wtorek, 30 grudnia 2025

Luna, Las, Ciemność i Poszukiwania Kawałka Siebie.

 


Spojrzała na gęstą ścianę lasu. Czerń wnikała pomiędzy gałęzie, wchłaniała kolory i czekała. Wiedziała, że na nią czeka i dlatego nie potrafiła iść w jej stronę. Dawno nie było w niej tyle strachu. Obawiała się tego spotkania. Może niepotrzebnie, a jednak coś w Lunie drgało nerwowo, jakieś napicie w ciele sugerowało, że nie ma ochoty nurkować w nocny las. Chociaż to wciąż był ten sam las co za dnia, oswojony, znany, naznaczony licznymi śladami jej własnych stóp. Teraz jednak stała w miejscu nieruchoma i czujna. Coś przesunęło się pomiędzy drzewami, nie widziała co to było, ale poczuła jego oddech, nieprzyjemny, gorzki, cuchnący. Zagryzła wargi i zacisnęła pięści. Serce zaczęło uderzać w piersi kobiety, coraz szybciej i szybciej niczym potężny szamański bęben. Poczuła ciepło swojej krwi, która zaczęła przygotowywać stopy do skoku.

Jeszcze chwilę, mruknęła i przymknęła powieki. Chciała napełnić siebie jakąś pełną siły opowieścią, ale nic jej nie przychodziło do głowy. Nagła pustka była równie przerażająca co pełen czerni las. Jestem naczyniem, które idzie zaczerpnąć ciemności, pomyślała, ale była to myśl ulotna i niekoniecznie istotna. Jedna z tych, które lepiej zignorować. Więc Luna potrząsnęła głową i odrzuciła ją od siebie.

Ziemia parowała ciepłem, które siedziało na niej przez ostatnie kilka dni niczym kwoka wysiadująca jajko. Więc, kiedy Luna postawiła pierwszy krok poczuła przyjemne ciepło i delikatną wilgoć, która zaczynała swój wieczorny, cichy taniec, którego zwykle nikt nie zauważał, bo był to taniec nie dla poklasku a dla ruchu. Wilgoć balansowała na powierzchni traw i mchu, całowała czule grudki ziemi, które rozsypał kret drżąc swój tunel. Kładła się na łodygach polnych kwiatów, by z pełnią troski zsuwać się z nich o poranku płacząc ze szczęścia, że uratowała świat. Bo Wilgoć uważała, że jej działania są konieczne, by świat mógł dalej istnieć. Bez jej tańca wyschnięta na wiór gleba umarłaby, a wraz z nią rośliny a potem zwierzęta. Więc karmiła swoimi pocałunkami różne powierzchnie nadając im sens istnienia. Luna pokłoniła się jej wspaniałomyślności i ruszyła przed siebie. Z szamańskim bębnem zamiast serca, z rytmem, który nadawał jej ruchom lekkości, więc szła trochę jak tancerka, która za chwilę wyjdzie zza kulis i stanie na scenie. Bez możliwości odwrotu.

Drzewa zakołysały się, chociaż nie było wiatru i Luna pomyślała, że może chcą ją zatrzymać, może ich szum ma być ostrzeżeniem, by nie szła dalej, bo w ciemności kryje się Śmierć. Ale kiedy tylko przekroczyła linię lasu zrozumiała, że to nie Śmierć oddychała ciężko i chrapliwie, tylko Strach. Więc przyspieszyła kroku, żeby dodać sobie odwagi, żeby nabrać pędu, bo kiedy się biegnie można zgubić ciężar, zrzucić go ze swoich pleców i pozwolić, by potoczył się pod liście, igły, szyszki, by wpadł do mrowiska i został rozebrany na kawałki, obżarty aż do kości.

Otworzyła usta, mając nadzieję na jaką pieśń, bo od dawna wiadomo, że w pieśni kryją się czary, ale śpiew nie nadszedł. Chrząknęła niepewnie i ponowiła próbę. Wojownicy tańcząc wokół ognia śpiewali o sile, która powoli wypełniała ich ciała. Maszerujący na rzeź żołnierze śpiewali o tym, że idą walczyć za swój kraj, za ojczyznę, za boga, za miłość. A potem ginęli z lekkością w sercach, bo dużo łatwiej się umiera śpiewając, nawet nieprawdziwe piosenki. Więc i ona próbowała śpiewać, ale tym razem jej gardło pozostało nieme, jakby nie chciało przecinać ciemności, w którą była Luna zawinięta jak w czarny wełniany szal.

Nie próbowała się rozglądać na boki, zmienić kierunku, zawrócić. Szła przed siebie i gdyby ktoś ją teraz zobaczył uciekłby przerażony, bo nie była już kobietą. Nie miała skóry, na której mogłyby się kłaść księżycowe refleksy. Jej stopy od jakiegoś czasu nie dotykały powierzchni ziemi tylko niosły ją ponad tym co rzeczywiste. Nie miała oczu tylko dwa ciemne kamyki wetknięte w ich miejsce, zimne i czujne. Widzące wszystko, chociaż nie mogące patrzeć. Nie miała też włosów tylko gęste pióra porastały jej głowę i ramiona, zasłaniały piersi, chroniły jej kobiecość, wychwytywały każdy pomruk wiatru, każdy szelest liści trąconych zwierzęcym ogonem, każdą Zmianę. Wyczuwały też Ciemność, tę, która w miarę jak Luna próbowała się do niej zbliżyć odsuwała się, uciekała, bawiąc w dziwnego berka. Miała więc wrażenie, ze wędruje od kilku dni. Może nawet miesięcy, nie miała pojęcia czy czas upływał czy może stanął w miejscu, bo las z każdym kokiem stawał się coraz bardziej gęsty i nie przepuszczał ani promieni słońca ani księżyca. A jednak szła dalej, bo czuła, że musi, że pewnego dnia w końcu stanie naprzeciwko tej, której tak się obawiała i porozmawia z nią, albo zostanie zjedzona. Myśl, że Ciemność ma paszczę wieloryba napawała ją dziwnym rodzajem otuchy, której nie potrafiła wytłumaczyć, ale czasami nie ma sensu wszystkiego przekładać z języku czucia na język słów i pojęć.

Pewnego dnia Luna dotarła nad brzeg czarnego jeziora. Znowu jezioro? Pomyślała zdumiona, bo zdawało jej się, ze już kiedyś tu była, ale nie miała pewności. Bywa że wspomnienia plączą się ze snami tak mocno, że nie ma sensu rozstrzygać co wydarzyło się naprawdę a co jedynie w wyobraźni. Więc stanęła nad brzegiem ogromnego jeziora i nagle wrócił do niej Strach. Bo woda była tak ciemna, że nie mogła ujrzeć w niej swojego odbicia. Bo nagłe zatrzymanie pozwoliło, by to co ją dotąd ścigało, teraz dogoniło i usiadło jej na grzbiecie, karku, wplątało się we włosy-pióra.

Otworzyła usta, ale nie miała ust, tylko dziób, z którego wydobyło się złowieszcze krakanie. A potem spostrzegła, że na powierzchni wody coś się unosi, coś jasnego i delikatnego i zaczęła płakać, bo to było jej ciało, które porzuciła, nie miała pojęcia kiedy i z jakiego powodu. To była jej kobiecość, której nie pielęgnowała próbując dorównać, nie była nawet pewna komu. To była ta jej część, która lubiła płakać, bo wiedziała, że w łzach kryje się Prawda i Oczyszczenie, że z łez powstają nie tylko smutne opowieści, ale te piękne i radosne również. To było to ciało, które potrzebowało miłości, ale musiało zadowalać się ochłapami, więc j od siebie odrzuciła.

Kim jestem bez mojego ciała? Zaskrzeczała i poczuła jak po jej ptasiej twarzy zaczynają toczyć się łzy. Płakała i płakała, a czarne, krucze łzy zasilały coraz mocniej wody jeziora, aż w końcu woda zaczęła dosięgać do kostek Luny, a potem kolan. A kiedy doszła do szyi, kobieta nagle zamrugała, jakby dostrzegła coś jeszcze, czego wcześniej nie mogła ujrzeć w ciemnościach, a może po prostu się obudziła, ale było już za późno i woda zaczęła wlewać się do jej, nagle zdjętym przerażeniem, gardła.

Nie chcę umrzeć, pomyślała.

Ale musisz, nie masz wyboru, odparła Czerń. Umarłaś raz, to nie będzie dla ciebie problemem umrzeć po raz drugi.

Chcę żyć, próbowała krzyczeć, ale ciemne wody wnikały już przez skórę Luny i zaczynały krążyć w jej żyłach niczym krew. Jakaś ogromna siła ciągnęła kobietę w głąb jeziora. Machnęła rękoma, rozpaczliwie próbując wydostać się na powierzchnię, ale im mocniej próbowała się ratować, tym bardziej brutalnie woda omywała jej ciało odbierając oddech.

Niech będzie zatem co ma być, pomyślała i zamknęła oczy. Już nie stawiała oporu. Nie machała bezwiednie rękoma, nie panikowała, płynęła w głąb brzucha jeziora – spokojna i pogodzona ze swoim losem. I może właśnie dlatego Ciemność nagle chwyciła Lunę za ramiona i zaczęła nią potrząsać, ale kobieta tylko delikatnie się do niej uśmiechnęła. I być może ten uśmiech, w którym była siła i zgoda na to co ma nastąpić, a może coś zupełnie innego, sprawiły, że Ciemność się zawahała.

To twoja ostatnia szansa, powiedziała Czerń bez słów, bo w ciemności nawet słowa tracą swoje kształty i kolory. Nie zmarnuj jej. Lepiej jej nie zmarnuj.


Luna otworzyła oczy. Leżała na brzegu jeziora, a woda wypływała z niej przez skórę, przez oczy, włosy, nos, sączyła się z piersi i łona. Brudna, zmieszana z mułem, z samego dna jeziora, woda opuszczała ciało Luny. A kiedy już nie było w kobiecie ani kropli mętnej brei wzięła głęboki oddech. Bo w oddechu kryje się życie i można nie mieć serca, można nie potrafić kochać, śmiać się czy mówić, ale oddychać trzeba. Więc Luna zaczęła smakować ten oddech, który prawie jej zabrano a teraz został jej przywrócony i smakował tak wybornie, chociaż oddech nie ma wcale smaku. Usiadła i zaczęła rozglądać się wokół. Dzień był słoneczny i przez to cała przestrzeń tonęła w radosnym uśmiechu, ćwierkaniu ptaków ukrytych w gałęziach i delikatnym szumie wiatru, który masował grzbiet wody. Przestrzeń prężyła się w słońcu. I Luna odruchowo zmarszczyła brwi, bo było za dobrze, za ładnie. Ale po chwili i ona wystawiła twarz w stronę promieni.

Słońce silniej chwyciło w objęcia jej wyczerpane ciągłą wędrówką ciało.

Odpocznij we mnie, wyszeptało i Luna z rozkoszą poddała się jego ciepłym pieszczotom.

Jutro też jest dzień, nie muszę dzisiaj, mruknęła, nie muszę dzisiaj znowu gnać i szukać.

Nie musisz, odparło Słońce, a potem było już tylko gorąco i przyjemnie i kobieta nie zadawała więcej pytań ani sobie, ani Przestrzeni ani Bogom, którzy kucając nad brzegiem jeziora patrzeli jak kocha się ze Słońcem.


niedziela, 21 grudnia 2025

Wody jeziora. Na styku rzeczywistości.

 

to co u góry i na dole


Stanęła nad brzegami jeziora. Nigdy nie widziała piękniejszego. Spokojna tafla odbijała w swoim lustrze czupryny sosen i dębów. Wszystko było dwoiste. Jakby świat doszedł do wniosku, że od teraz będzie podzielony, a dolna jego część stanie do góry nogami. Patrzyła jak urzeczona, zaczarowana chwilą, która była zwyczajna zwyczajną nie będąc. Patrzyła i czuła jak zaczyna rozgaszczać się w jej ciele radość. To było to miejsce, którego szukała, chociaż wydawało jej się wcześniej, że szuka czegoś zupełnie innego. Nie było tu Źródlisk, a jednak Wiedziała już, że Odnalazła Dom. Że dotarła do celu, chociaż zakładała, że ten będzie zupełnie inny.

Podeszła do wody. Była przyjemnie chłodna i miękka w dotyku.

- Luna, Luna – usłyszała nawoływanie.

Zsunęła z siebie ubrania, resztki podartej sukienki, którą łatała za pomocą liści i traw. Położyła na brzegu wykonane samodzielnie buciki, brzydkie i niezgrabne, momentami niewygodne, ale jej własne, prawdziwe, tworzone dla samej siebie. Odrzuciła do tyłu włosy, które każdego dnia rosły po kilka centymetrów, po to, by mogła wieczorami otaczać się nimi i przykrywać wijąc sobie bezpieczne gniazdo. Przymknęła oczy. Droga, którą przeszła była długa, nie raz miała przedzierać się przez gąszcz zarośli, raniąc skórę. Pełne siniaków i ran ciało, wymęczone długim biegiem przez las, wyglądało trochę jak to stare ubranie, które rzuciła na brzeg, a jednak wciąż było piękne. Zrobiła krok, a tam gdzie woda zakołysała się pieśnią na jej skórze, znikały rany, znikał ból a także pamięć po nim.

- Luna, Luna – śpiewało jezioro, a kobieta pozwalała, by zabierało z niej ciężar, nie tylko jej własny, ale pokoleń kobiet, które żyły przed nią i będę żyć później.

- Luna – wyszeptał wiatr prosto do jej ucha.

- Luna – powiedział piasek otaczając stopę kobiety swoim złocistym ciałem.

- Luna – powiedziała w końcu i ona. I kiedy tylko poczuła na ustach smak swojego imienia, dotarło do niej, że to wcale nie jest koniec drogi, tylko początek.

Cień stanął za jej plecami. Poczuła jego silną obecność i pokusę, by po raz ostatni zanurkować w jego mroczne ramiona. Tam gdzie dobre łączy się ze złym. Tam gdzie nie ma wyraźnych granic i nic nie jest oczywiste. Mężczyzna też wypowiadał jej imię, ale nie spojrzała na niego, była w nim zanurzona wcześniej, zeszła już w mrok, nie musiała wnikać w niego tak często.

- Żegnaj – wyszeptała i pozwoliła, by woda otuliła jej ciało. A potem wzięła głęboki wdech i skoczyła prosto w otwarte ramiona Jeziora.


czwartek, 18 grudnia 2025

Stara Rzeźbiarka i opowieść kawałka drewna


Mokosz. Gontyniec. Fot.własna

 

              Spojrzała na swoje dłonie. Kiedy stały się tak szorstkie? W jej głowie zamajaczył obraz młodej dziewczyny beztrosko biegnącej przez las. Ale to było lata temu, westchnęła, nie ma co obracać w pamięci kulki tak odległych czasów, byłam młoda i głupia. Usiadła na krześle, ciężko, silnie, jakby ważyła ze sto kilogramów, a przecież starość wyssała z niej nie tylko jędrność skóry, ale i wodę oraz tkankę tłuszczową. Jestem sucha jak gałązka, muszę uważać, żeby mnie nikt przypadkiem nie złamał, mówiła córce, która nie była jej córką, ale mogłaby być, mówiła z uśmiechem, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Bo na co taka starość, kiedy tylko się siedzi i patrzy w jakiś odległy punkt. Za horyzont własnej przeszłości, wyszeptała a potem sięgnęła ręką do leżącego obok wiadra z drewnem. Nie ma co się obijać, od czegoś te ręce są szorstkie i niech już takie zostaną. Pokręciła głową, a potem zaczęła oskrobywać nożykiem drewniany klocek. Scyzoryk delikatnie, jakby szukał w niej wskazówek, muskał jasną skórę gałązki. Wióry opadały na kobiety stopy, ale ta się tym nie przejmowała wpatrzona z uwagą w to, co ona już widziała, że powstanie, a co dopiero się tworzyło. Drewniane ciało poddawało się ruchom nożyka, zupełnie jakby czuło, że dzięki temu coś zyska. Czekało na chwilę, kiedy kobieta w końcu uniesie je w górę i zacznie przyglądać się wynikowi swojej pracy.

No i patrzcie państwo, powiedziała kobieta głośno, chociaż przed chatą nie było nikogo prócz niej i kota, ale ten nie zwracał na nią uwagi zajęty swoimi, ważnymi sprawami, chociaż sprawiał wrażenie jakby po prostu spał. W dłoniach starej widniała mała figurka dziewczyny w delikatnej sukience. Muszę uważać o czym myślę, kiedy biorę się za robotę, mruknęła, niby niezadowolona, a jednak figurka wyszła jej piękna i wiedziała, że nie każdemu udałoby się osiągnąć wrażenie zwiewności mając do dyspozycji jedynie kawałek drewna.

Było, minęło, westchnęła Stara i już chciała odłożyć wystruganą przed chwilą postać na ławeczkę, obok innych drewnianych laleczek, żołnierzyków, krasnali, figurek świętych i tych ze słowiańskiego bestiariusza, kiedy dziewczyna mrugnęła. W każdym razie kobiecie wydawało się, że zobaczyła ten szybki i delikatny ruch. Głupota, nie mogła mrugnąć, sapnęła Stara, ale zaczęła się przyglądać postaci a im dłużej na nią patrzyła tym bardziej żywa wydawała jej się figurka. Wcale nie zmarnowałam swojej młodości, po co ten pełen wyrzutów wzrok? Musiałam szybko do pracy pójść, nie było wyboru, a że za mąż tak wcześnie? Przystojny był, ładnie mówił, a przede wszystkim chciał mnie, prostą dziewczynę, zaopiekować się mną chciał i mieć gromadkę dzieci, ale tego drugiego akurat jakoś się nie udało osiągnąć. A skąd mam wiedzieć czy to on czy ja winna? Edek mówił, że to moje łono jest wyschnięte, że musiałam coś zrobić kiedyś złego i pokarało brakiem dzieci. Ale to nie była prawda, bo ja się zawsze dobrze prowadziłam i nigdy bym żadnej skrobanki nie robiła, bo to przecież grzech. W każdym razie wtedy sądziłam, że to grzech. Teraz już nie oceniam. Nie próbuję nawet ocenić co jest dobre a co złe, czy ktoś postępuje słusznie czy też nie słusznie. Bo czasami dziwnie się los układa. Pamiętam jak syn sąsiadki spadł z dachu i się połamał. Ale biadowała pani Kulmanowa, ale wyła. Po wsi chodziła nieszczęśliwa, że nie ma kto jej teraz w gospodarstwie pomagać. A potem przyszły wezwania do wojska i tylko ten jej syn we wiosce pozostał. Poskładali go i może kulał, ale pracował a i innym kobietom pomagał pod nieobecność ich mężów i synów. Więc na co ocenianie czy coś dobre jest czy nie? Skąd niby mamy to wiedzieć?

Pytasz dlaczego nie odeszłam od męża? A dlaczego miałabym odejść? Nie pił, nie bił. Nie był dla mnie miły, to prawda, ta czułość, która w nim się tliła na początku małżeństwa jakoś wyparowała, chyba razem z nadzieją, że będziemy mieć dzieci. Ale dawał mi wszystko czego potrzebowałam, więc nie mogę narzekać. Szorstki był dla mnie, taki jak mam teraz dłonie, tyle że ja na swoje ręce patrzę on na mnie nawet nie zerkał. Czasami miałam wrażenie, że nie istnieję. I pytałam go wówczas: Edek, a ty mnie w ogóle widzisz? Widzisz, że tu stoję? Bywało, że te moje słowa go bawiły i wówczas zadzierał mi spódnicę i odpowiadał, że musi się upewnić czy ja wciąż jestem jego. Ale częściej to po prostu zagryzał wargi i wychodził z domu, jakbym tym moim pytaniem co złego mu zrobiła.

Ale to były takie czasy, że przecież nie odchodziło się od męża, bo chciało się zaznać szczęścia. Teraz słyszałam, że kobiety ruszają przed siebie i nawet przez ramię nie spojrzą. Po prostu idą. Czasami znajdą to co im brakowało, ale czasami zostają po prostu same. Czy to lepiej? Nie wiem. Z doświadczenia wiem, że mężczyźni żyją krócej, więc kiedyś kobieta i tak sama zostanie.

Kiedy mojego Edka przykryła ziemia nic nie poczułam. Ani ulgi ani cierpienia. Ja już nie umiałam wówczas uczuć. Nic we mnie nie zostało, byłam wydrylowana jak wiśnia. Obleczona coraz mocniej obwisłą skórą. I wówczas wzięłam do ręki pierwszy kawałek drewna. Zaczęłam bawić się nad nim scyzorykiem a figurki jakby same się tworzyły. I coraz silniej mnie to zajęcie pochłaniało. Coś się we mnie zaczęło odradzać. Jakieś wewnętrzne drgnienia, o których zapomniałam. Jakieś wzruszenie.

Po jakimś czasie zaczęły przychodzić do mnie kobiety. Opowiadały mi swoje życia a ja w tym czasie tworzyłam. Coś z ich przeszłości, ale i jakąś nimfę, bo jak czułam, że dziewczyna potrzebuje więcej pewności siebie to tak mi wychodziło, że jej jakąś boginię z drewna rzeźbiłam. A one te figurki potem pod poduszką trzymały i listy dostawałam, że moja magia działa, chociaż ja im żadnej magii nie dawałam. Ja tylko czułam ich tęsknoty, może dlatego że sama swoich nie miałam, to mogłam tak dobrze czuć te cudze. A jak raz obudzisz tęsknotę, jak ją zobaczysz przed sobą, jak stanie się figurką z drewna a nie zwykłą myślą, to już ciężko ją z oczu stracić. I coś się zadziewa w człowieku takiego, że za tym swoim marzeniem zaczyna podążać. Nie ma w tym może magi, ale jest opowieść, a opowieści są trochę jak czary. Wydobywają na wierzch to co uśpione. Budzą, wskazują palcem. Czasami szydzą i po takiej opowieści człowiekowi jest źle. Ale im gorzej się czuje po tym co przeczytał czy usłyszał, tym lepiej. Gorzkie lekarstwo działa silniej od tego słodkiego.

Samą siebie opowieścią potraktować? Mnie już nie potrzeba. Stara jestem. Sił nie mam na zmiany. Zresztą, dobrze mi tu, na tym zydelku przed domem, przed moim warsztatem, moją świątynią, jaskinią. Nawet nie muszę gotować, bo zawsze ktoś do mnie zawita, jedzenie zostawi, figurkę zabierze. Niektórzy zostają u mnie nawet i rok. Nie wiem na co im towarzystwo starej baby, ale jak lubią, to ja nie mam nic przeciwko. Uczę ich wówczas jak rzeźbić figurki i opowieści. A oni słuchają. Uważnie. Tak jak ty mnie teraz słuchasz, bo ja ciebie, kiedy byłaś młoda nie chciałam słuchać. Tak, masz rację, miałam swoje tęsknoty, dużo było tego niewyrażonego. Może dlatego moje ciało jest teraz takie suche, bo pozbawiłam siebie samą pragnień. Drewnieję. Mam wrażenie, że nigdy nie umrę, to zamienię się w kawałek drewna i przyjdzie jedna z tych, co tu u mnie przez rok siedziała i słuchała, weźmie scyzoryk i wyrzeźbi mnie na nowo. I to będzie piękny koniec. Jedyny możliwy, bo będzie też początkiem.

Skończyła mówić, spojrzała jeszcze raz na figurkę dziewczyny a potem pokiwała głową i odłożyła ją na półkę. Przez chwilę siedziała nieruchomo, jakby czekała na wypełnienie proroctwa, o którym właśnie szeptała, ale nic nie nastąpiło, nie zamieniła się w kawał starego pnia. Wciąż czuła swój oddech, zabulgotało jej w brzuchu z głodu, przełknęła głośno ślinę. No nic, nie dzisiaj to może jutro, sapnęła i sięgnęła do wiadra po kolejny kawałek drewna.

***

Luna podkurczyła silniej nogi i westchnęła. Bagna zsyłały nie raz różne sny, czasami takie, które nie do końca były snami i kobieta przez chwilę miała wrażenie, że faktycznie patrzyła na Starą Rzeźniarkę oczyma drewnianej laleczki. Otworzyła oczy. Mrok wchodził powoli na bagna kradnąc rozróżnienie między tym co na dole a tym co u góry. Zacierał granice skrupulatnie i z wielkim entuzjazmem. Lubiła tę godzinę - już nie dzień, ale jeszcze nie noc, jakby przyroda przez chwilę nie musiała się opowiadać po żadnej ze stron. Las milczał. Po plecach Luny przebiegł dreszcz, bo zrozumiała, że nie jest sama.


czwartek, 11 grudnia 2025

Luna i opowieść dębu o smokach.

 


Strumyk mruczał coś pod nosem, ale nie rozumiała jego słów, może chciał jej opowiedzieć o tym dokąd zmierza, ile musi jeszcze kamyków potoczyć po swoim dnie, ile obumarłych roślin wpadnie w jego ramiona, a może chciał, by poszła tam, gdzie wszystko się zaczyna. Jak po niebieskiej nitce do kłębka. Do samego Serca Lasu, gdzie biją Źródliska.

Luna przystanęła i uklęknęła nad brzegiem wody. Zbliżyła twarz do strumienia. Przez chwilę widziała swoje odbicie, niezbyt wyraźne, a jednak to była ona, tam w wodzie, siedziała jej bliźniacza siostra. Woda smakowała drogą, którą musiał przepłynąć strumień drążąc swój korytarz przez las i bagna, a jednak nie bała się jej kosztować. Odkąd LA Que Sebe pomogła odnaleźć jej swoją wilczą naturę, miała wrażenie, że nie tylko wyostrzonych zmysłów. Dzikość była w jej nogach, w żołądku, w skórze. Miała wrażenie, że Las się nią opiekuje, a ona przyjmowała tę opiekę z wdzięcznością. Uśmiechnęła się i przymknęła oczy. Wszystko wokół niej szumiało, bzyczało, wibrowało. Nic nie było nieruchome, nawet w zwalonych pniach słyszała Życie – już nie drzewa, ale grzybów, które z lubieżną rozkoszą zjadały je kawałek po kawałku.

Ruszyła w górę strumienia. Dzień był piękny, słońce przeświecało między gałęziami czyniąc las migotliwym. Zupełnie jakby przestrzeń mrugała przyjaźnie. Biegła swobodnie, raz po raz przeskakując przez gałęzie. Miała wrażenie lekkości, jakby grawitacja zmniejszyła swoje działanie, albo to ona przestała jej podlegać i teraz mogła skakać na duże odległości, lepiej niż zając. Nic mnie nie dotyczy, wszystko mnie dotyczy, pomyślała lądując po drugiej stronie strumienia.

Las powoli gęstniał. Zupełnie jakby wraz z mrokiem rodziło się w nim więcej gałęzi i przeszkód. Zwolniła kroku. Strumień był teraz wąski a jego szept delikatny. Weszła więc do wody i przez chwilę wędrowała jej korytem nie bacząc na chłód. W oddali ujrzała ciemną plamę. Przystanęła. Dąb, majestatyczny i piękny, z pniem, którego nie objęłoby nawet dziesięciu ludzi zagradzał drogę strumieniowi, który zmuszony był wpływać pod jego korzenie.

- Jesteś najwspanialszym mostem jaki kiedykolwiek widziałam – powiedziała Luna podchodząc do drzewa. Przez chwilę miała wrażenie, że Dąb schylił swoje gałęzie, by dotknąć jej głowy, ale potem zrozumiała, że to tylko wiatr i poczuła zwód, przecież tak piękne drzewo nie mogło być pozbawione magii. – Pozwolisz, że oprę czoło o twoją piękną korę?

Posłyszała stukanie dzięcioła, które uznała za odpowiedź.

Kora była szorstka, pachniała setkami lat powolnego wzrostu. Luna przymknęła oczy i nagle ujrzała siebie-nie-siebie jak idzie mlecznymi korytarzami korzeni drzewa, jak przemierza jego wnętrze. To była ty, ale to nie jesteś ty, posłyszała, tamta opowieść kiedy do ciebie wróci, bo wszystko się ze sobą łączy i splata. Dzisiaj jednak szukasz czegoś innego niż wówczas.

- Skąd wiesz, czego szukam? - Zapytała w myślach drzewa.

- Moje korzenie sięgają w głąb ziemi i czasu – odparł Dąb. Moje konary dotykają tego, co przeczuwalne. Obserwuję każdą istotę, która przemierza mój las. Czuję twoje serce i pragnienia, twoją Tęsknotę. Widzę, że jeszcze nie dowierzasz mocy, którą masz w sobie, a to niebezpieczne, bo rzucane na wiatr zaklęcia mogą się spełnić. Widzę każdą myśl, która przepływa przez twoje żyły i zasila twoje ciało odżywczą energią. Widzę też te myśli, które są jak grząskie błoto i sprawiają, że zamiast iść lekko stawiasz ciężkie kroki. Jesteś na dobrej drodze, co nie znaczy, że nie błądzisz. Błądzenie jest wpisane w twój zarówno ludzki jak i wilczy los.

- Dziękuję – wyszeptała Luna.

- Nie dziękuj, nie potrzebuję słów wdzięczności, to co daję, przyjmij albo odrzuć. Nie przyjmuj za pewnik, moje życie jest w końcu życiem powolnego wzrostu, mogę się mylić wobec istot tak kruchych, chociaż jednocześnie tak mocnych, jak ty.

Kobieta westchnęła i silniej objęła drzewo. I wówczas Go ujrzała. Biały Smok delikatnie przesunął się pomiędzy korą a jej ciałem. Poczuła szorstkość jego futra i żar bijący od ciepłej skóry. Wczepiła palce w sierść sierść zwierzęcia. Po chwili wbijali się ku błękitowi nieba, chociaż była przekonana, że była noc, kiedy dotarła do dębu. Teraz jednak słońce świeciło w najlepsze i Luna ujrzała inne białe smoki, które leciały równo, jeden obok drugiego, w pełnym skupienia milczeniu. Poczuła zachwyt tak wielki, że mimo chłodu wiatru, było jej gorąco.

- Dawno temu, w czasach, o których ludzie nie pamiętają, bo to co nie zostało spisane dla nich zazwyczaj się nie liczy, białe smoki zamieszkiwały podniebne królestwo i z tego miejsca, widziały Mokosz, Matkę Ziemię, która była piękna i młoda, ale jeszcze nie rozumiała swojej mocy ani siły. Ludzie, którzy wówczas stąpali po jej ciele dziękowali jej za kwiaty i plony, a ona skłaniała swoją ubraną w kolorowy wianek głowę i tam, gdzie posłała swój ukłon, drzewa obradzały w soczyste owoce. Pewnej nocy Mokosz przyśnił się sen tak straszny, że obudziła się z krzykiem tak wielkim, iż wszystko zaczęło drżeć. Domy, które pobudowali ludzie, runęły, drzewa poupadały a pola popękały. Tylko smoki dalej sunęły po nieboskłonie, ich nie dosięgnął krzyk Matki Ziemi. Ludzie jednak doszli do wniosku, że to one winne są katastrofie, bo taka już jest ich natura, że lubię szukać winnych. Od tego dnia zaczęto polować na smoki.

Kiedy w białe, puchate cielsko uderzyły pierwsze strzały, to rozpadało się na tysiące kawałków i upadało w różnych miejscach ziemi. W końcu cała ziemia pokryta została, niczym popiołem, odłamkami po białych smokach. Mokosz, widząc tę potworną zbrodnię zamknęła oczy. Nie chciała patrzeć na to co zrobili ludzie, a kiedy zamknęła oczy, wszystko co na niej było posadzone zaczęło umierać. I tak nastąpił czas wielkiego zlodowacenia.

- A smoki?

- Odłamki, które upadły na ziemię zostały przykryte lodowcem, a potem, kiedy ten się zaczął topić, wniknęły głęboko w ciało Mokoszy. Nikt ich od tego dnia nie widział. A jednak raz na jakiś czas jakiemuś człowiekowi śni się biały smok. Taki człowiek musi wówczas wyruszyć na poszukiwania. Jego serce płonie pragnieniem pozbierania tego, co mogło zostać po białych smokach, więc udaje się w podróż, by odszukać ich szczątki. Każdy znaleziony fragment smoka, kiedy tylko dotknie go człowiek, wnika w jego serce i duszę zasilając ją swoją magią. Ludzie, którzy odnaleźli fragment smoka stają się wolni od osądzania, od dzieleni świata na to co dobre i złe, bo zaczynają Rozumieć, że podziały wymyślili ci, którzy się bali a nie ci, którzy byli obdarzeni mądrością.

Smok zawirował i Luna poczuła, że spada, machnęła ręką i wówczas uświadomiła sobie, że leży pod dębem a jej dłoń łapie nie smoka, a powietrze. Zamrugała. Więc to mi się tylko przyśniło? Pomyślała, ale jakaś część w jej sercu nagle zapłonęła dziwnym żarem i Luna doszła do wniosku, że czasami nie ma sensu dzielić świata na to co prawdziwe i na to co wyśnione. Otrzepała sukienkę z białego pyłu, który musiał wypuścić z siebie jakiś krzew, podziękowała Dębowi za jego opowieść i ruszyła dalej, w górę strumienia. Muszę znaleźć Źródliska, pomyślała. Odwróciła się w stronę lasu. Przez chwilę miała wrażenie, że czuje na sobie czyjś wzrok, ale nikogo nie dostrzegła w gęstwinie.

- Wydawało mi się - mruknęła i już więcej nie zawracała sobie tym głowy.


Widział jak podniosła się z ziemi, jak zgrabnym ruchem strąciła ze swojego ubrania popiół, pozostałość po oddechu białego smoku. Na chwilę przystanęła i spojrzała mu prosto w oczy. Miała piękne oczy, nigdy takich nie widział. Potem jednak odwróciła głowię i ruszyła w stronę Źródliska. Kiedy tylko była na tyle daleko, by nie mogła go zobaczyć ani wywęszyć, zaczął wolno iść w tym samym kierunku. Nie musiał się spieszyć, wiedział dokąd prowadzi strumień. Miał czas. Miał bardzo dużo czasu.

czwartek, 27 listopada 2025

Ambona, las i dzika kobieta

 

Leżała powalona przez wiatr, raczej nikt jej nie podłożył nogi, by upadła, chociaż widok leżącej bezradnie ucieszył niektóre zwierzęta. Pierwsze do boju ruszyły mrówki. Rozpoznały teren, wybrały dogodne miejsce i zaczęły drążyć tunele. Korytarz w lewo, korytarz w prawo. Pięć pięter budowanych w głąb ziemi, bez windy. Z drewnianym dachem zrobionym z powalonej przez wiatr ambony. Apartamenty dostępne od ręki. Gwarancja nie obejmuje terenu sąsiadującego z mrowiskiem.

Polna mysz przemykała obok ambony, nie myślała o schronieniu, ale spróchniałe drewno miało w sobie kilka kuszących otworów, więc została. Pająk utkał nad jej norką podwieszany dach i żyli odtąd obok siebie, ona na dole a on na górze, bez zbędnych słów i wysilania się na grzeczności. W świecie zwierząt wszystko wydaje się być prostsze i aż dziw, że ludzie należą do tego samego królestwa. Może to słowa tyle komplikują, może oczekiwania.

Luna usiadła obok ambony i przez chwilę obserwowała ruch pod jej zmurszałym grzbietem. Postawiona kiedyś przez człowieka, powalona przez przyrodę konstrukcja umierała powoli, poddając swoje drewniane ciało procesom gnicia i rozpadu. Grzyby zjadały ją kawałek po kawałku, bez pośpiechu, może nawet trochę leniwie, miały czas, więc co smaczniejsze kąski odkładały sobie na potem.

- Piękny widok, prawda? – usłyszała czyjś głos i uniosła głowę, lekko spłoszona, że ktoś ją przyłapał na podglądaniu prywatnego życia myszy.

- Tak – mruknęła wstając i odruchowo oceniając stan swojej garderoby, chociaż od już od dłuższego czasu nie przejmowała się dziurami w sukience. Były to pamiątki po przedzieraniu się przez chaszcze, biegu na przełaj czy upadku z drzewa. Wyglądam paskudnie, pomyślała. La Que Sebe od miesięcy uczyła ją dzikiego życia, a życie w dzikości oznacza wolność od opinii innych. Łatwo być wolnym, kiedy żyje się z dala od ludzkich oczu, co innego nagle na takie oczy się natknąć.

- Pan chyba zabłądził – powiedziała hardo prostując się i silnie wciskając stopy w ziemię, by mieć możliwość wybicia się do skoku, gdyby zaszła taka konieczność.

- Ja nigdy nie błądzę – odparł i po grzbiecie kobiety przebiegł dreszcz. Jeden z tych utkanych z rozkoszy i lęku, przyjemny i nieprzyjemny jednocześnie. – Szukałem cię, Luna – dodał i wówczas zrozumiała, że i ona go szukała. Chociaż nie miała o tym pojęcia, do tej chwili, kiedy w końcu pozwoliła sobie na objęcie wzrokiem tego mężczyzny, który nie był od niej dużo wyższy, ale wyglądał na wystarczająco silnego, by mógł ją wziąć w ramiona i dać jej to, na o tak długo czekała.

Przez chwilę stała niepewna, z myślami, które kotłowały się w jej głowie jak zamknięte w słoiku pchły i nie miała pojęcia czy skoczyć na mężczyznę z pazurami, czy może obdarzyć go czułością. Więc po prostu bez słowa obróciła się na pięcie i zaczęła iść w stronę bagniska, po którym tylko ona potrafiła przejść, bo czasami tak bywa, że nie można wybrać właściwie, więc lepiej nie wybierać wcale.


Zapach mięty kołysał się nad głową Luny, kiedy zwinięta w kłębek położyła się w swojej kryjówce pośrodku bagien. Będziemy stały na straży, szumiały gałązki leszczyny, ześlemy ci piękne sny, szeptały wierzby, przykryjemy cię swoją zielenią i nikt cię nie znajdzie, mówiły trawy. Zamknęła oczy, pod głową miała jedynie kilka liści o woni przypominającej zeszłoroczną jesień, ale nauczyła się spać bez poduszki. Ziemia była w tym miejscu miękka i Luna czuła jej oddech, delikatne falowanie, góra-dół, góra-dół. Sen długo nie przychodził, miała wrażenie, że słyszy jego kroki, a jednak cięgle z daleka, jakby obawiał się do niej podejść. W końcu jednak poczuła jego ciepły oddech na prawym policzku i zimny na lewym.

Śniła, że stoi przed wielkim drzewem, które otworzyło swój brzuch, by mogła wejść do jego wnętrza. A potem była ciemność, nieprzejednana, smolista, gęsta i czyjś szept, łagodny, żeby nie bała się. Więc szła przez tą czarną masę, która przyklejała się do jej ramion, wplątywała we włosy, owijała wokół nóg. Szła, bo czuła, że nie może się zatrzymać, że w tym miejscu panuje zasada bycia w ruchu, o to co nieruchome od razu umiera. Nie miała pojęcia jak długo wędruje, być może Czas na chwilę przystanął jak tu był i umarł, a może wnętrze drzewa było po prostu poza jego władaniem, w każdym razie zaczęła odczuwać zmęczenie, ale szła dalej, uparcie i wytrwale, bo wiedziała, że nie wszystko w życiu musi przychodzić z łatwością. La Que Sebe powtarzała, że praca nad sobą obarczona jest trudem. To co przychodzi z łatwością, bywa niedocenione. W dawnych czasach, o których nikt już nie pamięta, ludzie nie znali wysiłku. Zrywali rajskie owoce i zajadali się nimi w najlepsze. Słońce świeciło, nikt nie musiał pracować, nie było wojen, chorób ani głodu. Tylko wielka tęsknota. Małe dzieci przychodziły na świat z zaciśniętymi pięściami, a kiedy otwierały dłonie, ukazywała się w nich maleńka Tęsknota, która rosła wraz z dzieckiem. W końcu starszyzna zdecydowała, że trzeba się pozbyć Tęsknoty, bo pozbawia ona radości. Uznano ją za Złą, rozpalono stos i zaczęto ją palić. Ale im większy był ogień, tym silniejsza stawała się Tęsknota, ogień tylko potęgował jej działanie. Kiedy Tęsknota była już tak wielka, że nie można jej było ignorować, a jej ogromne ciało zaczęło miażdżyć mieszkańców rajskiej krainy, ludzie postanowili jej ulec. Od tego momentu Tęsknota, która pobudza do działania, zasiliła ludzkie serca. I chociaż nic już nie było tak proste jak dawniej, ludzie zaczęli być bardziej zadowoleni. Gnani Tęsknotą zaczęli budować niezwykłe konstrukcje, pisać poezję czy malować obrazy tak czarowne, że doszukiwano się w nich magii.

Luna westchnęła przez sen, a bagno westchnęło razem z nią.

Gdzieś tam, pośrodku lasu stał mężczyzna i patrzył wprost na Lunę, chociaż z tej odległości nie mógł jej widzieć, jednak po plecach kobiety przebiegł dreszcz i nie była pewna czy jest on dobry czy zły, a może i taki i taki.


niedziela, 16 listopada 2025

Opowieść strumienia o tym jak dzika dziewczyna zamieniła się w dziką kobietę

https://www.facebook.com/ArtNat.Gilicka
grafika: Natalia Gilicka ArtNat

Mgła przycupnęła nad lasem. Różowa, wilgotna pianka wchłaniająca w siebie kolor wschodzącego słońca. Ptaki zaczęły świergotać. Gdzieś trzasnęła złamana pod ciężarem racicy gałązka. Puszcza przecierała zaspane oczy, chociaż jej życie nigdy nie zaczyna się ze świtem i wcale nie kończy po zmroku.

Luna nadepnęła na szyszkę i zasyczała z bólu, ale tylko dla formalności, a potem ruszyła dalej. Lubiła wędrować po lesie, w tym momencie skrajnym, niby już za dnia, a jednak w delikatnym mroku. W niektórych miejscach, gdzie futro z liści było bardzo gęste, wciąż panowała ciemność, stamtąd, jakieś oczy, małe, uważne, wpatrywały się w kobietę. A potem cień przesunął się pod gałęziami i ruszył za Luną. Ta jednak za bardzo była pochłonięta swoimi myślami, by dostrzec cokolwiek, więc wędrowała dalej nieświadoma, że nie idzie już samotnie, że ma towarzysza, o dość dziwnym kształcie, a może bezkształcie, cichego i czujnego, z sierścią utkaną przez mrok.

Przystanęła. W oddali słychać było stukot dzięcioła i szum strumienia. Ostatni czysty wodopój, którym nie zainteresował się żaden człowiek czy myśliwy. Była świadkiem jak stawiano ambonę tuż koło rozlewiska, wokół którego zbierały się wieczorami zwierzęta. Człowiek to jedyny drapieżnik, który neguje prawo zawieszenia broni koło wodopojów, pomyślała i przeszedł ją dreszcz, bo kilka dni wcześniej słyszała huk, a potem widziała ślady krwi. Luna odgarnęła swoje srebrne włosy i zamknęła oczy. Tak bardzo chciałaby, żeby polowania były etyczne. Wiedziała, że są konieczne, nie była przeciwnikiem myśliwych tylko ich lenistwa. Podążanie za zwierzyną, tropienie, skradanie, chodzenie kilometrami przez las, by w końcu zdobyć zwierzę, które potem posłuży za pokarm, było dla kobiety czymś normalnym, chociaż sama stroniła od jedzenia mięsa i sądziła, że nie potrafiłaby zabić. Jesteś pewna? Przebiegła szybko jak zając myśl i od razu schowała się w wysokiej trawie, by tylko kobieta nie mogła jej pochwycić, zważyć w dłoniach, dopuścić do siebie Możliwość.

Zabijanie z ambony i to koło wodopoju, który był dla zwierząt świętym miejscem, było dla Luny aktem barbarzyństwa. Otworzyła oczy. Jakiś cień przebiegł przez ścieżkę i schował się w zaroślach. Kobieta ruszyła przed siebie, w lesie za dużo było zwierząt i duchów, by przejmować się czymś, co nie posiadało nawet kształtu.

Uśmiechnęła się, kiedy w oddali ujrzała srebrzysty grzbiet strumyka. Ruszyła żwawo przed siebie, przeskakując lekko leżące na ziemi gałęzie i w końcu znalazła się nad jego brzegiem. Uklękła i znużyła ręce w zimnej wodzie. Woda o smaku łez, pomyślała Luna, kiedy wzięła pierwszy łyk. Woda o smaku opowieści, wyszeptała i wówczas posłyszała, że to co wcześniej brała za szum, było tak naprawdę pieśnią.

Strumyk szumiał opowieść o dzikiej kobiecie. Kiedyś miała ona ukochanego. I we dwoje przemierzali las, jedząc ze swych ust i dłoni maliny oraz jagody. Było im dobrze i radośnie, bo młodość nie lubi myśleć o obowiązkach i trudnościach, a skoro o nich nie myśli, to trochę tak jakby ich nie było. Więc i dzika dziewczyna ze swoim pięknym chłopcem, żyli z dnia na dzień, budząc się każdego poranka w innym miejscu. Ich nagie ciała lubiły wygrzewać się w słońcu, ale też co chwilę lgnęły do siebie, czule i namiętnie i był to dobry czas, bo miłość, nawet jeżeli chwilowa, zawsze jest dobra. Pewnego dnia, tuż przed nastaniem wiosny, młodzieniec oddalił się od kryjówki, w której żyli przez kilka ostatnich dni i upojnych nocy. Być może chciał tylko sprawdzić co kryje się Po Drugiej Stronie Ściany lasu. Tak więc ciekawość zwiodła go do wioski i pod okno, w którym ujrzał najpiękniejszą dziewczynę jaką mogła stworzyć Natura. Dziewczę piersi miało jędrne, pośladki wypukłe, talię wąską, a włosy tak gęste, że tkała z nich co wieczór niezwykłe paszki, które potem sprzedawała na targu. Zapomniał chłopak o swojej dzikiej dziewczynie. Zapomniał o lesie, a o tym co było dawniej myślał, jak o śnie, może pięknym, ale nie prawdziwym.

Czekała na swojego chłopca dzika dziewczyna, czekała dzień, dwa, tydzień, miesiąc. Nic nie jadła i prawie by nie piła, gdyby nie rosa, gdyby nie deszcz, którego krople zdawało się, że lecą specjalnie do jej ust. Pewnego dnia poczuła, że nie ma już serca, że rozpadło się ono całkowicie na kawałki i rozsypało po lesie. Przyłożyła dłoń do piersi, ale nie poczuła tam bicia, tylko pustkę, otchłań tak wielką i straszną, że się jej przestraszyła. Wstała więc, chociaż ledwo miała siły i ruszyła przed siebie, a las karmił jej ciało, chociaż chciałby nakarmić i jej duszę. Co jakiś czas dziewczyna przystawała i wówczas ból wylewał się z niej strumieniem. A tam, gdzie padały na glebę jej łzy, powstawało źródełko o wodzie krystalicznie czystej, chociaż lekko słonej, o wodzie w której zaklęte były opowieści złamanego serca.

Po jakimś czasie dziewczyna zrozumiała, że nie jest już dziewczyną a kobietą, a ból jaki w sobie niosła zelżał, bo gdzieś tam, na swoich ścieżkach, pod kamieniami, w dziuplach, pod leśną ściółką, w gęstej trawie, odnajdywała skrawki swojego rozbitego serca. I kiedy w końcu kobieta poczuła, że znowu jest całością, postanowiła, że wybuduje sobie dom, pośrodku lasu i będzie do niego zapraszać Te, Które Szukają Swojego Serca, bo serce można tracić na różne sposoby, nie tylko przez młodzieńczą miłość.

Luna westchnęła i pogładziła ręką wodę, która na chwilę spieniła się, jakby chciała trochę naprężyć swój zimny grzbiet. Dziękuję za tę opowieść, powiedziała. Gdzie znajdę chatę dzikiej kobiety? Zapytała. Ale woda umilkła i trwała tak w milczeniu, więc Luna siedziała nad jej brzegiem i nasłuchiwała z nadzieją, że dowie się czegoś jeszcze. Strumyk jednak tylko szumiał i żadna więcej opowieść z niego nie popłynęła. W końcu zasnęła zwinąwszy się w kłębek i było jej zimno, chociaż noc była gorąca, ale zimno przyszło z jej wnętrza, bo opowieść strumyka wywołała z Lunie tęsknotę, może za miłością, może za własnym sercem. I z tego poczucia samotności zrodził się chłód. Jestem sama, pomyślała zasypiając. Nie jesteś sama, wyszeptał cień, który cały czas wpatrywał się w kobietę z uporem.



 

poniedziałek, 10 listopada 2025

Wilczyca - opowieść o tym, co można znaleźć nie szukając

 


Śnią mi się schody. Kręte, powyginane, dziwaczne, z poręczami, na których można się oprzeć i z takimi, którym lepiej nie ufać. Schody prowadzące w górę, nigdy w dół, jakby kierunek był im już nadany i stopy nie mogły wybrać innego. Schody drewniane, które śpiewają przeciągle, kiedy ktoś po nich idzie i schody betonowe zamknięte w ciasnej klatce schodowej, z echem tak gęstym, że aż trudnym do zniesienia. Schody ze szkła. Miejscami popękane, zużyte, z obietnicą kruchości zaklętą w ich przezroczystym ciele.

W moich snach bywa, że nieopatrznie przechylam się przez poręcz, akurat taką, przez którą nie wolno się przechylać, bo pod moim ciężarem poręcz pęka i lecimy razem w dół, lecimy nienaturalnie długo, chociaż odległość jest krótka, a jednak lecimy, ja i poręcz. Ta co miała trzymać i ta co trzymała. I kiedy tak opadamy na dno w niemal zwolnionym tempie, przychodzi do mnie myśl, że coś tu się nie zgadza. Zauważam szczelinę. Po chwili już krzyczę na całe gardło: To jest tylko sen! To tylko sen! A skoro to jest sen, na dodatek wykreowany przez moją własną głowę, tę co jest przytwierdzona do mojego karku. Mój prywatny sen, a nie zbiorowa halucynacja, to przecież z pewnością mogę uniknąć upadku. Wystarczy mieć skrzydła. I zanim zdążę dopomyśleć do końca piękne, uzbrojone w pióra skrzydła, te już mi wyrastają z pleców i zaczynają unosić. Tylko ta poręcz, zawodna, którą mam ciągle w ręku, swoim ciężarem próbuje pokrzyżować mi plany wysokich lotów, uniesień pięknych i dobrych. A jednak boję się ją utracić. Zżyłam się z jej wyszlifowanym na błysk drewnianym ciałem. Żal mi go zostawić. Strach puścić. Więc przez chwilę tkwię w miejscu. Ona mnie ciągnie w dół, moje skrzydła w górę i wychodzi bezruch. Zatrzymanie. W dziwnej pozie, trochę w górze i trochę nad ziemią. Zamykam oczy. Szukam rozwiązania, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy.

Powoli zapominam, że śnię, pewność, że wszystko kontroluję rozpływa się, zanika. Zostaje tylko walka z tym co trzymam w ręce. I wówczas czuję, że nie mam już rąk. A kiedy przestaję mieć ręce, poręcz z nich wylatuje i roztrzaskuje się na drobne kawałki, chociaż upadek z tej wysokości nie powinien był przynieść, aż tak dramatycznego efektu. A jednak poręczy już nie ma a ja, nagle otulona futrem, skaczę na schody, ale wcale nie chcę już na nich być, więc skaczę na nie, by się od nich odbić, by wybić się w zupełnie inną przestrzeń i po chwili biegnę. Piasek pod łapami jest przyjemnie ciepły. Ziemia jeszcze nie ostygła po ciepłym dniu. Księżyc wisi nad horyzontem, okrągły i lśniący. Widząc go mam ochotę zawyć, więc wyję, nie czuję wstydu, nie ma we mnie krzty krępacji. Wyję z całych sił. Wyję przeciągle moją wilczą pieśń, a kobieta we mnie uśmiecha się łagodnie.

La Que Sebe, Ta Która Wie, wita mnie w progu swojej jaskini, kiedy w końcu na moich czterech, silnych łapach do niej dobiegam, zdyszana, zmęczona, ale szczęśliwa. Nigdy wcześniej nie czułam w sobie takiego szczęścia. „To wolność”, mówi Kobieta a ja kiwam pyskiem, bo nie tylko rozumiem jej słowa, ale je czuję. Jakby każde słowo wypowiadane przez La Que Sebe rozbrzmiewało w moim brzuchu, w moich łapach, jakby jej wypowiedzi przenikały futro i zasilały je pewnością i prawdą. „Zapamiętaj, Luna, zapamiętaj ten sen, bo to tak naprawdę nie jest sen, mówi Kobieta i dorzuca drewna do ognia. „Możesz usiąść przy mnie jako kobieta”, dodaje a ja czuję jak znowu odzyskuję ręce i nogi. Moje nagie ciało otula ciepło płynące od ogniska. Siadam na ziemi. Dobrze mi. Nagiej, ale bezpiecznej, kobiecej a jednak zwierzęcej. La Que Sene nie odzywa się dużo. Ale kiedy mówi, wiem, że jej słowa mają dużą wartość, więc chowam je koło swojego serca. Mam tam szufladkę, specjalny schowek, w którym trzymam To co Ważne.

Kiedy nastaje świt, zwijam moje smukłe ciało w kłębek i zasypiam. La Que Sebe mówi, że będzie nade mną czuwać, więc pozwalam sobie na zamknięcie oczu. Tej nocy przychodzą do mnie sny o schodach, poręczy i kobiecie-wilku.

Kiedy się budzę leżę w łóżku. Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem, szukam szarych ścian jaskini, ale ich nie ma, są tylko te pomalowane na kolor o nazwie cafe latte. Sypialnia, dom, który z zapałem urządzałam wiele lat temu. Wzdycham ciężko, bo czuję tęsknotę za moim snem o wolności. W końcu wstaję i idę do łazienki, a kiedy tak idę przez dom pozostawiam za sobą ślady piasku i pyłu z jaskini. Zwilżam twarz wodą a potem zaczynam śpiewać. Wyśpiewywuję z siebie to co we mnie kamienne, a powinno być lekkie, wyśpiewywuję z siebie swój smutek i gniew, który pod nim siedzi. Wyśpiewywuję do końca, do braku oddechu, bo tylko w ten sposób mogę rozpocząć nowy dzień. Dziękuję La Que Sebe, śpiewam na końcu a potem owijam się milczeniem jak ciepłym futrem i wychodzę. Idę przez miasto w milczeniu. Nie potrzebuję słów. Czasami słowa są zbędne. Czasami lepiej po prostu czuć.

poniedziałek, 3 listopada 2025

Dziewczynka z zapałkami opowieść o tęsknocie za ciepłem

 


Wychodzę, rzuciła przez lewe ramię i nie czekając na odpowiedź ruszyła w dół klatką schodową przeskakując dolne stopnie, tak samo jak to robiła, kiedy była dzieckiem. Ile mogłabym przeskoczy na raz opierając się na poręczy? Cztery, a może wszystkie jedenaście? Czy można przeskoczyć jedenaście stopni? Jaka oszczędność kroków, jakie przyspieszenie. Mruknęła zadowolona, wciąż pamiętała jak to jest. Ekscytacja i delikatny strach, bo przecież biorąc rozpęd nie będzie już możliwości zatrzymania, wycofania w połowie drogi. Więc musi się udać. Wysoko. Gwałtownie. Pięknie. Nogi miękko opadły na podest. Przechyliła się przez poręcz i wówczas ją ujrzała. Stała w podartej szarej sukience, z włosami, które musiał potargać wiatr albo zły sen. Nie uśmiechała się, tylko patrzyła na Hannę swoimi czarnymi oczyma – przenikliwie, poważnie, zbyt poważnie jak na dziecko.

Hej, chciała krzyknąć Hanna, ale głos ugrzązł w jej gardle i wydała z siebie ledwie chrapnięcie, mruknięcie starego kota, westchnięcie zardzewiałej rury, przez którą nie mogła przepłynąć woda. Zaczekaj, powiedziała w końcu, ale dziewczynka jej nie słuchała, tylko odwróciła się i zaczęła zbiegać po schodach zwinnie, lekko i Hanna pomyślała, że nie raz musiała przed czymś uciekać. Przede mną nie musisz, pomyślała i od razu poczuła, że to jest kłamstwo, bo przecież już kilka razy uśmierciła w sobie taką dziką dziewczynkę. Ale zabijałam te, które były we mnie, a nie na zewnątrz mnie, próbowała się usprawiedliwić. Tamte nie były prawdziwe, nie mogły być, były tylko zarodkami fantazji o życiu, w którym panuje beztroska.

Wyszła na ulicę. Szum miasta od razu chwycił ją w swoje ramiona, więc nie miała wyboru, musiała z nim zatańczyć, dodać coś od siebie, zastukać obcasami, wejść z chlupotem w kałużę, westchnąć głośno, przeklnąć, kiedy jadące zbyt szybko auto ochlapało chodnik i jej płaszcz zostawiając, na jednym i na drugim, ciemne, mokre plamy.

Nienawidzę tego miasta, syknęła, kiedy jakiś przechodzeń trącił ją ramieniem a potem krzyknął, gdzie lezie, głupie babsko, całą szerokością chodnika, a przecież inni też tu chcieliby sobie zatańczyć, nie tylko ona jedna zna kroki tanga, więc niech uważa jak idzie, bo pożałuje.

Minęła jeszcze kilka przecznic, ruchliwych, pulsujących życiem i piskiem tramwajów, zawodzeniem opon, które muszą nagle się zatrzymać, z ludźmi, ubranymi w szare płaszcze, których poły unoszą się za nimi niczym ogony, ale nikt nie zwraca uwagi na ten ptasi aspekt, bo każdy pędzi w swoją stronę, z oczyma utkwionymi nie w tu i teraz a w jakiś odległy cel, w odbiór dzieci ze szkoły, ugotowanie obiadu, konferencję, wykład, wizytę u dentysty, mechanika czy psychiatry. W wieczorną randkę, na którą on się spóźni albo w ogóle się nie pojawi a ona będzie potem stać pół godziny w swoich niedopasowanych do pogody butach, ale za to dopasowanych do krótkiej sukienki i kolczyków w kolorze bordo albo blue. I właśnie nie niebieski a ocean blue, bo tak jej powiedziała kiedyś sprzedawczyni, która marzyła o wyruszeniu nad morze, ale nie nad zimny Bałtyk tylko gdzieś, gdzie katalogi obiecywały ciepło, a pan z biura podróży powiedział: „the sea will be blue like your eyes”. Ale zanim zdołał kupić bilet last minute rozchorowała się jej matka, więc sprzedawczyni ze sklepu obuwniczego została w domu i tylko wieczorami oglądała katalog z opisem wycieczki, na którą się nie wybrała. W głowie jednak wciąż szumiał jej ocean w kolorze blue like your eyes i może dlatego udało jej się sprzedać wszystkie dostępne w sklepie niebieskie buty. I kiedy wręczała ostatnią parę poczuła, że napływają do jej oczu łzy, bo zrozumiała, że nigdy nie pojedzie na wycieczkę nad morze, skazana na swoją pracę i chorą matkę, której stan nie był ani gorszy ani lepszy.

Kiedy Hanna minęła ostatnią na swojej drodze ruchliwą ulicę nastała Cisza. Przystanęła, żeby nie mącić jej spokoju odgłosem kroków i ze zdumieniem odkryła, że miasto pokrywa gruba warstwa mroku. Kiedy nastała noc? Nie miała pojęcia, szła po postu przed siebie, raz po raz schodząc do podziemi, bo ludzie czasami lubią drążyć tunele tak samo jak krety czy mrówki, z tą różnicą, że potem nadają im dumne nazwy a nawet imiona. Takiej dżdżownicy nigdy by do głowy nie przyszło, żeby wydrążone w ziemi przejście uroczyście otwierać i nadać mu nazwę. Po prostu jest tunel, który za jakiś czas zniknie i będzie musiał powstać nowy, nic wielkiego, zwykła sprawa, codzienność. Ale nie dla ludzi. Ci w swoich przejściach podziemnych umieszczają windy, schody i sklepy. Wykładają je marmurem albo betonują, malują na kolor, który akurat jest w modzie albo był na stanie i trzeba było go zużyć. A potem, po latach, farba zaczyna odrywać się od betonowej skóry, łuszczy się i marszczy tworząc dziwaczne wzory, które młodzież w nocy, jak nikt nie widzi pokrywa kolorami. I tak obok Niech żyje Lech tkwi napis, że Anka to zwykła kurwa, dbaj o lasy, wolny Tybet, uciekaj przed psami, huj, chuj, chój w różnych odmianach jakby ktoś sprawdzał jak najlepiej wygląda ten wyraz i nie dowierzał polskiej ortografii. Hannie najbardziej spodobał się napis: Czym się przejmujesz? Zacznij oddychać, zacznij żyć. Jakby oddychanie nie było czymś oczywistym i naturalnym. A może nie jest, może czasami się o nim zapomina?

Spojrzała na ciemność, która tkwiła po drugiej stronie ulicy, tam gdzie kończyło się miasto i zaczynał inny świat, taki pozbawiony latarni, dziki, nieujarzmiony ludzką ręką, chociaż ta nie raz próbowała już sadzić lasy od linijki, ale drzewa, chociaż nie potrafią chodzić, to wiedzą jak się przemieszczać i jak przypadkiem wyrosnąć w miejscu, które nie było im przeznaczone. Więc spoglądała w ciemność i zobaczyła w niej jakiś ruch a po chwili zakołysało się delikatne światełko zapałki. Dzika dziewczynka stała naprzeciwko Hanny. W jej dłoniach tkwiło pudełko zapałek, z którego wyciągała uzbrojony w siarkę patyk i pocierała go o draskę. Ogień przez chwilę skakał w górę radośnie, ale zapałka była krótka i szybko gasła, więc dziewczynka wyciągnęła z pudełka kolejną i kolejną.

Nie zapalaj wszystkich, powiedziała Hanna podchodząc do dziewczynki. Możemy rozpalić ognisko. Ale dziewczynka jej nie słuchała i wydobyła z pudełka ostatnią zapałkę. Proszę, nie rób tego, wyszeptała Hanna. Ognik zakołysał się i chwilę tańczył, jakby chciał udowodnić, że było warto. Dziewczynka uśmiechnęła się słabo. A potem nastała ciemność.



poniedziałek, 21 kwietnia 2025

Dziewanna, rzeka, tratwa i poszukiwanie Księżyca (fragment dłużeszej opowieści o pewnej czarownicy, a może po prostu kobiecie, która czuje więcej) #ArtNat

 

fot. Gosia Kubska (Równe Moce spływ tratwami)
fot. Gosia Kubska 


Rzeka szarpała niespokojnie brzegi jakby chciała je porwać ze sobą, poszerzyć swoje koryto, rozlać się na łąki i pola, podejść pod domy, liznąć wilgotnym językiem podmurówki, sprawdzić wytrzymałość ułożonych w stosy worków z piaskiem. A potem ponieść na grzbiecie to, co uznałaby za zbędne dla człowieka.

Dziewanna schyliła się, żeby dotknąć wody, pogłaskać jej zimne ciało, zanurzyć rękę w jej nurcie i poczuć pragnienia rzeki.

Jesteś dzisiaj niespokojna, wyszeptała, a rzeka odpowiedziała jej szumem i pluskiem, bo innego języka nie znała, a może znała, ale wolała używać swojego.

Potrzebuję twojej pomocy, powiedziała Dziewanna a rzeka płynęła dalej, bo nie potrafiła się zatrzymać, nawet gdyby chciała.

Musze przejść na drugą stronę, ale nigdzie nie widzę mielizny, kontynuowała swoją przemowę kobieta. Woda jednak nie zwolniła, nie rozstąpiła się, nie ukazała ukrytego na dnie piasku.

Dziewczyna usiadła na brzegu i wsunęła stopy do wody. Zimno przeszło ją dreszczem. Wiosna dopiero przecierała zaspane powieki. Poranki były zesztywniałe po nocnych przymrozkach, przyroda czekała na sygnał, niepewna czy ma już rozkwitać, czy jeszcze poczekać. Zbyt szybki start mógł być kosztowny w skutkach, a jednak co roku kilka niecierpliwych roślin wychylało swoje pąki, bo myślały, że to już, ale to jeszcze nie było już, więc umierały potem niepocieszone nie zaznawszy możliwości pełnego rozkwitu. Woda pogłaskała czule stopy Dziewanny, a potem przyniosła wielki drąg i położyła go obok kobiety. Nieruchome cielska wyrąbanego lasu zaczęły gromadzić się na brzegu i kobieta patrzyła z przejęciem na ich pokryte korą grzbiety.

Gdybym tylko miała gruby sznur, westchnęła kobieta patrząc na swój pas, wokół którego kręcił się delikatny, parciany sznureczek.

I wówczas rzeka wyrzuciła na brzeg linę, s potem kolejną i kolejną i kiedy lin było już tak dużo, że poryły cały przybrzeżny piasek, Dziewanna usłyszała syk i zrozumiała, że to nie są liny, tylko węże. Oczy największego z nich spojrzały prosto na kobietę.

Wybacz, że was niepokoję, powiedziała Dziewanna.

Rzekaaaa nasssss sssssprowadziła, wiemy cccco robićććććć, wysyczał największy z węży.

Dziękuję, wyszeptała Dziewanna widząc, jak węże zabierają się do pracy.

Związane wężowymi ciałami bale unosiły się na wodzie. Kobieta wzięła długi kij, by się odpychać i weszła na tratwę. Nigdy wcześniej nie płynęła rzeką. Zamknęła oczy, by uspokoić oddech, bo czasami łatwiej człowiekowi przychodzi spokój, kiedy niczego nie widzi, a potem wbiła kij w miękkie dno rzeki. Tratwa zakołysała się niespokojnie, ale była stabilna, więc po chwili Dziewanna poczuła, że płynie.

Dokąd mnie niesiesz? Zapytała rzeki, kiedy zrozumiała, że nie płyną na drugą stronę, ale woda tylko zapluskała, zaszumiała i sunęła dalej unosząc na swoim wilgotnym grzbiecie tratwę a na niej Dziewannę. Miałam przejść na drugi brzeg, wyszeptała kobieta, ale wyszeptała ta cicho, żeby nikt jej nie słyszał, bo nie chciała sprzeciwiać się rzece. Wiedziała, że wody, które ją unoszą, są na ziemi odkąd spadła pierwsza kropla, są na ziemi tak długo, że zdołały posiąść wiedzę, której człowiek nigdy nie będzie mógł zyskać, nawet uzbrojony w najbardziej inteligentne maszyny.

