisko. Ale dziewczynka jej nie słuchała i wydobyła z pudełka ostatnią zapałkę. Proszę, nie rób tego, wyszeptała Hanna. Ognik zakołysał się i chwilę tańczył, jakby chciał udowodnić, że było warto. Dziewczynka uśmiechnęła się słabo. A potem nastała ciemność.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz