piątek, 22 czerwca 2018

Umrzeć wcale nie tak bardzo

Poranek dotknął jej policzka, a potem delikatnie przesunął się w kierunku powiek. Poczuła jak jasność wnika do jej wnętrza, ale nie otworzyła oczu. Tak było lepiej. Wolała leżeć nieruchomo i czuć jak świt penetruje jej ciało. Było w tym coś erotycznego i zakazanego. Chociaż w rzeczywistości nic nie zaszło. Po prostu leżała na łóżku. Pokój był pusty. A może nie był? Posłyszała jakiś szmer. Czyjś szept (taki sam jak wówczas, kiedy była dzieckiem i rodzice próbowali ukryć przed nią swoje kłótnie, także te prowadzące do rozpadu ich małżeństwa), przebiegł obok niej, ale nie zdołała go pochwycić. Jej głowa była zbyt ciężka. Coś przyciskało ją do poduszki. Już nie czuła pieszczoty wschodzącego słońca tylko strach. Wcale nie blady, raczej kościsty i lepki. Jej skóra stopniowo zaczęła pokrywać się delikatnymi kropelkami. Ale to nie mógł być pot. Pot jest zbyt przyziemny i zwyczajny, z pewnością nie tak gęsty i ciężki. A ona wyraźnie czuła ciężar. Coś ją dociskało do łóżka, wgniatało w pościel i odbierało oddech.
„Muszę otworzyć oczy”, pomyślała, ale powieki nie zamierzały jej słuchać. Leżały martwo na jej gałkach ocznych, po raz pierwszy tak odrębne, jakby wcale nie stanowiły kawałka jej samej. A przecież to były jej powieki, powinny robić co im mówi.

- Trzeba ją gdzieś przenieść, nie może tu tak leżeć – posłyszała, tym razem dość wyraźnie i nagle zapragnęła krzyknąć. Tak, krzyk byłby wybawieniem. Zawsze jest. Dziecko, kiedy przychodzi na świat też wpierw krzyczy. Jakby krzyk był oznaką życia, siłą, Wszystkim. Więc spróbowała otworzyć usta, ale żaden dźwięk nie miał zamiaru w niej powstać.

– Opada jej szczęka, weź jakiś kawałek szmaty i jej podwiąż, bo to strasznie wygląda, jakby do nas gadała.
– Idiota. Czyś ty nigdy trupa nie widział?
– No tak, właśnie że nie widziałem. To moje pierwsze zlecenie.
– To poczekaj ino jak puści soki. Albo ręką poruszy.
– Czemu miałaby ruszać ręką?
– To takie odruchy. Mięśnie po śmierci tężeją i różne dziwne rzeczy potem zachodzą. Czasami mam wrażenie, że ktoś mnie chwyta za dłoń, jakby chciał mnie powstrzymać. Jakby wcale nie umarł…
– Weź mnie człowieku nie strasz. Lepiej zabierzmy się stąd szybko, bo jakoś tak nieprzyjemnie.
– No już dobrze, dobrze, trzeba tylko ją wpierw umyć.
– Umyć?
– No przecież. Wszystko ci trzeba mówić?

Poczuła czyjąś dłoń na swojej skórze. Ktoś rozpinał jej bluzkę. A jednak wciąż nie mogła nic zrobić. I tylko leżała nieruchomo, jakby jej ciało nie należało już do niej, a do kogoś zupełnie innego. Pożyczona sukienka z tafty, niedopasowana, sztywna i obca.
„Ja żyję”, powtarzała w myślach, ale myśli mają to do siebie, że zwykle nikt ich nie może posłyszeć poza nami samymi, więc mężczyźni nie zwrócili uwagi na tę jej wewnętrzną szarpaninę. „Boże, pozwól mówić”, błagała, ale Bóg nie zamierzał jej słuchać, bo go wcale nie było obok niej. Miał swoje sprawy na głowie. Dużo ważniejsze i nie tak przyziemne jak wydawanie z siebie głosu.

– Dobra, teraz weź gąbkę i wjedź w każdy zakamarek.
– To obrzydliwe.
– Obrzydliwe jest zjadanie ślimaka żywcem, a ty masz umyć całkiem ładną lalunię.
– Jezu, człowieku, przecież to jest martwa dziewczyna.
– Ale cycuszki niczego sobie i zgrabne nogi…
– Chyba ci odbiło.
– Ciało to ciało, co za różnica czy wciąż ciepłe, czy takie co już powoli stygnie?
– Jesteś chory.
– Nie. Po prostu przyzwyczaiłem się. Poza tym…
– Co poza tym?
– Może oni wcale nie są tak umarli jak nam się wydaje? Może wciąż są z nami i chcieliby zaznać jeszcze chociaż odrobiny…
– Nawet nie kończ, człowieku. Jesteś pieprzonym nekrofilem.
– Pogadamy za parę lat.
– Za parę lat to ja tu nie będę pracował. Zatrudniłem się tymczasowo.
– Każdy z nas tak mówi, a potem żaden nie potrafi odejść.
– Dlaczego?
– Nie wiem. Tak po prostu jest. Trupy są bardziej wyrozumiałe od żywych. I, no wiesz, oni są tacy cisi. Mówisz do nich, a oni niczego nie komentują, nie dają uszczypliwych uwag, po prostu słuchają.
– Niczego nie słuchają, przecież są martwi.

Ale ja słyszę. Słyszę wasze głosy i czuję jak obmywacie zbyt zimną wodą moje ciało. Moze nawet mam gęsią skórkę. Zerknijcie na moją skórę, tak mi zimno, wówczas zrozumiecie, że wciąż tu jestem, że to jakiś cholerny i dziwny paraliż. Ja wcale nie umarłam.

– Dobra. Ubieramy i wrzucamy na pakę.
– Masz dla niej jakieś ubrania?
– Coś znajdziemy. O, patrz, to jest niezłe.
– Daj spokój, to do niej nie pasuje.
– A ty wiesz co do niej pasuje?
– Wygląda na taką spokojną.
– To oczywiste, idioto, przecież jest martwa. Wszystkie trupy są spokojne. Chyba że te powypadkowe. To to są nadzwyczaj niespokojne. O ile da się je w ogóle złożyć do kupy… Kiedyś pomyliłem i dałem nogę faceta do trumny z babą. Ale, jak Bóg mi świadkiem, wyglądały bardzo podobnie. Nie moja wina, że się nie goliła.
– Jesteś obrzydliwy.
– Przywykniesz.
– Wolałbym nie. Mówiłem przecież…
– Tak, tak, to czasowa praca. Mówiłeś.

Nie lubię tej małej czarnej. Jest zbyt obcisła i za krótka. Nie wiem czemu zostawiłam ją w szafie. Może miałam nadzieję, że kiedyś ją jeszcze nałożę, na jakąś randkę, do kina, nie wiem. To głupie. Bo przecież zupełnie nie jest w moim stylu. Wolałabym mieć na sobie coś kolorowego, najlepiej w kwiaty. Mam kilka ładnych sukienek.

– Ta będzie idealna.
– Tak. Rodzina się ucieszy. Będzie wyglądała, jakby szła na pielgrzymkę do Częstochowy. Jeszcze jej na głowę beret załóż.
– Przecież jest fajna, taka dziewczęca.
– Nie znasz się, ale wszystko jedno. Możesz jej nałożyć sukienkę w kwiaty. Nie będzie się skarżyć.
– Wiesz coś o jej rodzinie?
– Niby co?
– No, gdzie są, czemu sami tego wszystkiego nie robią.
– Nie wiem, może nikogo nie miała i już.
– Taka ładna i samotna?
– Trup ci się podoba? A mnie od pedofilów wyzywasz.
– To nie o to chodzi…
– A o co?
– Sam nie wiem. Mam wrażenie, jakby chciała mi coś powiedzieć.
– Oczywiście! Ona mówi: Pakuj mnie kurwa wreszcie do trumny zanim zacznę śmierdzieć.

On ma rację. Czuję ten zapach. Nigdy wcześniej go nie czułam, a teraz przyszedł. Nie, nie przyszedł. On jest we mnie i pomału zaczyna ze mnie wychodzić. Więc jednak umarłam? Rozpadam się od środka, gniję. Tak ma wyglądać koniec? A gdzie tunel i światło? Jezu, to chyba jednak tylko jakiś potworny sen.

– Na raz, dwa i trzy. Teraz tam przywiąż, żeby się nie osunęła na ziemię, bo nie chcemy mieć poobijanej denatki.
– Słyszałeś?
– Co?
– Jakby westchnięcie.
– To pewnie gazy.

Musicie mnie obudzić. Musicie mnie obudzić. Zrzućcie mnie na ziemię, może wówczas się obudzę i wyjaśnię, że to cholerna pomyłka.

– Kurwa, ona mnie chwyciła za rękę.
– Pośmiertny przykurcz.
– Nie, to nie było to. Zatrzymaj się do cholery, musimy sprawdzić…
– Wciąż zimna, wciąż martwa. Nie wiem co chcesz sprawdzać.
– Ona tylko śpi.
– Lepiej zrezygnuj z pracy po tym zleceniu, młody, bo nie nadajesz się do tego zawodu. Zostań lepiej poetą czy coś.
– Sam se zostań poetą.
– Ja już jestem. Piszę wiersze o zwłokach, które nocami wstają i chodzą po kostnicy.


Chciałabym uciec. Ale moje ciało już do mnie nie należy. Jest dziwnie ciężkie. Obce. Chciałabym odejść, tylko nie wiem jak. Zimno mi. Strasznie tu zimno.

– Zostanę z nią na pace.
– No, no, romantyk. Trochę za późno na amory.
– Jakoś tak czuję, że ona wolałaby mieć kogoś przy sobie.
– Idiota.
– Sam jesteś idiota.

Dziękuję. Twoja dłoń jest taka życzliwa. Gładzisz moje włosy a ja miałabym ochotę mruczeć jak kot. Dlaczego dopiero teraz mnie odnalazłeś? Czemu tak późno?

– O nic się nie martw. Będę przy tobie.

Do samego końca?

– Do samego końca. Nie musisz się bać.

Już mi lepiej. Dziękuję. To miłe, kiedy tak trzymasz mnie za rękę. Przypominam sobie moją pierwszą miłość. Przelotne spojrzenia i przelotny dotyk. Właściwie, dlaczego ja go wówczas nie zatrzymałam przy sobie? Gdybym mogła żyć jeszcze raz...

– Mamy tylko to jedno życie. Bez możliwości szkicowania i wymazywania gumką.

Szkoda. Bywałam nieroztropna. Nie rozumiałam, tylu rzeczy nie rozumiałam.

– O nic się już nie martw. Dobranoc.

Dobranoc. Chociaż mam wrażenie, że tego poranka już więcej nie zasnę.


"Autopsja Jane Doe": kadr z filmu
kadr z filmu "Autopsja Jane Doe" (https://kultura.onet.pl/film/recenzje/autopsja-jane-doe-przyczyna-smierci-nieznana-recenzja/mj3885c)

niedziela, 17 czerwca 2018

Ida. Opowiadanie pół-krótkie jak nagle przerwany sen

Uchyliła powieki. Chciała jeszcze przez chwilę błąkać się po zakamarkach tego snu, który stopniowo zanikał. A przecież była taki przyjemny. Chociaż. Nie, wcale nie był przyjemny. Gryzł i szarpał jej ciało, sprawiał, że rolowała pościel niczym magiel a jednak. A jednak było w tym śnie coś, co ją pociągało. Drażniło i fascynowało zarazem? Co to takiego?
Usiadła na łóżku i opuściła nogi. Przez chwilę jej stopy szukały miękkości kapci. Codziennie to samo. Każdego dnia jej buty znikały gdzieś pod łóżkiem i musiała je gonić. Jakby prowadziły intensywne życie nocne, a ona im przeszkadzała, bezczelnie wtrącała się swoją bosą stopą, wyrywała z zabawy, stosowała przemoc. „Ale przecież nie jestem okrutna”, pomyślała, „To tylko kapcie. Dość wysłużone i niezbyt atrakcyjne, zwyczajne kapcie, przedmiot martwy pozbawiony duszy. Chociaż. Może coś mylę, może przedmioty mają duszę, ukrytą pomiędzy zwartością atomów, niewidzialną i wrażliwą?”
Pokręciła głową. „To niedorzeczne. Tak myśleć, niemal magicznie”.
Zapaliła światło w łazience. Wielkie lustro spojrzało na nią z ukosa, ale ona w pierwszym momencie nie zauważyła swojego odbicia, jakby lustro zapomniało, że ma pokazać jej wizerunek i zamiast niego wyświetliło fragment tego snu, o którym już prawie zapomniała. Wyciągnęła rękę i przetarła nią gładką taflę. Mgła osiadła na opuszkach jej palców. Miłość od pierwszego dotyku. Wilgotny pocałunek. Pomiędzy białymi smugami dostrzegła w końcu fragment swojej szyi i policzka. Czubek głowy uzbrojony w niebieskie włosy. „Lepsze takie niż siwe”, mówiła, kiedy pytano ją dlaczego tak odważnie, tak radykalne i ostro. Ale to nie była prawda. Już po prostu nie pamiętała jaki kolor to ten naturalny. Kiedy przyszła na świat jej głowa była łysa i błyszcząca. Ani jednego włoska. Nic. „Proszę się nie martwić”, powiedział lekarz do jej matki, „To się zdarza. W końcu urosną”. Wiec jej matka czekała. Każdego dnia sprawdzała maleńką głowę, jakby szukała oznak wiosny i każdego dnia przymykała powieki, rozczarowana. „Łysa pała”, przezywały dziewczynkę dzieci, kiedy poszła do przedszkola. „Musi mieć raka”, szeptali rodzice na rozpoczęciu roku szkolnego. „Możliwe, że to jakaś choroba genetyczna”, „Jej matka oddała duszę diabłu, to dlatego”, „Biedne dziecko, takie szpetne”, „Tfu, straszydło, lepiej, niech no zakrywo ten swój łysy łeb, bo jeszcze nam nasze pociechy pozarożo”, „Od razu widać, że nieślubne”, „Bóg się ulituje, tylko proszę się do niego każdego dnia modlić i na kościół dać, nie skąpić”. Otaczały ją szepty, które czasami wcale nie były szeptami, bo niektórzy ludzie mówili całkiem głośno, chociaż na boku i z lekką chrypą. Pod koniec szkoły podstawowej, kiedy jej matka wreszcie pogodziła się z tym, że głowa jej córki będzie błyszcząca, cielista i nieskazitelnie gładka, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, niemal z dnia na dzień, ukryte dotąd cebulki włosów nagle ożyły i wypuściły pierwsze pąki. Delikatny meszek był przyjemny w dotyku i przypominał mech. Więc Ida, jak tylko włosy stały się trochę dłuższe, pokryła je zieloną farbą. A potem, kiedy zaczęły sięgać jej za ucho, przemalowała je na czerwono. Zmieniała ich kolor, jakby przeznaczeniem włosów było przyjmowanie na siebie nastroju właścicielki – czarne, kiedy miała depresję i złote, gdy urodziła pierwsze dziecko. Fioletowe, kiedy pojechała do Tybetu na medytację, brązowe niczym jesienne, gnijące liście, kiedy zdradził ją mąż i pomarańczowe, kiedy sama go zdradziła.
A teraz niebieskie. Dlaczego taki kolor? Westchnęła, bo nie mogła sobie przypomnieć co nią kierowało, jaka myśl była tą pierwotną, tym impulsem, który sprawił, że poszła do sklepu i kupiła kolor 004, błękit królewski, „wyjątkowy i odlotowy”, jak głosiła etykieta na opakowaniu. Nie, raczej nie zamierzała nigdzie odlatywać. Chociaż. Przecież w swoim śnie latała. Mignęło przed nią wspomnienie rozpostartych ramion, poczucie wolności i strachu, kiedy ciało zaczęło z impetem opadać w dół.
Potrząsnęła głową. „To tylko sen”, wyszeptała uspokajająco w kierunku, nagle zdenerwowanego, serca. „Potrzebuję filiżanki mocnej kawy”, powiedziała spoglądając na swoją rękę, w której tkwiło wielkie, białe ucho kubka. Czarny napój drgnął delikatnie, jakby chciał ją ponaglić, by go spróbowała, a przecież nie pamiętała wizyty w kuchni. Więc jak to możliwe? Kawa smakowała wspomnieniem tego dnia, w którym przyszła zbyt szybko do domu i zastała leżącą na podłodze matkę. Kuchnia pachniała aromatem świeżo mielonych ziaren. Cała podłoga zasypana była czarnymi okruchami. Matka miała dziwnie wykrzywioną głowę i rozrzucone na bok nogi. W pierwszym momencie Ida była przekonana, że to jakiś żart. Dziwny i niezbyt przyjemny. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to Koniec. Taki prawdziwy i ostateczny.
Westchnęła. Nie miała ochoty przypominać sobie tamtego dnia, w ogóle nie lubiła grzebać w przeszłości. Ani własnej, ani cudzej. A jednak Przeszłość wolała, kiedy o niej pamiętano i dlatego rozkładała swoje ramiona na całą szerokość strony w gazecie, czasopiśmie, książce. Ba, nawet filmy i wiadomości lubiły nurkować w to, co już było. „Oparte na faktach” bardziej przykuwało uwagę niż słowa „Czysta fikcja”. Chociaż to nie miało sensu, gdyż filtrowana subiektywnymi wspomnieniami, myślami i opisami przeszłość dawno przestawała być tą prawdziwą. I pomimo, iż fakt powinien pozostać niezmienny, ulegał przekształceniom. Dopisywano mu nowe wątki, okoliczności. Zmieniano postacie, przestawiano miejsca, domalowywano nowych świadków.
Podeszła do okna. Roleta wciąż stała na baczność, opuszczona niemal do ziemi, jak strażnik snu i ciemności. Położyła palec na strzałce w górę. Jasność zaczęła stopniowo obejmować ściany, stolik, łóżko. Dłoń z kubkiem zyskała delikatną poświatę, małą aureolę, chociaż wcale nie ubiegała się o świętość.
Kobieta przysunęła nos do szyby. Za oknem wielki plakat z głową polityka zachęcał ją do porzucenia wolności. „Wolność to niewola. Zniewolenie to prawdziwa wolność”. „Niedorzeczne”, pomyślała, „Jak u Orwella”, pokręciła głową z niedowierzaniem i nagle po jej plecach przeszedł dreszcz, bo wrócił do niej ten sen, delikatnie nieprzyjemny i zrozumiała, że była w nim kimś, kto nie ma pojęcia, iż żyje w klatce, a kiedy w końcu z niej ucieka, okazuje się, że istnieje kolejna klatka. Tyle że większa.
Otworzyła okno. Noga Idy przez chwilę nie była pewna czy ma ochotę stanąć na parapecie, ale kobieta była uparta. „To jest tylko dalszy ciąg tego samego snu!”, krzyknęła, ale nie usłyszała własnego głosu, zupełnie jakby słowa zostały unicestwiane zanim zdołały naprawdę zaistnieć. „To tylko sen, więc jak skoczę to wreszcie się obudzę”, powiedziała nie wypowiadając żadnego zdania, bo nagle nie posiadała ust, jedynie namalowane na skórze czerwoną szminką wargi, które nie potrafiły mówić.
Krok.
Strach i radość.
Rozpostarte ramiona witające pęd powietrza.
Uchyliła powieki. Chciała jeszcze przez chwilę błąkać się po zakamarkach tego snu, który stopniowo zanikał. A przecież była taki przyjemny. Chociaż. Nie, wcale nie był przyjemny. Gryzł i szarpał jej ciało, sprawiał, że rolowała pościel niczym magiel a jednak. A jednak było w tym śnie coś, co ją pociągało. Drażniło i fascynowało zarazem? Co to takiego? Co to takiego było?


czwartek, 1 lutego 2018

Cel

Ucieka. Perfidnie, z premedytacją, z drwiącym uśmiechem założonym na nie-wargi. Przeciska się między moimi palcami i spływa gdzieś w przestrzeń, w miejsce zupełnie obce i nieznane. Jeżeli ma nadzieję, że będę go śledzić, to jest w błędzie. Nie mam ani sił, ani możliwości. Dom, trójka dzieci, zapracowany mąż, szczekający pies, którego trzeba wyprowadzać na spacer, pranie, które samo do pralki jakoś nie wskakuje. Na półkach też potem się samo nie układa, chociaż nie wiem co je powstrzymuje. Ja tam na jego miejscu… Ale mniejsza z tym. Najważniejsze, że nie ma tych cholernych możliwości. Buty do biegania już od dawna mnie cisną. Zresztą, nigdy nie byłam fanką wprawiania swojego ciała w ruch, w czasie którego bolą pośladki. Niektórych nawet cycki. Ale to tylko, kiedy ktoś takowe posiada.
Więc jestem sobie w moim małym domku przytulonym do jednej z wąskich uliczek Miasta i wzruszam ramionami. Z bezradności. Bo On ucieka a ja nic. Ani drgnę, chociaż coś we mnie jakby pękało. Może nawet posłyszałam jęk. Nie, to znowu skamlał mój wiecznie głodny pies. Nawet nie pamiętam dlaczego kupiłam właśnie psa. Lepiej mieć kota. Nie trzeba wychodzić z domu, kiedy wieje i pluje człowiekowi w twarz deszczem. Ale mam psa. Dużego. Takiego do przytulania. Z pachnącymi łapkami. Chyba że akurat w coś wdepnie. Wówczas raczej śmierdzą. Co zrobić. Każdy z nas czasami w coś wdepnie. Ja też. Może nawet ta cała sytuacja, kiedy On ucieka a ja nie próbuję Go gonić jest jednym, wielkim WDEPNIĘCIEM. Nie, nie w gówno. Dlaczego od razu tak radykalnie? Nie ma to na świecie innych śmierdzących, lepkich substancji?
Wdepnęłam w otchłań niemożliwości. To by było bardzo poetyckie. Prawda jednak zwykle jest prozaiczna. Żadna tam otchłań. Nie ma bezdennych studni niebytów, to wymysł tych, którzy lubią banalne słowa. W rzeczywistości jest zwyczajny brak sił. Taki nagły i uderzający w ciebie zbyt mocno, by mu się przeciwstawić. Obezwładniający. Kiedyś na kursie samoobrony pokazano mi chwyt, jak kogoś rzucić na ziemię tak, by z niej już nie mógł wstać. A teraz życie trzyma mnie w takim samym uścisku. Paradoks? Nie. Raczej ciąg dalszy, kontynuacja. W każdym razie nie biegnę za nim i jakoś mi z tym bardzo źle. Nie dlatego, że nie chce mi się tyłka ruszyć. Oczywiście, lenistwo jest okropną cechą, ale akurat w nią nie zostałam wyposażona. Mój brak sił to coś zupełnie innego. Chcesz wiedzieć co? Ciekawość zżera? Masz ochotę zajrzeć do mojej głowy i zapytać co się stało. Chcesz wiedzieć kogo miałam gonić? Ale może ja wcale nie miałam za nikim biec?/ Skąd wiesz, że powinnam, skoro wnioskujesz to jedynie na podstawie tego co sama powiedziałam Przecież nie jestem obiektywna. Nie można obiektywnie ocenić samego siebie. Więc być może sytuacja wcale nie jest taka drastyczna?
Bo przecież mogę wcale nie umierać. A ten mój ostatni oddech to jeszcze nie teraz. Nie było wyroku, lekarzy i płaczu. Wszystko to bujda mająca na celu zmylenie. Kogo? Może mnie samej. Bo przed chwilą przebiegł mi przez palce Cel, a ja nie próbuję za nim gonić. Chociaż obiecywałam, że nawet w ogień...


niedziela, 21 stycznia 2018

Pętla

Są słowa, które nie tyle wnikają w człowieka głęboko, ile wgryzają się w całe jego ciało, umysł, a potem męczą jak kot pastwiący się nad upolowaną myszą. Czasami puszczają, dają odetchnąć, ale to tylko gra, chwilowa przerwa po to, by wzmóc atak, by kolejny cios był bardziej bolesny. Krwawy.
Spojrzała w lustro i zagryzła zęby. Właściwie nic się nie zmieniło w jej wyglądzie. Te same wypłowiałe, błękitne oczy. Zupełnie jakby ktoś próbował gumką zmazać namalowane niebieską farbą niebo. Te same jasne brwi i ciemniejące ze zmęczenia, a może początków starości, włosy. Tylko uśmiechu nie było. Zniknął. Zaraz po tym jak TO poczuła. Cała radość nagle z niej wyparowała. Może dlatego miała takie podkrążone oczy i zapadnięte policzki? Kiedyś były dość wydatne. Ładne. A jeżeli nie ładne, to przynajmniej zdrowe. A teraz?
Pokręciła głową i związała włosy w ciasny warkocz. Taki, żeby trochę bolała ją potem głowa. Bo może dzięki temu nie będzie czuła TYCH myśli. Ale one i tak nie dawały jej spokoju. Więc tylko wzruszyła ramionami, chwyciła lezącą na krześle teczkę i wyszła z domu.
Ulice Miasta były szare i pozbawione uroku. Resztki śniegu zalegały po katach. Psie kupy sterczały gdzieniegdzie w ich bladych ramionach. Zmarszczyła nos, chociaż nie czuła żadnego zapachu. Mogła jednak GO SOBIE WYOBRAZIĆ. I to jej wystarczyło.
- Och, przepraszam – posłyszała, kiedy czyjeś ramię zawadziło o jej wychudzoną rękę.
- Nie szkodzi – odparła i uniosła oczy. Nie powinna była tego robić. Jej matka zawsze powtarzała, że nie wolno patrzeć nieznajomym w oczy.
- To przynosi pecha, a w gorszym wypadku miłość. Właściwie jeden pies. Bo kto widział kiedy szczęśliwego zakochanego? Takiego do grobowej deski? Tak na chwilę, to owszem. Odurzenie. Oczarowanie. Przyspieszony oddech i rozszerzone źrenice. Ale potem wchodzi Codzienność. A miłość bardzo nie lubi zwyczajności. Więc próbuje jeszcze chwilę pobyć w tej niezbyt komfortowej sytuacji, ale potem ucieka. Powtarzalność wymiata ją z chaty, jakby była kurzem. I już. O, tyle (pokazuje kciuk i palec wskazujący, a potem zmniejsza między nimi przestrzeń), tyle zostaje z miłości po dziesięciu latach mozolnych prób wskrzeszenia tego pierwszego spojrzenia. Więc, córko, nigdy nie patrz mężczyznom w oczy, bo to biesy jedne, diabły wcielone, uwiodą, zaczarują, a potem zdepczą. Lepiej zostań jak ja, starą panną. Będziesz szczęśliwsza.
- Ale przecież Ty miałaś tatę…
- Nikogo nie miałam. Twój ojciec był wiosennym wiatrem, który wdarł się do mojego pokoju, kiedy byłam bardzo młoda. To był tylko sen.
Nie protestowała dłużej. Z matką nie miało sensu dyskutować. A tym bardziej O TYM, który przyczynił się do jej poczęcia. Staruszka miała kilka pięknych opowieści. Najbardziej lubiła tę o zapachu lasu i pięknym Cyganie, który każdego wieczoru tworzył dla jej matki cudowną pieśń. I może nawet żyliby ze sobą długo, gdyby nie to, że mężczyzna zapadł pewnego dnia na dziwną chorobę, która wpierw zjadła jego skórę, a potem duszę.
- Nic się nie stało – odparła cicho i szybko spuściła wzrok. Oczy mężczyzny były ciemne i przenikliwe.
- Pani się trzęsie?
- To z zimna.
- Zapraszam więc na filiżankę gorącej czekolady – odparł przyjaźnie.
Powinna była powiedzieć NIE. Zaprotestować i odejść, ale nie potrafiła. Zerknęła na mężczyznę i od razu polubiła to łaskotanie w brzuchu. To śmieszne uczucie ściśniętego żołądka, bicie serca, które nagle zamiast w klatce piersiowej było też w gardle. I śledzionie. Moze nawet w nogach.
Więc poszła na tę filiżankę czekolady, po której była kolejna, i jeszcze jedna. Tak słodko jeszcze nigdy się nie czuła, więc kiedy zaproponował jej wspólne mieszkanie, przytaknęła, szczęśliwa, zakochana. A potem były dzieci, pies, kot, mały domek na jednej z tych wąskich uliczek, które próbują zmusić sąsiadów do zaglądania sobie w okna. I może miłość miałaby się całkiem dobrze, gdyby nie jakiś SMUTEK. Zupełnie dla niej niezrozumiały, którego wcale nie chciała czuć, nawet próbowała przegonić, ale on nie ustępował. Więc pozwoliła mu zostać. I to był błąd. Niewybaczalny. Popełniony ze strachu. Więc kiedy jej mąż powiedział pewnego dnia, że odchodzi, nie powinna była czuć zdziwienia. Przecież matka ją ostrzegała. A i ona sama wiedziała, że nic nie jest wieczne. A jednak te słowa o KOŃCU, o BRAKU weszły w nią bardzo głęboko. Tak głęboko, że aż z trudem łapała oddech. Miłość, która jeszcze w niej tkwiła nagle zbladła i zamknęła oczy. Na wieki. I kiedy stanęła przed lustrem pokręciła tylko głową i związała włosy w ciasny warkocz. Taki, żeby trochę bolała ją potem głowa. Bo może dzięki temu nie będzie czuła TYCH myśli. Ale one i tak nie dawały jej spokoju. Więc tylko wzruszyła ramionami, chwyciła leżącą na krześle teczkę i wyszła z domu. 

 

piątek, 11 sierpnia 2017

Wspomnienia

Wcieram wspomnienia w ściany, stoły, krzesła, w każdy kąt i zakamarek mojego domu, jakby były tynkiem. Glinianym tynkiem, który potrzebuje delikatnych dłoni, żeby go rozprowadziły równomiernie po całej powierzchni. I kiedy skończę, a nie skończę nigdy, bo wszystkie zdarzenia mają jakieś znaczenie i każde z nich należy wetrzeć w ścianę, poczuję zadowolenie. Albo nie poczuję nic, bo kiedy skończę, będą mnie chować do trumny, chociaż bardzo nie lubię ciasnych, klaustrofobicznych pudełek.

Wzdycham ciężko. Zupełnie nie tak jak uczy tego joga. Pozbawiam mój oddech odpowiedniej lekkości, nie idzie on prosto z mojego brzucha tylko ucieka z głowy. Wzdycham ciężko głową, bo to ona ciągle jest pełna niespokojnych myśli, zawirowań i pytań właściwie po co. W jakim celu ja tu, przed komputerem, moje palce na klawiaturze. Dlaczego ja tam, przy sztaludze a moje dłonie z pędzlem, nie z papierosem, bo te rzuciłam kilka lat temu. Nawet nie w kąt, bo stamtąd mogłyby znowu do mnie przyleźć, właśnie przyleźć a nie przyjść, bo pełne smolistych substancji nie potrafią poruszać się lekko i z gracją. Ale nie przyłażą, więc pewnie upadły gdzieś daleko, nie na wyciągnięcie ręki. Wypadły z obrębu moich zainteresowań, chociaż raz na jakiś czas jakiś wewnętrzny głos próbuje mnie skusić. Idź i szukaj. Potrzebujesz tego dymu, który dawniej tak przyjemnie łaskotał twoje płuca. Tfu, a kysz. Teraz moje płuca są wolne i zwykle oddychają spokojnie, ba, czasami oddychają niezwykle wolno, w przemyślany i ukierunkowany sposób. Ale to tylko wówczas, kiedy mam czas na pranajamę. Przeważnie nie mam. Więc dlaczego moje ciało w pozycjach jogi, niemal każdego dnia rano? W jakim celu ja tu i tam, ja w domu i poza domem. Z ludźmi i bez nich?

Wcieram wspomnienia w ściany. Niech oddychają tym, co dla mnie ważne.




sobota, 13 maja 2017

myśli z lekka feministyczne #zmiana_nazwiska #feminizm

Przez wielkie okno wpadało do pomieszczenia jasne, spokojne światło. Dębowe biurko stało pośrodku gabinetu niczym ołtarz, na którego grzbiecie wypoczywały białe dokumenty, w każdej chwili gotowe, by złożono z nich ofiarę. Urzędnik, starszy, dystyngowany pan uzbrojony w wąsik, który raz po raz, jednym, pociągłym ruchem, podkręcał w górę wedle jakiejś dawno zapomnianej już mody czy też dla podkreślenia elegancji, a może zupełnie bezwiednie, przypadkowo, niemal jakby ten gest był mimowolnym odruchem takim samym jak mruganie. A ponieważ palce zawsze są lekko wilgotne wąsik zyskiwał filuterny błysk, taki sam jak oko, które akurat zobaczyło piękną kobietę. Ciężkie, pokryte pluszem krzesło, stało odsunięte, jakby zapraszało do spoczynku, ale kobieta nie miała zamiaru siadać. Spojrzała na dokument. Decyzja. Właściwie nie mam wielkiego wyboru, muszę podpisać, zmienić, przekreślić przeszłość, tego wymaga zwyczaj i stojący obok Władek. A jednak coś we mnie skrobie i piszczy, bo przecież nie mam ochoty na utratę własnej tożsamości. Zawsze nosiłam to jedno nazwisko, z którym byłam w całkiem dobrej komitywie, a teraz nagle wszystko ma ulec zmianie, może nawet zapomnieniu. Jeden podpis i już przestaję być sobą dawną, zupełnie jakby możliwe było wprowadzenie jakiejkolwiek zmiany do swojej osobowości. Co by pomyślał mój ojciec widząc mnie tutaj, w tym miejscu, w którym mam powiedzieć, że oto skazuję nazwisko Szafkowskich na wymarcie…
- Czy coś jest nie tak? - głos urzędnika był taki, jakim natura obdarzyła większość osób związanych z prawem, idealnie dopasowany zarówno do dobrze skrojonego, aczkolwiek skromnego surduta, oraz czarnego wąsa – rzeczowy, spokojny, pozbawiony emocji.
- Nie… - powiedziała odruchowo. Ale właściwie dlaczego okłamuję tego miłego, starszego pana? Przecież tak naprawdę mam ochotę krzyknąć, że niczego nie podpiszę, bo pragnę pozostać sobą, bo żadnej innej siebie nie znam. Dlaczego należy przekształcać coś, co tak dobrze funkcjonuje? Co ma w ogóle znaczyć taka metamorfoza? Czy jestem wężem, który zrzuca starą skórę, by móc żyć w nowej?
- Masz jakieś wątpliwości, Tosiu? - niski, przyjemny głos Władka połaskotał jej ucho, więc próbowała poruszyć ustami, by wyglądały na zadowolone, ale one ani drgnęły, sparaliżowane, niepewne tak samo jak ona.
- Powinnam… - powiedziała i od razu zrozumiała, że to nie prawda, że niczego nie musi, że powinność należy do tych, którzy ulegają pokusie życia wedle schematu. Łatwiej podążać drogą już wydeptaną, szukanie własnych ścieżek może być uciążliwe. Ba, niebezpieczne.
- Jestem kotem, a koty nie zmieniają nazwisk – wyszeptała i wyciągnęła rękę przed siebie. Mogę podrzeć ten dokument, rozerwać na kawałki pulsującego we mnie niezadowolenia, że coś należy, że tak wypada, jakbym nie miała własnego zdania. Czemu to ja a nie on, ma wprowadzić tak radykalną zmianę? Chociaż… Co by na to powiedziała Tradycja? Czy mam prawo tak po prostu ją odrzucić?
- Potraktuję to jak eksperyment – powiedziała po chwili i wprowadziła swoją rękę w trans.
- Więc załatwione. Po ślubie będzie pani nosiła nazwisko męża – powiedział urzędnik zabierając szybko dokument, na wszelki wypadek, gdyby jednak zmieniała zdanie. - Proszę potrenować nowy podpis - dodał, wyraźnie odprężony, chociaż przez te dwadzieścia lat pracy był świadkiem niejednego wahania, kilku poważnych sprzeczek, dwóch rozstań, a kiedyś nawet doszło do rękoczynów i musiał wskoczyć pod stół, żeby uratować, jeżeli nie godność, to chociaż surdut. Aczkolwiek, przyznał w duchu, zazwyczaj kobiety nie protestują, po prostu przyjmują nowe nazwisko z takim samym entuzjazmem z jakim kupują białe suknie. Ani przez myśl nie przechodzi im, że mogłyby coś zakwestionować, że ten podpis ma tak doniosłe znaczenie. Ich matki przecież czyniły to samo, zresztą nie tylko one, ale i babki, prababki, ciotki, stryjenki, a potem ich córki, pasierbice i bratanice. Taki był porządek rzeczy, po co zakłócać ustalone przed wiekami prawidła? Pokręcił głową. Współczesne kobiety i to ich ulubowanie zmian. Ech, szkoda słów. Moja żona nigdy nie wpadła na pomysł, by mieć inne zdanie niż ja. Zresztą po co, skoro dużo lepiej potrafię podejmować decyzje. W jej głowie, prócz Boga, nie ma miejsca na sprawy trudne.
- Amen – powiedziała Antonina i urzędnik przez chwilę miał wrażenie, iż kobieta posłyszała jego myśli.
- To niedorzeczne sądzić, że ona posłyszała mój wewnętrzny głos – mruczał później pod nosem, kiedy wędrował przez krzywizny kolorowych kocich łbów w stronę domu. Jak w ogóle mogłem pomyśleć, iż może ona mieć dostęp do tego co siedzi w mojej głowie? To pewnie przez brak odpoczynku. Z pewnością. Już od dawna miałem prosić o urlop. Teraz mam przynajmniej argument.



poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Fryga (#rodzicielstwobezwarunkowe) - opowiadanie o niespełna trzyletniej Matyldzie

Patrzyła jak dziecko biega wokół stolika kawowego i w myślach owijała każdy kant miękką gąbką, podgumowywała podłogę i przesuwała kolumnę, o którą tak łatwo zawadzić.
- Może poczytamy? - zapytała Matyldę, ale być może pęd powietrza był zbyt duży, by jakikolwiek dźwięk mógł dobiec do małych uszu dziecka. Usiadła w fotelu i jeszcze chwilę obserwowała córkę, a potem wyciągnęła gazetę i próbowała skończyć czytanie tekstu Mellera, który po raz kolejny pisał o tym, że dzieci to wspaniały temat na felieton – dosłownie nie trzeba wysilać swoich twórczych zdolności, wystarczy spisać ich wybrane poczynania lub (w przypadku starszej dziatwy) przemyślenia. Westchnęła. Zdumiewające ile w tym prawdy. Od jakiegoś czasu w niej również dreptała chęć wykrzyczenia swojego macierzyństwa na papier, tylko wciąż nie była pewna czy, po pierwsze, to ma jakiś sens, cel, znaczenie, po drugie czy znajdzie wolną chwilę, taką w której będzie mogła wyraźnie słyszeć własne myśli. Po trzecie czy kiedy ta chwila nadejdzie komputer będzie do jej dyspozycji... „Preteksty”, przeszło jej przez głowę, ale tylko machnęła ręką jakby chciała odgonić jakiegoś niechcianego robala.
Zerknęła na dziecko. Wciąż biegało niczym fryga – mały bączek, który raz nakręcony mógł wirować bez opamiętania przez kilka minut. Tyle że jej córka potrafiła wejść w tryb kołowy na dłużej, niestrudzone perpetuum mobile. Westchnęła, po raz kolejny i skrzywiła usta, bo od pewnego czasu to głośne nabieranie oddechu stało się jej tikiem, bezwiednym sposobem na ukojenie pewnej nerwowości, która przyszła do niej wraz z pierwszymi wykonanymi przez Matyldę ruchami, które nie wyrażały już tylko chęci przytulenia czy zaspokojenia głodu, a poznania otoczenia, wejścia na niebezpieczne schody, wciśnięcia małej główki między szczebelki, próby wykonania salta z krzesełka do karmienia.
- Nie – powiedziało dziecko, które ujrzało czytającą matkę.
- Co nie? - zapytała z uśmiechem, gdyż jej córka potrafiła być taka słodka i śliczna, jak cukierek, do wycmoktania. Albo mały piesek, którego łapski pachną zwykle jakoś tak przyjemnie słodko, a sierść aż się prosi o głaskanie. - Co nie, Mój Okruszku?
- Nie, czytamy – powiedziała dziewczynka i wyrwała matce Newsweeka z ręki. Kobieta wpierw zaśmiała się, a potem, kiedy zrozumiała, że dziecko naprawdę nie pozwala jej czytać, zmarszczyła czoło. - Chciałam tobie poczytać bajkę, ale nie chciałaś, więc mamusia postanowiła poczytać coś swojego.
Matylda była już jednak w pobliżu sofy, za której poręcz próbowała wepchnąć czasopismo.
- Kochanie, mamusia ma prawo robić coś dla siebie – powiedziała, ale tak jakoś bez przekonania, bez tej koniecznej charyzmy w głosie, która mogłaby odebrać dziecku pismo i pozwolić Kobiecie na chwilę relaksu.
- Nie – odparła kategorycznie Matylda.
- Och – westchnęła Kobieta, a potem wstała, wyciągnęła gazetę zza sofy i odłożyła ją na stolik. - To co chcesz robić?
- Brum, brum – zdecydowanym głosem wycharczało dziecko.
- Teraz nigdzie nie jedziemy – powiedziała Kobieta przekładając w głowie kartki ze znaczeniem słowa „brum, brum”.
- Brum brum!
- Chcesz pooglądać autka?
- Tak – odparła z zadowoleniem Matylda i nie czekając na zgodę matki ruszyła przyprzeć atak na klamkę drzwi prowadzących na korytarz. Stamtąd wystarczyło dopaść tylko jeszcze jednej przeszkody i pokonawszy ją wdrapać się na pralkę skąd był już dobry widok na ulicę. Co prawda mieszkali blisko lasu i niewiele samochodów przejeżdżało koło ich okiem, a jednak raz na jakiś czas, wzbijając tumany szrutowego kurzu, pędziło drogą jakieś auto, albo skuter, a jak dziecko miało szczęście to nawet mogło zobaczyć traktor czy walec. We wsi, w której mieszkali, wciąż gdzieś wyrównywano, uklepywano i uzupełniano żwirem drogi. „Można by przypuszczać, że w nocy ktoś podkrada grysik...”, pomyślała wkraczając do pomieszczenia gospodarczego, gdzie usadowiona na pralce siedziała jej córka.
- Na pralce możesz siedzieć, tylko nie wolno wchodzić na parapet, ponieważ – ale nie dokończyła zdania, gdyż dziecko, lotem jaskółki, poszybowało w dół.
Kobieta rzuciła się do przodu i wyciągnęła przed siebie ręce, a potem zamknęła oczy. Być może chciała w ten sposób zakląć rzeczywistość, pozwolić jakiejś opiekuńczej magii zadziałać i wepchnąć spadające dziecko prosto w jej dłonie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Posłyszała delikatne uderzenie o ziemię, a po chwili mała syrena wybrzmiała głośnym „Łaaaaaaa, łaaaaaa”.
- Mój Bączku... – wyszeptała tuląc do siebie płaczące dziecko i robiąc mu szybki przegląd obracając małą głowę na prawo i lewo, sprawdzając ewentualne uszczerbki (brak siniaka), oceniając straty (uzębienie całe), odruchy (reakcje w normie) i fonię (bez zakłóceń, wciąż jednostajne „aaaaa”). - Miałaś szczęście, że akurat leżał tu kosz z praniem– wyszeptała i zaniosła dziecko do salonu, gdzie wtulone w jej szczupłe ramiona zasnęło niczym przestraszone zwierzątko w norce u swojej mamy.



Czy chcemy mieć grzeczne dzieci, czy dzieci szczęśliwe? Czy na pewno warto za wszelką cenę bronić dzieci przed ich pragnieniami, by zwyczajnie żyć, poznawać i popełniać błędy?
Wszystkim, którzy pragną dla swoich dzieci przede wszystkim szczęścia polecam:
„Wychowanie bez kar i nagród. Rodzicielstwo bezwarunkowe” Alfiego Kohna
Wspaniała książka o tym co zrobić, by nie dyscyplinować dziecka, nie pouczać na każdym kroku, tylko traktować jak w pełni ukształtowanego człowieka, który naprawdę sporo rozumie.

niedziela, 5 marca 2017

Lipa (#wycinka_drzew #smog)

Właściwie niewiele czuję. Może to wina za grubej skóry, a może po prostu Bóg postanowił nie obarczać mnie zbyt wieloma wątpliwościami i dlatego nie dał mi tego śmiesznego pakietu, w który wyposażona jest większość ludzi czy też jedynie garstka, ciężko to określić. Nigdy nie lubiłam obliczeń, rachunek prawdopodobieństwa przyprawiał mnie o zawrót myśli, a zestawianie ze sobą liczb sprawia, że zaczynam drżeć, chociaż wcale nie ma wiatru. Więc wolę nie sugerować, że wiem cokolwiek, skoro w rzeczywistości nie mam pojęcia o tak wielu sprawach, iż można mnie określić mianem głupiej albo ignorantki. To drugie oczywiście stanowi pewnego rodzaju eufemizm, dość miły dla ucha, ale pewnie nieprawdziwy, więc zostawmy ten temat, kopnijmy w zadek, spłoszmy, niech zmyka pozostawiając za sobą tumany kurzu. I kiedy już otrzepiemy się z tego parszywego pyłu ujrzymy mnie, zupełnie nagą, bo podobno mówienie prawdy jest jak striptiz, aczkolwiek dlaczego, trudno powiedzieć, w końcu nie jesteśmy w jakimś wieczornym klubie z przyciemnionym światłem, pijanymi mężczyznami i roznegliżowanymi kobietami wyginającymi swoje ciała na chłodnej rurze, tylko w tym parku, zwyczajnym, pospolitym parku z zieloną trawą, metalową ławką i kilkunastoma drzewami.
Potrząsnęła gałęziami włosów i westchnęła. Wiatr zaczął oplatać jej niezbyt smukłą kibić, a ona nie broniła mu dostępu nawet do tych wąskich szpar, które widoczne są jedynie z bliska i wyglądają jak małe pajęczyny, delikatne żłobienia, których każdego roku przybywa, bo przecież nic nie jest wieczne, nawet ja i chociaż trwam już dość długo, to jednak wiem, że nie można nadużywać gościnności i w końcu Czas powie mi spierdalaj, i wówczas będę musiała odejść, ale przecież to nie będzie wcale bolesne, w końcu nie mam żadnych uczuć, tylko te ochłapy, nędzne niedobitki, które nie mają żadnego znaczenia.
Nad parkiem przetoczyła się wielka, brunatna chmura. Ciężarna kobieta, której wody płodowe postanowiły odejść akurat w tym a nie innym momencie, ale to przecież przyjemnie stać w deszczu i wyciągać swoje ramiona w kierunku tych wszystkich piorunów, które są tak odległe, chociaż podobno bardzo niebezpieczne. A jednak od tylu lat robię to samo i nigdy mnie szlag nie trafił, więc czemu teraz nagle miałabym stracić głowę przez jeden piorun, który uderzył na tyle blisko, bym poczułam swąd przypiekanej ziemi? Nigdy nie czułam strachu wobec Natury, sama jestem przecież jej cząstką, zielonym oddechem, niezbędnym elementem, puzzlem, którego nie może zabraknąć, bo inaczej wszystko pozdycha i zgnije, chociaż może tylko po prostu chcę tak myśleć, bo każdy pragnie być potrzebny. Nic mnie nie zabije, nawet ten samochód, który dwa tygodnie temu wpadł na mnie i niemal przewrócił jakbym była zwykłą zapałką, ale na szczęście nie jestem, więc poza szramą, która teraz szpeci moją skórę nie mam więcej pamiątek po tamtym zdarzeniu.
Auto gwałtownie skręciło. Mężczyzna siedzący za kierownicą próbował zrobić kontrę, ale pojazd nie miał zamiaru wrócić na poprzedni tor, sunął bokiem wprost między drzewa i kiedy był już wystarczająco blisko mężczyzna krzyknął przeraźliwie i siedząca obok kobieta zrozumiała, że po raz ostatni słyszy ten głos, który od tylu lat tak bardzo kochała, ale sama siedziała cicho wczepiając wzrok w zbliżającą się zbyt szybko zieleń. Boże, ratuj nas, pomyślała, bo nie miała pojęcia, że modlitwy nie są wcale skuteczne, gdyż Bóg nie jest Supermanem, nie zbawi ani świata, ani poszczególnych ludzi, a jedyną funkcją modlitwy jest programowanie mózgu, by pomógł podświadomości znaleźć lepsze rozwiązania, a jadąc rozpędzonym autem prosto na drzewo nie można wymyślić już niczego konstruktywnego. Dlatego to były jej ostatni myśli, a potem przyszła Czerń i wyginając nie-usta w uśmiechu uniosła bezwładną duszę dwóch osób, o których potem pisano, że jechały za szybko, nieodpowiedzialnie, że pewnie pijaki jedne, debile, idioci, pojebało, żeby taką bryką w deszczu jechać sto na godzinę, trzeba było w domu siedzieć, z dziećmi, a nie tak zapierdalać, że aż potem nie było nawet co zbierać. Kretyni, dobrze im tak, przecież mogli też i mnie zabić, gdybym akurat tamtędy szedł, ale fuksem mieszkam na drugim krańcu Polski, więc całe szczęście te gnojki tylko siebie rozgniotły, a nie mnie. Parszywe pchły.
Spojrzałam w dół i ujrzałam pokrytą krwią głowę, a potem, w głębi auta czyjąś delikatną dłoń i zrozumiałam, że musiała należeć do kobiety. Dwa podarte papierki lakmusowe nabierające czerwonej barwy i chyba pierwszy raz w życiu poczułam dziwny żal, który minął następnego dnia wraz z przybyciem służb porządkowych. A może dopiero tydzień później, kiedy przestałam spijać te drobinki krwi zmieszane z wodą i grudkami ziemi o smaku przerażenia i pragnienia, by dalej żyć, zupełnie idiotycznego, gdyż nie mogło zostać spełnione.

Warkot silnika przeszył powietrze i nie było w tym nic dziwnego, nieraz obok parku przejeżdżały wypchane po brzegi ciężarówki, stare ople, fiaty, skody, dwudziestoletnie rzęchy, które sapały pod górkę i nabierały wigoru przy jeździe w dół. Smród spalin raz na jakiś czas przybierał na sile, a potem, wraz z nastaniem wieczoru, tracił animusz, a może zwyczajnie zasypiał. Ale ten hałas jest jakiś inny, niemal złowieszczy, jakby było w nim jakieś dodatkowe, ukryte echo, drugie dno, sygnał do szukania nowych interpretacji. Więc może powinnam poszukać w sobie strachu, tak na wszelki wypadek, żeby potem wziąć nogi za pas, co oczywiście jest głupotą, bo jakie nogi i jaki pas, a jednak miło wyobrazić sobie sprężyste, długie kończyny, które potrafią przemieszczać zatknięty na nich korpus. Przecież nie jestem inwalidką, więc dlaczego nie mam możliwości tych nóg za pas, jak joginka czy baletnica. Mniejsza z tym.
Mężczyzna wyskoczył z kabiny pick-upa, pokręcił kilka razy ramionami, uzbrojonymi w całkiem wydatne bicepsy, tricepsy i inne – epsy a potem sięgnął po piłę łańcuchową, która leżała spokojnie na dnie bagażnika. Ale przecież to nie jego park, nie wyrządzi mi krzywdy, tylko przyszedł postraszyć, żebym następnej wiosny obrodziła w więcej liści. Tylko dlaczego patrzy na mnie w taki sposób, jakby już piłował moje konary, jakby pragnął sprawdzić czy rzeczywiście nie mam niczego w swoim brzuchu, tylko drewno, wilgotne i pełne życia.
Podszedł do starej lipy i zaczął szacować jej wysokość. Kurewsko duża, i ten pień, faktycznie spory, cholera będę się musiał namęczyć, trzeba było wziąć jednak ciężki sprzęt, ręcznie to będzie trochę ciężko, no, ale zobaczymy. Nie ma co tak się pocić na wstępie. Drewno to drewno.
Zadrżała i przechyliła głowę na bok, a może to tylko wiatr wygiął jej gałęzie, ale jak to możliwe, że on tak brutalnie wbija metalowe zęby w moją korę, a ja nie mam rąk, by odsunąć od siebie tego mężczyznę wykonującego wyrok śmierci.
Ból przeszedł przez jej pień, silny, intensywny jak rwa kulszowa biegnąca od korzeni po sam wierzchołek, który właśnie zaczął wypuszczać pierwsze listki zachęcony plusową temperaturą i słońcem. Niczego nie rozumiem, przecież zawsze podziwiali mnie za ten cień, za grube konary i moją elegancję, a teraz nagle… To chyba tylko sen, jeden z tych męczących i złowieszczych, po którym ciężko potem znowu zasnąć, gdyż wgryza się w myśli i potem ciężko je skierować na bardziej przyjemne tory.

- Halo, co pan tutaj robi? To teren parku, tak nie wolno – powiedział czyjś głos, ale mężczyzna nie zamierzał przerywać. Zapach świeżego drewna przyjemnie łaskotał jego nozdrza. Pieprzona zwolenniczka ligi ochrony przyrody się znalazła. Pies ją gryzł w dupę. Już dawno trzeba było ściąć to głupie drzewo, o które tylko rozbijają się samochody, a może to był tylko ten jeden, nieważne, źle że rośnie tak przy drodze, park powinien zaczynać się dalej od szosy.
- To własność prywatna – wycharczał, a potem odskoczył od pnia. Świetna robota, jednak starczyła mi ta ręczna, nie było tak źle.
Pień z hukiem uderzył o ziemię. Więc tak wygląda koniec. Chociaż, nie, wciąż jeszcze dochodzą do mnie głosy, dwa szczekające psy, które walczą nade mną jakby nie zauważyły, że umieram. Ale może to wszystko nie ma znaczenia, bo przecież ich też spotka taki sam los, prędzej czy później, szkoda tylko że mój przyspieszono, a teraz tną mnie na kawałki jakbym była zaledwie drewnem na opał, a ja tak głupio wierzyłam, że oni uszanują mój udział w produkcji tlenu. Na szczęście czuję tak mało, prawie nic, więc to ostrze defragmentujące moje ciało, odłączające od pnia konary, nie wyrządzi mi wielkiej szkody, nie usiądę potem na kozetce u psychologa chcąc wyleczyć się z traumy, nie tylko dlatego, iż będę martwa, ale dlatego, że jestem tylko drzewem, a przecież wiadomo, że drzewa nie mają prawa do wyrażania swojej opinii. Zresztą z braku ust czy też dostępu do komputera ciężko byłoby o urodzenie jakiegoś protestu, skargi, lamentu, narzekania, biadolenia, pies (może ten co kilka razy przybiegał do mnie, żeby obsikać moją korę jakby właśnie po to tam stała), jeden wie czego jeszcze.
Kobieta podeszła do leżącego drzewa, to takie przykre, było całkiem ładne i duże. Żegnaj przyjaciółko, wyszeptała i odeszła do swoich spraw, bo w domu czekało na nią dziecko, mąż miał wrócić na obiad po piętnastej, a wieczorem była umówiona na wizytę u fryzjera. Żebym tylko z wszystkim zdążyła, przecież jutro mam iść na rozmowę w sprawie pracy, powinnam jeszcze popracować nad jakimś tekstem. Czy ja wpisałam w swoje CV, że lubię przyrodę? Muszę to szybko dopisać, muszę koniecznie dopisać do swojego życiorysu swoje przywiązanie do natury, teraz to jest modne i będzie dobrze odebrane. Uśmiechnęła się i przyspieszyła kroku. Musiała przecież jeszcze kupić kurczaka i ziemniaki na obiad. Sok z brzozy chyba jest na wyczerpaniu, pomyślała i otworzyła telefon, żeby zanotować w listoniku co powinna nabyć.

Mężczyzna chwycił szczapę drewna. Przez chwilę obracał ją w swoich dłoniach, a potem wrzucił do kominka. Ciepło przyjemnie zaczęło oplatać cały pokój.
- Nasze zdrowie – powiedział i uśmiechnął się do siedzącej w fotelu żony.
- Nasze zdrowie – odparła, a potem zaczęła kaszleć.
Tej zimy smog zawisł nad Miastem, a potem rzucił się na jego mieszkańców jak wygłodniałe zwierzę i żaden baranek napchany siarką nie mógł go powstrzymać, więc zjadał z apetytem delikatne włoski oskrzelików, wyjadał z głośnym mlaskaniem te wszystkie dobre bakterie, które jako jedyne mogły go powstrzymać, a kiedy w końcu nie miał już kogo atakować wzruszył ramionami i poszedł dalej, do innego Miasta, do innego miejsca, w którym mieli w dupie ilość rosnących w nim drzew.

#wycinka_drzew #przyroda #smog

poniedziałek, 27 lutego 2017

(nie)Pokalane poczęcie (opowiadanie 18+ #aborcja #śmierć #samotność)


Wieczór zawisł nad Miastem niczym wielka, czarna wata cukrowa zatknięta na patyki przyulicznych latarni. Kobieta zasunęła kotarę. Ten widok nie jest mi potrzebny, pomyślała. Pijany mężczyzna przetaczał swoje osłabione alkoholem ciało przez ulicę, ktoś na niego zatrąbił, inny wyskoczył z auta i kopniakiem posłał na chodnik. Jakaś młoda dziewczyna przyspieszyła kroku, w jej drobnych ruchach było coś pięknego i niepokojącego. Kocica, to jest dopiero kocica, pomyślał leżący na poboczu mężczyzna, gdybym tylko dał radę wstać, to poszedłbym za nią. Może nawet do jej domu. Zdarłbym z niej tą krótką spódnicę, a potem, o żesz z mordę niech go gęś kuźwa jego mać, krzyknął, kiedy niebieski ford uderzył oponą w pobliską kałużę. Cholera, no i poszła sobie, wysapał po czym zaczął strzepywać zaplątane we włosy i ubranie błoto.

Przeszła przez pokój. Podłoga jęknęła trzy razy zanim dotarła do łóżeczka, w którym spało jej dziecko, a może wcale nie jej, tylko tak jej kazali myśleć. Ściany tego pokoju też są moje. A przecież nie wezmę zespojonych cementem cegieł, nie wpakuję do torebki i nie wywiozę na wakacje, których, już tak dawno nie miałam, więc niby czemu należą one do mnie, skoro stanowią tak naprawdę część czegoś większego, zupełnie niezależnego od mojej osoby? Jak w ogóle można być właścicielem czegokolwiek, panem i władcą materii, to nie ma najmniejszego sensu, to całe pieprzenie o tym, żeby posiadać więcej i więcej. Aż do ugięcia karku, do przygniecenia ciężarem tego głupiego chciejstwa. Gdybyśmy byli mniej krusi i bardziej trwali, to może jeszcze, ale przecież nasze życie ma dość ograniczone ramy, więc ten dom będzie istniał jeszcze długo po tym jak mnie już nie będzie. Umrę i tyle z tego całego posiadania. A jeszcze to dziecko. Z palcem między wąskimi wargami, zaczerwienionymi gorączką policzkami, z tymi wielkimi ropiejącymi oczyma i ciągłym smrodem w pieluszce. Nie przypomina w ogóle mnie. Nie tylko dlatego, że jest małe i nie ma jeszcze włosów, jest w nim coś obcego, czego nie rozumiem i co sprawia, że nie mam ochoty brać go na ręce. Ale przecież muszę.
- Zajmij się nim. Musisz w końcu zacząć panować nad swoim życiem, twoje dzieciństwo dobiegło końca – powiedziała pomarszczona jak leżące za długo w słońcu awokado, kobieta podała jej zawinięte w kocyk niemowlę.
- Kiedy ja nie widzę związku. Może i wyszło z mojego brzucha, rozpruło mi waginę jakby była cholernym tropikiem od namiotu, ale to nie znaczy, że mam teraz przy nim być i traktować jak własne. Ono jest równie dobrze moje co jego, co twoje i tego Miasta, pełnego smogu, brudu, biedy i ciągłego ruchu. Nie mam zamiaru brać go do siebie – odparła wówczas i wyciągnęła ręce jakby chciała zrzucić na ziemię to bezbronne zawiniątko, zaprzepaścić, rozbić, oddać temu światu, którego tak nienawidziła, ale zobaczyła w oczach swojej matki coś, czego nie potrafiła wytłumaczyć i to sprawiło, że powolnym ruchem zbliżyła dziecko do swojej piersi. A teraz leżało w łóżeczku, bezbronne, brzydkie, a ona nie miała pojęcia po co jej to wszystko i dlaczego nie zdążyła pozbyć się w porę tego błędu, który tak wywrócił do góry nogami jej życie.
- Naprawdę nie znacie nikogo, kto by mógł wyskrobać moje męki? - pytała uliczne baby, te które powinny znać każdy zakamarek Miasta, łącznie z tym najbardziej ponurym, ale one tylko kręciły zawiniętymi w chusty, czapki, berety, głowami, i mówiły, że jest głupia, że tak zaawansowanej ciąży to jej nikt nie usunie, nawet gdyby pojechała na drugi kraniec świata. Więc teraz wzięła poduszkę i stanęła nad tym dzieckiem, którego zwyczajnie nie potrafiła kochać i skrzywiła usta w grymasie niezadowolenia.
Bo niby dlaczego mam czuć do niego cokolwiek? Nie prosiłam o bycie matką, nigdy nie lubiłam dzieci, a teraz mówią, że to jest moje i muszę je pielęgnować. Każdego dnia zmieniam mu osiem razy pieluchę, przykładam jego usta do mojej piersi, a potem wyję z bólu, bo mój sutek wygląda od kilku tygodni jak kotlet schabowy po rozbiciu tłuczkiem, ale nie mam pieniędzy na kupno mleka, więc muszę mu dawać swoje. A za kilka lat, kiedy pójdzie do szkoły, będę musiała udawać, że kocham, tęsknię, że jest mi tak przykro, kiedy nie wraca zaraz po lekcjach do domu. Otoczę siebie tą całą farsą, bo ono nie może wiedzieć prawdy, nigdy nie będzie mogło się dowiedzieć, że jego ojciec nawet nie był człowiekiem i dlatego nie potrafię go kochać. Więc będę szeptać to wszystko co inne matki szepczą do uszu swoich dzieci, ale będzie to wielkie kłamstwo, bo jeżeli kiedykolwiek miałam jakieś uczucia to umarły tego dnia, kiedy on został poczęty. Tej nocy, umarło we mnie prawie wszystko, tylko nie to pierdolone nasienie i gdybym była mądrzejsza i bardziej wykształcona może bym wiedziała do kogo pójść, by sprawdzić, a ja udawałam tylko że nic nie zaszło i dlatego potem zaszło tak wiele.
Przyłożyła poduszkę do swojej twarzy i zaczęła krzyczeć. Białe pierze wpadło w drgania i wibracje, a ona nie przestała krzyczeć dopóki całkiem nie straciła głosu, a może i dłużej, może potem płakała już zupełnie cicho i mogła odrzucić poduszkę, bo nie musiała ona więcej tłumić tych dźwięków, tak nieprzyjemnych i żałosnych.
- Skończę ze sobą – powiedziała kilka dni wcześniej matce, ale ta tylko westchnęła ciężko i pokręciła głową.
- Nie dasz rady. Bo jeżeli zabijesz siebie to i jego…
- Nie jestem z nim połączona – odparła wówczas, chociaż dobrze wiedziała, że matka ma rację. Nie dlatego, iż dziecko odczułoby jej psychiczny brak i załamane poszło w jej ślady. Nie. Po prostu mieszkała sama i zanim ktoś by wpadł na pomysł wyważenia drzwi znalazłby dwa ciała zatopione w fetorze rozkładu.
Przysunęła do łóżeczka krzesło i usiadła ciężko, chociaż ważyła tak mało, może tyle co to dziecko, które leżało wciśnięte w becik, a może jeszcze mniej, bo odkąd pamięta zamiast przybierać na wadze zawsze ją traciła i pewnie dlatego tak długo nie miała pojęcia, że jest w ciąży. Zresztą skąd mogłam wiedzieć, że właśnie w taki sposób to wszystko się odbywa? Tamtego dnia sama byłam jeszcze dzieckiem w kolorowych, pasiastych skarpetkach podciągniętych pod same kolana. Tej zielonej spódniczce, którą wówczas tak lubiłam, może nawet za bardzo, bo gdybym nałożyła spodnie, być może nie zwróciłby na mnie w ogóle uwagi i teraz dalej byłabym dzieckiem, a nie dorosłą, z mieszkaniem, prądem do opłacenia i dzieckiem leżącym tak cicho, że aż nie do wytrzymania, w drewnianym łóżeczku po kilku innych, może bardziej szczęśliwych niemowlakach. Ale było ciepło, więc szłam w mojej zielonej spódniczce, a on już na mnie spojrzał i nie było ucieczki przed tym wzrokiem, a potem przed rękoma, które trzymały mnie tak mocno. A kiedy między moimi nogami zaczął szukać jakiegoś przejścia, którego tam przecież jeszcze nie było, zrozumiałam, że nie jest człowiekiem i przestałam płakać, tylko zaczęłam błagać Boga, żeby zabrał ode mnie to zwierzę, które rozrywało mnie na strzępy, ale Bóg nie zrobił nic. Może miał na głowie jakieś ważniejsze sprawy, ocieplenie klimatu albo partyjkę szachów z Allachem, cholera go wie, w każdym razie pozwolił, żeby to wszystko przeszło w czas dokonany i żebym teraz siedziała na krześle przy łóżeczku dziecka, którego nie mogę kochać, bo nie należy do mnie, tylko do tamtego dnia, w którym umarłam.

Starsza kobieta, z włosami zakręconymi trwałą ondulacją w małe loczki upodobniające ją do innych kobiet, z takimi sami fryzurami i takimi samymi marzeniami, podeszła do drzwi i zadrżała. Jezus, Maria, Boże, wyszeptała i zakryła chustką nozdrza, ale to nic nie pomogło, zapach był zbyt intensywny i przenikał bezczelnie przez materiał jak pies, który nie gryzie a kąsa. Więc z krzykiem zaczęła pukać do innych mieszkań, ale nikt nie otwierał, bo ludzie nie lubią udzielać pomocy, jeżeli ktoś inny może to uczynić, więc i teraz siedzieli cicho. Jezu, Jezu, mówiła kobieta i zeszła piętro niżej, ale tam też nikt nie miał ochoty odryglować zamka, zresztą niektórzy myśleli, że jest świadkiem Jehowy, inni szeptali „wariatka jakaś”, a jeszcze inni pogłaśniali telewizor, żeby nie musieć nic mówić. A kiedy zeszła w końcu na ulicę poczuła, że nie ma już sił i zrozumiała też, że to jej nie dotyczy, więc tylko odmówiła Wieczny odpoczynek i poczłapała dalej, a w mieszkaniu, na drugim piętrze wciąż leżały dwa ciała. Dwa ciała tej samej wielkości, bo umierając kobieta, która tak naprawdę była jeszcze dziewczynką, zaczęła się kurczyć, jakby każdy oddech zbliżający ją do śmierci odbierał jej nie tylko życie, ale i wzrost. Więc na końcu była już tak mała jak leżące obok niemowlę, które zmarło jako pierwsze, z niewiadomej przyczyny czy też z braku miłości. A ona wówczas zrozumiała, że nie może bez niego żyć, bo właśnie straciła coś, co uzasadniało to wszystko przez co przeszła. Więc zamknęła oczy, a ponieważ nie potrafiła wykrzesać z siebie żadnej modlitwy, wyobraziła sobie tylko Kostuchę z długą, błyszczącą kosą. A Ona naprawdę przyszła i jednym, precyzyjnym cięciem pozbawiła dziewczynę głowy. Więc tak to wszystko wygląda, pomyślała nie swoimi myślami, bo nie mogły przecież wyjść z tej głowy, której już nie miała i poczuła dziwną radość. Taką, której nie czuła od dawna, a może nawet przez całe życie. A potem była ciemność – bezgraniczna, lepka, cierpliwa. 


 

wtorek, 14 lutego 2017

otwarty umysł - opowiadanie lekko surrealistyczne

Tego dnia męczyła go bezsenność. Rolował więc łóżko wzdłuż i wszerz, ponieważ jednak nie było ono ciastem, niczego nie osiągnął poza podkrążonymi oczyma i bólem w plecach. Myśli krążyły wokół jego głowy jak oszalałe. Zupełnie jakby chciały odbyć jakiś dziki taniec, a on nie miał sił ich powstrzymać i tylko obserwował w milczeniu to kołowanie, te ciągłe zmiany tematu, ową feerię obrazów wyjętą wprost z płócien impresjonistów. I nagle zrozumiał, że tak naprawdę już od dawna nie panował nad niczym, że niemal każda rzecz, która dotyczyła jego osoby przychodziła przypadkiem i równie przypadkowo znikała. Zupełnie jakby nie on posiadał własną głowę, jakby nie on kierował swoimi krokami tylko był ktoś jeszcze, kto miał dostęp do tych wszystkich neuronowych połączeń odpowiedzialnych za Decyzje.

Usiadł na łóżku i już chciał dotknąć swojej rozedrganej, brzęczącej głowy, kiedy coś chwyciło go za rękę i cofnęło tę zbyt ciekawą wszystkiego dłoń. I kiedy potem zobaczył kilka sinych punkcików na swoim nadgarstku, nie był wcale zdziwiony. Wzruszył tylko ramionami z pewną rezygnacją, bo przecież nie ma sensu bunt przeciwko rzeczywistości.

Ubrał się ciepło. Szalik owinął jego szczupłą szyję jakby chciał uzupełnić brak szerokiego karku. Na głowę nacisnął wełnianą czapkę, jedną z tych wykonanych ręcznie na drutach przez kogoś kto poza dobrymi intencjami nie posiada niczego więcej, a już na pewno zdolności. Wydmuchał nos (który na w razie czego, gdyby na dworze było jednak bardzo zimno, zaczął przybierać barwę zachodzącego słońca), a potem wyszedł z mieszkania. Skrzypiące, drewniane schody odprowadzały mężczyznę na sam parter i przez chwilę miał wrażenie własnej wyjątkowości – jakby każda deska, każdy sęk pragnął zatrzymać go jak najdłużej przy sobie. A potem wyszedł na dwór. Miasto, które nigdy nie mrużyło oczu, jakby sen dotyczył wszystkich poza nim samym, rezonowało brzdękiem tramwajów i piskiem hamujących opon. Mężczyzna westchnął ciężko, a potem ruszył przed siebie. Nie musiał nawet patrzeć dokąd zmierza. Każdego dnia od piętnastu lat wychodził o szóstej rano i szedł w tym samym kierunku. I chociaż okoliczne domy ulegały pewnym korektom, gdyż każdy zarządca Miasta miał swoje ulubione kolory, którymi lubił karmić mury, nic poza tym się nie zmieniło. „Wszystko jest takie samo”, powiedział niemal głośno mężczyzna, być może ulegając pragnieniu, by poczęstować innych swoim spostrzeżeniem i wówczas jego noga chlupnęła prosto w kałużę. Rdzawa, mętna woda liznęła czarny but z plaskiem, a może nawet z zachwytem i dlatego nie poczuł do niej żalu tylko szepnął: „Smacznego” i poszedł dalej.

Pod za dużą kurtkę mężczyzny ze złośliwym świstem wdzierał się wiatr. Przez chwilę próbował zapanować nad trzepotem materiału (wygląd nadętego żagla z miejscu brzucha nie sprawiał mu przyjemności), ale i z tego zrezygnował. „Nic nie poradzę”, mruknął i człapał dalej szarą, pozbawioną konturów i barw ulicą. Inni, podobni do niego, lub całkiem do niego niepodobni przechodnie, mijali go w milczeniu, bez jakichkolwiek oznak zainteresowania. Niejednokrotnie musiał uskakiwać w ostatniej chwili przed jakąś damską parasolką, którą wymachiwała nieostrożna kobieta lub przed barczystym mężczyzną, który zajmował prawie całą szerokość chodnika i nie miał zamiaru ustąpić miejsca. Patrzył wówczas z pewną zazdrością na szerokie ramiona i górującą nad innymi sylwetkę, ale potem zaczynał kręcić głową, bo przecież nie miało sensu marzyć o nieosiągalnym.

- Możesz mieć co tylko zechcesz. Dlaczego nie korzystasz z okazji? Przecież twój umysł wyraźnie się otwiera. Zacznij wreszcie marzyć – posłyszał cichy głos. Ulica była jednak pusta. Nikt nie przechodził, żadne zwierzę nie biegło, ani ptak nie przelatywał nad głową mężczyzny. Więc kto mógł powiedzieć coś takiego? Kazimierz przystanął i na chwilę zamknął oczy. A jeżeli to prawda? Co by było, gdyby nasze myśli stwarzały rzeczywistość? Już jakiś czas temu czytał teorię przyczynowości oraz wpływu wyobraźni na świat realny, a teraz wyraźnie posłyszał Głos, owo wołanie czy może wezwanie do działania i poczuł ruch domina w swojej głowie. Jakby Myśl, która wcześniej należała tylko do niego zyskała bardziej realny kształt i nie była już tylko majakiem, bezcielesną zjawą, a czymś zgoła innym, niemal namacalnym.

- Trzy sekundy spóźnienia – powiedziała sekretarka wygiąwszy usta w krzywym uśmiechu. „Może to dlatego, że ciągle zjada ogórki”, próbował tłumaczyć ją w myślach, bo przecież to była jedyna ładna dziewczyna w firmie, byłoby niefortunnie, gdyby i ona… Potrząsnął głową jak pies zrzucający z siebie krople rosy po porannym spacerze i poszedł dalej. Nigdy nie korzystał z windy, nie dlatego, że nie miał zaufania do tych wszystkich nowoczesnych wynalazków, które miały ułatwiać człowiekowi życie, po prostu lubił schody. Wspinając się w górę mógł wyraźnie poczuć pracę mięśni nóg i to go wprawiało w dobry nastrój. Mówił im, że mają go unosić i one wykonywały ten rozkaz bez protestu, bez najmniejszej skargi czy oporu.

- Proszę – powiedział oddając kurtkę w szatni. Gruba kobieta zajmowała niemal całą przestrzeń ciasnego kantorka. Wielkie ciało wciskało się pomiędzy rzędy wieszaków i gdyby nie to, iż uzbrojone było w bardzo długie ręce, szatniarka nie miałaby szans, by powiesić cokolwiek.
- Panie Kaziu, chyba ostatnio znowu mi przybyło – powiedziała, ale nie wyczuł w jej głosie rozpaczy, raczej dziwną dumę.
- Doprawdy? Nie zauważyłem – przyznał. - Ale może… takie rozkwitanie…
- Właśnie, właśnie – kiwnęła skwapliwie głową, czy raczej delikatnie schyliła brodę, która nie mogła opaść daleko. - Jeszcze czapka – dodała. - Ach… panie Kaziu, pogłębia się… - wyszeptała, kiedy ściągnął wełniane nakrycie myśli.
- Możliwe. Dzisiaj nie mogłem spać.
Przez chwilę milczeli. Szatniarka przybrała zbolały wyraz twarzy. Nie był jednak pewien czy to było współczucie, czy też wypracowany latami tik.
- To już pójdę. Praca czeka.
- Tak, trzeba przecież pracować, niezależnie od tego co nam się przytrafia. Ja tam panie Kaziu zawsze to każdemu powtarzam.
- Yhm – mruknął i szybko się oddalił. Wolał nie pokazywać kobiecie swoich myśli, a te już stały w dokach startowych niczym rozjuszone, rozgrzane przed wyścigiem konie.

- Pan zawsze miał bardzo otwarty umysł, teraz widać to jeszcze wyraźniej – Prezes klasnął w dłonie. - Mówiłem wszystkim, że ocenianie po okładce jest błędem. Zresztą pan też samego siebie nie doceniał...
Kazimierz uniósł brwi. Myśl, że to Basia, szatniarka doniosła Prezesowi pojawiła się nad jego głową, a potem pękła niczym bańka wykonana ze zbyt dużej ilości mydła.
- Tak, ma pan rację. Dowiedziałem się od naszej Basieńki i szybko tu przyszedłem dla pewności… Nie ma pan pojęcia jaki jestem zachwycony.
Rzeczywiście. Prezes cały promieniał, podskakiwał, zacierał ręce i być może zacząłby tańczyć, gdyby nie to, iż boks, w którym pracował Kazimierz był tak wąski, iż poza biurkiem i krzesłem niewiele pozostawało miejsca na cokolwiek.
- Przeniesiemy pana do bardziej przestronnego biura – powiedział Prezes z uśmiechem.
- Dziękuję – wyszeptał Kazimierz. - Od lat czekałem…
- Może gdzieś bliżej mnie, jestem ciekaw pracy pańskiego umysłu! Takie wydarzenie i to u mnie w firmie! Doprawdy, Kaziu, mogę do ciebie się zwracać po imieniu, prawda? Teraz kiedy jesteś tak otwarty… Przecież to oczywiste, iż Firma pomogła tobie w tym procesie. Doskonale, nasze notowania pójdą z pewnością w górę. Kto by pomyślał… - perorował gestykulując żywo rękoma, także Kazimierz raz po raz musiał się uchylać przed jakimś zbyt zamaszystym gestem.
- Za chwilę przyślę sekretarkę, która pomoże ci przetransportować się w nowe miejsce. Pomyśl ile dobrego zdziałasz dla Firmy! Jestem z ciebie dumny – zakończył swoją mowę Prezes i zaczął zbliżać swoje szerokie usta ku czołu Kazimierza w geście ojcowskiego pocałunku, ale nagle zrezygnował, zawrócił w połowie drogi i tylko zacisnął pieść, którą potrząsnął w górze na znak zwycięstwa, parcia w górę, rozwoju.


- Proszę za mną – powiedziała kobieta o wyglądzie porcelanowej lalki. Widać, że zabroniono jej patrzeć na głowę Kazimierza i cały czas unikała kontaktu wzrokowego. Mężczyzna spakował do teczki te kilka dokumentów, które leżały na biurku oraz ramkę ze zdjęciem przedstawiającym jakąś uśmiechniętą kobietę, której nigdy nie widział i nie miał pojęcia, kim była, ale w Firmie był nakaz trzymania czegoś osobistego na biurku, więc i on był zmuszony coś przynieść.
- Pańska żona? - zapytała sekretarka i nie czekając na odpowiedź zaczęła iść w stronę nowego biura.
- Nie… - wyszeptał nieśmiało i szybko zmienił temat swoich myśli, byle tylko nie wydało się, iż od wielu lat był samotny i prócz bezpańskiego kota, który raz po raz przychodził do jego mieszkania, tak naprawdę nikt go nie odwiedzał.

Nigdy nie był w tej części Firmy. Korytarze były tu szerokie niczym aleje w parku, na ścianach zawieszono obrazy, a za szklanymi drzwiami pomieszczeń widać było uśmiechniętych ludzi, którzy pochyleni nad swoją pracą usiłowali rozwiązać jakiś problem. Wszystkie myśli biegały tu wolno, nieskrępowane żadnymi normami i tylko raz po raz któraś z nich uderzała o szklaną ścianę, po czym znikała bez żalu o tak gwałtowny koniec.
- Czy wszyscy oni…? - zapytał sekretarkę, która skinęła głową, że owszem, właśnie tutaj ludzie z otwartymi umysłami mają szansę na rozwój.
Kazimierz poczuł, że i w nim wzbiera dziwne zadowolenie. Niewątpliwie obecność tylu radosnych osób sprzyjało poprawie nastroju. W końcu dotarli do drzwi, na których sekretarka musiała już wcześniej przyczepić tabliczkę z napisem: „Kazimierz P.”, co mile połechtało próżność Kazimierza, tę samą próżność, o której istnieniu w ogóle nie widział, aż do dnia dzisiejszego.
- Będzie tu panu wygodnie – powiedziała i pchnęła drzwi.
Pokój był naprawdę przestronny. Wszystko w nim było okazałe i wielkie, zupełnie jakby duże gabaryty czekały na równie wielkie i wspaniałe pomysły.
- Panie Atanazy, a pan co tutaj jeszcze robi? - sekretarka nie kryła swojego oburzenia na widok niewielkiego, chudego mężczyzny, który stał przy oknie i poruszał nerwowo ramionami.
- Dawałem z siebie wszystko… Każdą swoją myśl, każdy pomysł poświęciłem tej firmie, a wy mnie teraz… ach… przecież to niegodziwe – powiedział mężczyzna i zaniósł się szlochem.
- Proszę wybaczyć, panie Kazimierzu, to dość niefortunne – powiedziała sekretarka, którą najwidoczniej w ogóle nie obchodził płacz Atanazego. - Zaraz zawołam sprzątaczkę, żeby wyczyściła pańskie biuro.
Szloch stawał się coraz bardziej intensywny. Wielkie krople spadały na podłogę, tak że wkrótce wokół nóg płaczącego mężczyzny zaczęła tworzyć się kałuża, która z każdą chwilą powiększała swoje gabaryty.
- Przyślijcie C8 do pokoju numer 130 – powiedziała sekretarka do słuchawki. - To nie potrwa długo – rzekła z uśmiechem w stronę Kazimierza. - Może pan w tym czasie ściągnąć ubrania, w szafie obok wiszą garnitury, bluzy, dresy, a nawet hawajskie koszule, ale jeżeli woli pan pracować nago to nie ma problemu. Nic nie może krępować pańskiego umysłu, to by zaszkodziło Firmie…

Kazimierz podszedł do szafy. Nigdy dotąd nie przywiązywał wagi do tego co ma na sobie. A może to był błąd? Być może stój ma wpływ na myśli. Skoro jesteśmy tym co jemy, to może też jesteśmy tym w czym tkwimy? Jak aktorzy na scenie, którym scenografia i choreografia pomaga wczuć się w rolę? Wyciągnął przed siebie rękę. Jego dłoń wyczuła przyjemną w dotyku tkaninę. Każde z ubrań uszyte było z widoczną precyzją, każde idealnie dopasowane do jego wzrostu i sylwetki.
- Niech pan tego nie robi – posłyszał za swoimi plecami cichy i piskliwy głos Atanazego. - To pana zniszczy…
- Bardzo mi przykro, że pana zwolnili – powiedział Kazimierz i spojrzał w mizerną twarz małego mężczyzny.
- Zwalniają? Ależ skąd! Oni mnie przenoszą. Wyciągnęli ze mnie wszystko, każdy pomysł, każdą genialną myśl… I kiedy już zabrali słomkę, przez którą tak ochoczo ssali postanowili, że te resztki, te nędzne ochłapy, które zostały na samym dnie, też się mogą przydać! Więc mnie przenoszą…
- Więc nie ma nad czym rozpaczać, skoro tylko…
- Pan niczego nie rozumie! – Atanazy wskoczył na biurko, by choć przez chwilę zyskać bardziej poważny wzrost – Te wszystkie ubrania należały do mnie, byłem panem i byłem równie naiwny sądząc, iż spotkał mnie zaszczyt! Ach, tak… upajałem się własnym umysłem, tymi wszystkimi cholernymi myślami, które mogły swobodnie biegać jak małe, głupie koniki… całkiem prawdziwe, takie obrzydliwie prawdziwe koniki, ogiery, klacze… - mężczyzna wyrzucał z siebie zdania z prędkością, która była tak zdumiewająca, iż Kazimierz musiał usiać na ziemi, żeby przypadkiem niektóre ze słów nie uderzyły w niego zbyt mocno. - A teraz, kiedy już wszystko stracone zamienią mnie w zwykłego szczura Albo gorzej!Bo czy człowiek, który tak mocno skurczył się w sobie może być jeszcze pożyteczny? - po tych słowach mężczyzna usiadł na ziemi, chwycił między dłonie swoją niewielką głowę jakby pragnął powstrzymać ją przed czymś nieuchronnym, a ponieważ na nic zdały się jego chęci zaczął jeszcze mocniej lamentować i szlochać, tak że po chwili cały był jednym wielkim płaczem.

- Pan chyba trochę przesadza – powiedział Kazimierz zbyt cicho, by mały człowieczek mógł go usłyszeć i dodałby może parę głośniejszych słów o intensywnym, pocieszającym aromacie, ale w tym momencie do pokoju weszła grupa sprzątaczy z szerokimi miotłami.
- Sio! - powiedział jeden z nich.
- Sio! - zawtórował mu drugi.
Atanazy zeskoczył ze stołu i zaczął biegać po pomieszczeniu szukając schronienia to pod biurkiem, to za drzwiami szafy, ale wszędzie dosięgały go szerokie ramiona miotły. W końcu sprzątaczom udało się skierować mężczyznę na korytarz. W pomieszczeniu zapanowała cisza.

Kałuża łez wysychała pod oknem i po chwili nie było już po niej śladu. Kazimierz usiadł na przyjemnie miękkim fotelu i poczuł, że ta miękkość siedzenia odciąża też jego głowę. Zupełnie jakby fotel masował nie tylko plecy, ale i myśli.
- Proszę się zrelaksować – powiedziała sekretarka, która wyrosła obok mężczyzny, a może stała już tak od dawna? Może wcale nie opuściła pomieszczenia na czas tego całego wariactwa wokół Atanazego? - Mogę oczywiście panu pomóc… jestem jak najbardziej do pańskiej dyspozycji – powiedziała i uniosła do góry spódnicę odsłaniając przed Kazimierzem swoje kobiece urokliwości.
- Takie otwarte umysły jak Pański zasługują na wszystko czego zapragną – dodała i po raz pierwszy spojrzała Kazimierzowi w oczy. Mężczyzna poczuł jak jego czaszka, która i tak miała już potężną dziurę pośrodku rozszerza się jeszcze mocniej. Każdy pomysł, każda Idea mogła teraz swobodnie wyskoczyć z jego głowy. Nie było już ciasnego sklepienia utrzymującego myśli w ryzach. Nieskrępowana wyobraźnia i kreatywność miały teraz tyle przestrzeni, ile tylko jest potrzebne do tego, by się rozwijać.
- O mój Boże – wyszeptał mężczyzna, który wcale nie był wierzący i zrozumiał, że to co mówił Atanazy było prawdą. Wyssą z niego wszystko – wszystko co ma w sobie, każdą nawet najbardziej idiotyczną myśl, będą mogli zobaczyć i zabrać, a potem, kiedy nagle zabraknie mu pomysłów, a jego umysł znowu zacznie się zamykać, wyrzucą bez żalu. „Jak śmieć, szczura, mysz, kreta...”. Ale zanim to nastąpi będzie mógł doświadczyć każdej przyjemności, każdej zachcianki, o której nawet nie miał pojęcia, że może być warta uwagi. I chociaż wewnętrzny rozsądek stanął w rozkroku gotowy do zadania ciosu tym wszystkim pokusom i możliwościom, Kazimierz pokręcił tylko głową. W końcu poza samym sobą i tak nie miał więcej do stracenia.

szkic do opowiadania otwarty umysł
otwarty umysł szkic Painter