Płynęli już kilka godzin, Dziewanna dawno zrezygnowała z prób odpychania się kijem. Położyła głowę na wężowych splotach i pozwoliła, by przyszły do niej wężowe sny.

Zamajaczyły jej przed oczyma ciemne korytarze, a potem ujrzała białą rzekę wypełnioną czymś słodkim i lepkim. Ja już tu kiedyś byłam, powiedziała, a biała rzeka polizała jej policzki, które nie wiedzieć czemu nagle pokryły się słonymi kroplami. Nie ma tego co było, jest tylko to co jest, posłyszała Dziewanna i otworzyła oczy. Leżała na trawie, która płynęła teraz bardzo wolno. Niebo pokrywały białe kropki, które ktoś ułożył w formy przypominajce lutnię, łabędzia i orła. Kobieta patrzyła w zachwycie i przez chwilę miała wrażenie, że widzi jak niewidzialne palce wprawiają w wibrację struny lutni i słychać melodię, jedną z tych, o której można powiedzieć, że jest nie z tej ziemi. A potem zobaczyła jak łabędź wygiął swoją długą szyję i miała wrażenie jakby spojrzał wprost na nią. Czego pragniesz Dziewanno? Zapytał gwiezdny ptak, ale kobieta miała zamknięte usta i zamknięte serce, więc nie potrafiła mu odpowiedzieć na to pytanie. Czego pragnęła? Skąd mogła wiedzieć, dawno nie zaglądała do samej siebie, nie nurkowała we własne pragnienia. Wydawało jej się, że po prostu chce być wolna, lecz teraz czuła, że może to trochę za mało. Pragnę miłości, pomyślała, ale szybko odrzuciła tę myśl, bo wydawała jej się zbyt trywialna.

Nie da się odnaleźć tego co nie nazwane, powiedział łabędź,

Szukam księżyca, wyszeptała po jakimś czasie, ale może za późno i dlatego łabędź już jej nie słuchał, bo stał się na powrót konstelacją złożoną z gwiezdnych kropek i Dziewanna nie była pewna czy naprawdę coś do niej mówił, czy może był to fragment jej snu.

Szukam księżyca, powtórzyła już głośno, by zapamiętać po co wybrała się w podróż na drugą stronę rzeki. Może słowa, które wypowiedziała z dużą siłą nabrały mocy, a może rzeka od początku planowała wypuścić Dziewannę ze swoich objęć właśnie w tym momencie, w każdym razie tratwa zakołysała się, uniosła i wylądowała na brzegu. Bose stopy kobiety dotknęły delikatnej zieleni mchu. Wężowe więzy zostały rozplecione i każdy z gadów popełzł bezszelestnie w swoją stronę. Polana opustoszała, nawet pale, z których zrobiona była tratwa nagle zniknęły i Dziewanna nie była pewna, czy to pochłonęła je ziemia czy może rzeka pochwyciła je ponownie w swoje ramiona i spławiła w dół, tam gdzie jej słodkie wody mieszały się z tymi pełnymi słonych powieści.

Mamo ziemio, prowadź moje nogi, by dotarły tam, gdzie mają dotrzeć, powiedziała kobieta, a drzewa nad jej głową zaszumiały jakby chciały dodać jej otuchy. Wiatr dotknął włosów Dziewanny, delikatnie i czule, a potem ześlizgnął się w dół i zakołysał kobiety sukienką.

Wietrze! Pogroziła mu palcem, kiedy poczuła zimny podmuch na swoich udach, a wiatr zachichotał szelestem i popędził dalej, bo nie chciał się narażać na gniew czarownicy.


Wędrowała boso ścieżką wydeptaną kopytami zwierząt. Nie miała pojęcia dokąd idzie, ani nawet gdzie się obecnie znajduje, ale to nie miało żadnego znaczenia. Czuła, że jeżeli wystarczająco intensywnie będzie myśleć o Księżycu, w końcu go znajdzie i odprowadzi na miejsce, ochroni przed niebezpieczeństwem, na które się naraził schodząc z nieba. A kiedy nadciągnęła noc, nie zwolniła kroku, chociaż mrok był tak gęsty, że czuła jak lepi się do jej ubrania. Niewiele mogła dotrzeć przez czerń, która postanowiła zabawić się jej zmysłami i zrównała niebo z ziemią, tak że Dziewanna nie była pewna czy dalej stąpa po leśnym runie, czy może wzbiła się wysoko i idzie teraz po czubkach drzew. A jednak szła dalej, bo prowadziła ją Myśl a nie oczy, więc nie musiała wiedzieć czego dotykają jej stopy.

Gdzieś w oddali usłyszała śpiew wilka. Na chwilę przystanęła, by przysłuchać się pieśni o miłości do lasu, do wolności i białej wilczycy, którą kilka lat wcześniej zabił kłusownik, a zwierzę nie mogło zapomnieć ani swojej ukochanej ani człowieka, któremu poprzysięgło zemstę, bo znało dobrze jego zapach i wiedziało, że kiedyś ich drogi się skrzyżują, a wówczas z kłusownika zostaną jedynie kości, o które nikt się nie upomni, bo mężczyzna nie był lubiany ani przez ludzi ani przez zwierzęta.

Pieśń wilka przeniknęła do serca Dziewanny i kobieta zapłakała nad jego losem, a z każdej łzy, która spadła na mech pod jej stopami, wykiełkował wysoki kwiat o drobnych, żółtych listkach. Ale to było już dużo później i kobieta nie mogła tego zobaczyć.

W końcu mrok ustąpił i Dziewanna ujrzała rozległą polanę, pośrodku której siedział świetlisty młodzieniec, całkiem nagi, ale zupełnie niewinny i przez to kobieta nie czuła się skrępowania brakiem jego odzienia.

To ty, Księżycu? Zapytała. Młodzieniec uśmiechnął się do niej, a potem wrócił do zaplatania srebrnych sieci, w które łapał robaczki świętojańskie.

Przepiękne, prawda? Usłyszała obok i w sobie, bo głos Księżyca był wszędzie i nie był głosem prawdziwym. Są niezwykłe, bo ich blask pochodzi od nich samych, kontynuował nie czekając na odpowiedź. Ja świecę światłem dobitym. Ale gdyby tylko mógł być jak taki świetlik, wówczas ludzie nie zapominaliby o mnie w dzień.

Wówczas nie byłoby nowiu, stwierdziła Dziewanna, zarówno Nów jak i Pełnia wyznaczają ludziom i przyrodzie rytm. Są jak metronom, którego słuchamy, żeby się nie zagubić.

Wierzysz w to co mówisz? Spojrzał na nią i kobieta ujrzała w jego oczach wielki smutek.

Ludzie nie patrzą na przyrodę, rzadko nawet zerkają na niebo, by sprawdzić albo chociaż zachwycać się gwiazdami oraz mną. Nie jestem już ludziom potrzebny.

Ależ to nieprawda! JA ciebie potrzebuję. Ilekroć idę przez ciemny las oświetlasz mi ścieżkę. Czekam na Pełnię, bo wówczas to, co zasadziłam w czasie Nowiu zaczyna kiełkować, niezależnie od tego czy jest rośliną czy myślą. Jesteś bardzo potrzebny!

Jednej kobiecie, która na dodatek jest czarownicą, westchnął.

Nie jestem czarownicą, odparła. Nie znam się na czarach, a na ziołach dopiero poznaję, powiedziała stanowczo.

Księżyc uśmiechnął się, a potem powoli wstał. Kiedy siedział na mchu sprawiał wrażenie niemal dziecka, teraz jednak wyprostował plecy i Dziewanna stwierdziła, że jest ogromny, Ledwie mieścił się na polanie.

Widzisz mnie w ludzkiej postaci, przypłynęłaś na tratwie, którą zbudowała dla ciebie rzeka i węże i mówisz, że nie jesteś czarownicą?

Dziewanna otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale żadne słowa nie przechodziły jej przez gardło. Może Księżyc miał rację? A może nie miał? Czy znał się na sprawach tego co na dole, zerkając z góry?

Wiem więcej niż ci się wydaje, usłyszała. Księżyc podszedł do Dziewanny. Nie był już tak ogromny. Sprawiał wrażenie zwyczajnego mężczyzny, chociaż jego ciało dalej wibrowało delikatnym blaskiem i miało przezroczyste kontury. Szukałaś prawdy a trafiłaś na sen, szukałaś miłości, a dostałaś kota i borsuka. Pragnęłaś samotności a masz towarzystwo drzew i zwierząt. Chciałaś zwyczajnego życia, a mieszkasz w lesie, rozmawiasz ze Śmiercią i Księżycem. A jednak gdzieś w środku czujesz, że dopiero teraz jesteś naprawdę szczęśliwa. Powoli stajesz się pełnią i nie potrzebujesz do tego ani mnie, ani mojego odbitego blasku.

Kiedy poczuła na wargach srebrzysty pocałunek świat zawirował. Przez ciało Dziewanny przeszedł intensywny dreszcz i kobieta odskoczyła jak rażona prądem.

Przepraszam, wiem że nie powinienem, ale chciałem sprawdzić jak smakuje pocałunek.

Mogłeś zapytać. Nie byłam gotowa na całowanie się z Księżycem.

A gdybym zapytał, to byś się zgodziła?

Oczywiście, zaśmiała się, jak mogłabym przegapić tak niezwykłą okazję? Podeszła do Księżyca bliżej i pozwoliła, by przez chwilę ich usta pozostały złączone. Smakował kosmosem i srebrzystymi gwiazdami. Ale było też w nim coś nieuchwytnego, delikatnego, niemal kobiecego.

Odsunęła się z uśmiechem.

A teraz, proszę, wracaj na niebo. Tu nie jesteś bezpieczny, stwierdziła przeczesując palami srebrne włosy Księżyca.

Miałaś wizję, ale to tylko wizja, ona mówiła, że coś się może wydarzyć, ale wcale nie musi, powiedział.

A jednak twoje miejsce nie jest na tej polanie. Nie istniejesz po to, by siedzieć w lesie. Ludzie muszą cię widzieć. Nie masz pojęcia jaki żal rodzi się w sercu, kiedy znikasz za chmurami.

Księżyc pokiwał głową i znowu urósł.

No i wypuść te biedne świetliki, nie będziesz jak one, chociażbyś się gapił na nie przez kilka lat.

Sieć upadła na ziemię, srebrzyste nitki poturlały się między mech a potem zniknęły. Uwolnione chrząszcze z radosnym pobrzękiwaniem poleciły w stronę drzew. Dziewanna podparła się pod boki zadowolona.

Dziękuję ci Dziewanno, liczę, że będziesz mnie podziwić, kiedy już znajdę się u góry, powiedział i kobieta była przekonana, że mrugnął przy tym zawadiacko.

Oczywiście, twoja obecność na nocnym niebie zawsze budzi we mnie zachwyt, powiedziała z uśmiechem, ale zanim zdołała dokończyć zdanie, Księżyca już nie było.

Ciemna polana sprawiała wrażenie opuszczonej.

Po chwili jednak została rozświetlona przez księżycowy blask.

Dziewanna zadarła głowę do góry i pomachała w stronę księżyca, chociaż nie miała pewności czy ten ją dalej widzi.

Czas wracać do domu, mruknęła.

I wówczas zerwał się silny wiatr. Kobieta zadrżała, bo zimno przeniknęło ją aż do kości. Zmarszczyła czoło. Coś było nie tak z tym wiatrem.

Przestań! Krzyknęła, a potem pochłonął ją wir i już niczego nie widziała, niczego nie czuła. Świat zniknął, a może to ona zniknęła. Nie była pewna. Świat też nie.


poniedziałek, 10 lutego 2025

Wyciągnij ten kolec z serca (opowiadanie by ArtNat)

 

 

Mgła zjadła przestrzeń z takim apetytem, że nawet nie zostawiła miejsca na kontury. Kobieta nie była pewna czy droga, którą szła wiodła prosto czy może wiła się meandrami niczym rzeka. Stawiała uważnie kroki, przekonując się za każdym razem, że świat wciąż istnieje, że pod tą biała otuliną wszystko jest takie jak dawniej. Chociaż. Czy mogło być wciąż takie same, skoro w sercu Miśki tkwił kolec? Próbowała różnych sposobów, żeby go się pozbyć, ale pęseta w postaci psychoterapii tylko pożarła jej oszczędności pozostawiając z pytaniami w formie otwartej. Może nie ten terapeuta, a może nie była to jej droga. A potem poznała Agiego, który wręczył jej karteczkę z adresem mówiąc, żeby tam poszła. Że to nie jest byle jaki adres, z pewnością nie przypadkowy. Znajdziesz tam siebie, powiedział i Miśka poczuła dziwny dreszcz, bo nie przypuszczała, że się kiedykolwiek zgubiła. Może raz, ale była wówczas dzieckiem i weszła do bramy, bo ta miała niezwykłe sklepienie, ale prowadziła tylko na szare podwórko, więc mała wówczas Miśka postanowiła iść dalej, bo przecież takie piękne bramy muszą chować jakąś ukrytą furtkę do zaczarowanego królestwa. A jednak nigdzie nie było tego piękna, któremu uległa w pierwszej chwili. Tylko nadszedł wieczór, a ona była z miejscu, którego nie znała, ale nie rozpłakała się, bo czuła w sobie jakiś dziwny spokój. I kiedy starszy pan w za dużych okularach zapytał ją co robi sama pośrodku plątaniny tych szarych bloków, powiedziała, że nie wie jak trafić do domu. I chociaż mama zawsze jej mówiła, że nie ma ufać obcym, to poczuła, że ten mężczyzna nie miałby sił, żeby zrobić jej krzywdę. Idzie? Zapytał tylko i poszła za nim, do miejsca, gdzie jej mama siedziała zapłakana, bo myślała, że Miśka już się nie odnajdzie.


Wzięła głęboki oddech, kiedyś ktoś jej powiedział, że czasami zapominamy o oddychaniu i Miśka była wówczas zdumiona, bo jak można zapomnieć o czynności automatycznej, ale potem zaczęła odkrywać, że faktycznie, były chwile, kiedy jej oddech stawał się niewielki jakby próbował cofnąć się do zarodka.

Jakaś ciemna plama zamajaczyła przed kobietą. Mgła odsunęła się budynku, jakby chciała uchylić firanki, by dodać Miśce odwagi, ale to nie było potrzebne. Kobieta ściskała w ręce wizytówkę z adresem i nie miała w sobie żadnego wahania. Wyszła z domu z przekonaniem, że idzie do miejsca, które da jej spokój, może w końcu wydłubie z niej tą drzazgę pozostawioną przez zawiedzione nadzieje, niespełnioną miłość i Krissa, o którym nie potrafiła przestać myśleć, bo nie da się nie myśleć o różowym słoniu wciąż mówiąc: Różowy słoń.

Budynek musiał być ogromny, bo Miśka nie mogła dojrzeć jego dachu, ale może to tylko mgła postanowiła zakryć górne partie kamienicy. Nacisnęła mosiężną klamkę, która z ociąganiem, jakby chciała wpierw sprawdzić czy kobieta jest warta wysiłku chowania metalowego języka, w końcu ustąpiła i Miśka weszła do bramy jakby wkraczała do zupełnie innego świata, gdzie nie było już monotonni oferowanej przez mgłę, a feeria barw, od której mogło się zakręcić w głowie, ale nie zakręciło. Nigdy wcześniej nie widziała tak pięknej klatki schodowej, z tyloma malunkami, rzeźbami i drewnianymi schodami czule objętymi szeroką poręczą.

Zaczęła wspinać się w górę, chociaż schody nie były wcale strome i nie była to żadna wspinaczka, a raczej wędrówka, której towarzyszyły skrzypnięcia i pojękiwania starego drewna. W końcu dotarła na miejsce, co oznajmiał niewielki szyld, usytuowany ponad drzwiami z numerem, który starł albo czas albo niezbyt zdolna sprzątaczka. Wyciągnęła rękę przed siebie, by nacisnąć dzwonek, ale drzwi w tym momencie się uchyliły i ujrzała znajomą twarz Agiego, który powiedział, że czekał na nią, na szczęście się nie spóźniła, jeszcze nie zaczęli. Nie zdołała zapytać jak mogli na nią czekać skoro wyruszyła z domu spontanicznie, bez zapowiedzi, zaskakując samą siebie, bo Agii już szedł w głąb korytarza, więc popędziła za nim.

Weszli do pomieszczenia, które mogło kiedyś służyć za salę balową, teraz jednak siedzieli w nim ludzie, na poduszkach do medytacji, tworząc krąg, który ona miała dopełnić.

Jaki masz defekt? Zapytała kobieta, siedząca po lewej stronie Miśki. Ja mam chaos w głowie, dodała i Miśka ujrzała wielki wir, który wydobywał się z czaszki kobiety i pędził gdzieś pod sufit. Miśka spojrzała na siedzących w kręgu ludzi i otworzyła buzię, bo musiała wypuścić z siebie bańkę, w której kołysało się jej zdumienie.

Wszystkie osoby, poza Agim, miały coś, co wystawało z ich ciała, a czego tam być nie powinno, bo przecież, dajmy na to, złamane serce, to tylko przenośnia, a jednak chłopak, który siedział naprzeciwko Miśki miał wyraźnie złamane serce, które leżało nieporadnie na jego kolanach, niczym zdychający kot. W pierwszym odruchu chciała stamtąd uciec, w drugim zerknęła na swoją klatkę piersiową. Był. Wielki, ostentacyjny, podobny do kolca róży, tylko większy. Wystawał z misinego serca i nie pozostawiał miejsca na domysły. To przez niego tu przyszła, a teraz go widzi, wyraźnie i boleśnie. Lecz kiedy chciała sięgnąć po niego ręką, by go usunąć, Agii podszedł do niej powiedział, że tak tego nie zrobi, żeby poczekała, dopiero zaczynają ceremonię. Tak powiedział. Ceremonia. Więc Miśka posłuchała, zaintrygowana i zaciekawiona, z zapasem kilku innych za-.


Parę dni później, kiedy leżała rano w swoim łóżku, zobaczyła, że kolec się skurczył, zmatowił i wyblakł. A kiedy spróbowała go dotknąć natrafiła na pustkę, bo był utkany z mgły jej wspomnień. Nie jesteś ważny, powiedziała, a kolec zadrżał, bo zrozumiał, że umiera. Nie jesteś już dla mnie ważny, nie wiem dlaczego karmiłam ciebie moimi myślami, dlaczego tak kurczowo trzymałam ciebie w moim sercu, jesteś tylko iluzją, nie masz znaczenia, powiedziała głośniej i poczuła coś, czego od dawna nie potrafiła doświadczyć: Wolność.

Nie masz znaczenia, powtórzyła dla pewności, chociaż kolca już nie było, została jedynie mała blizna, na pamiątkę. A Wolność chwyciła Miśkę za rękę i wyprowadziła z domu. Szły razem przez Miasto, roześmiane i szczęśliwe, a kiedy Miasto się skończyło, szły dalej. Mijały pola i lasy, a ich nogi nie czuły zmęczenia, bo Wolność nie miała prawdziwych nóg, a Miśki nogi były zbyt zadowolone z wędrówki, by czuć znużenie. Szły bez ustanku, dzień i noc. A kiedy Miśka czuła, że nadchodzi sen, po prostu zamykała oczy i zasypiała, a Wolność chwytała ją wówczas silniej za rękę i prowadziła dalej, za las, za rzekę, aż do stóp wielkiej góry. Tak wielkiej, że kiedy Miśka otworzyła oczy, przez chwilę poczuła strach, bo jak miałaby się wdrapać na szczyt czegoś tak wielkiego. A jednak Wolność uśmiechnęła się do niej i wyszeptała, żeby się nie obawiała. Strach warto przywołać tylko w sytuacji prawdziwego zagrożenia. Więc Miśka podziękowała Wolności i zaczęła się wspinać, a im wyżej wchodziła, tym więcej mogła zobaczyć. I nagle ujrzała nie tylko Miasta oraz Wsie usytuowane wokół Góry, ale także swoją Przeszłość i Przyszłość. A kiedy dotarła na szczyt góry podziękowała sobie za swoją wytrwałość, podziękowała Słońcu, bo to ogrzewało ją w czasie wędrówki, podziękowała też, kiedy spadł deszcz i mogła wyciągnąć przed siebie dłonie, by utworzyć z nich miseczkę i się napić. Podziękowała ziemi, po której stąpała i powietrzu, które wchodziło do jej płuc. A potem zaczęła schodzić i nie myślała już o niczym, tylko pozwoliła, by szczęście wypełniło całe jej ciało.


Wiele lat później, kiedy siedziała przed swoim domem na wsi, podeszła do niej mała dziewczynka, która mogłaby być jej wnuczką, ale nie była i zapytała czy jest szczęśliwa, bo jest taka stara i brzydka, i wszystkie okoliczne dzieci się jej boją mówiąc, że jest czarownicą, która nie ma nikogo prócz czarnego kota. Miśka uśmiechnęła się, przymknęła oczy, bo słońce dość mocno świeciło i powiedziała, że nie jest czarownicą, a wiedźmą, a kot nie jest jej tylko sąsiadów i nigdy nie była samotna, gdyż zawsze miała wokół siebie Naturę. Miałam też męża, powiedziała po dłuższej chwili, ale dziewczynki już nie było. Przez chwilę Miśka delektowała się wspomnieniami, a potem wstała, otrzepała spódnicę, zawołała kota i weszła do chaty, bo to był dobry dzień na wyplatanie koszyków. Wiklina moczyła się w szarym mydle już od jakiegoś czasu i Miśka wiedziała, że będzie teraz bardzo elastyczna. Pokręciła głową, bo wspomnienia znowu zaczęły do niej napływać, a nie lubiła uciekać w Przeszłość mając pod ręką Teraźniejszość, więc zabrała się za pracę.

Sąsiedzi Miśki słyszeli potem jak śpiewa, wciąż młodym głosem, wolnym od drżenia, a kiedy pewnego dnia zniknęła, nikt się temu nie dziwił, bo jej śpiew dalej unosił się w powietrzu, jakby miejsce, w którym mieszkała chciało o niej trochę dłużej pamiętać. Ale tylko trochę.