wtorek, 30 grudnia 2025

Luna, Las, Ciemność i Poszukiwania Kawałka Siebie.

 


Spojrzała na gęstą ścianę lasu. Czerń wnikała pomiędzy gałęzie, wchłaniała kolory i czekała. Wiedziała, że na nią czeka i dlatego nie potrafiła iść w jej stronę. Dawno nie było w niej tyle strachu. Obawiała się tego spotkania. Może niepotrzebnie, a jednak coś w Lunie drgało nerwowo, jakieś napicie w ciele sugerowało, że nie ma ochoty nurkować w nocny las. Chociaż to wciąż był ten sam las co za dnia, oswojony, znany, naznaczony licznymi śladami jej własnych stóp. Teraz jednak stała w miejscu nieruchoma i czujna. Coś przesunęło się pomiędzy drzewami, nie widziała co to było, ale poczuła jego oddech, nieprzyjemny, gorzki, cuchnący. Zagryzła wargi i zacisnęła pięści. Serce zaczęło uderzać w piersi kobiety, coraz szybciej i szybciej niczym potężny szamański bęben. Poczuła ciepło swojej krwi, która zaczęła przygotowywać stopy do skoku.

Jeszcze chwilę, mruknęła i przymknęła powieki. Chciała napełnić siebie jakąś pełną siły opowieścią, ale nic jej nie przychodziło do głowy. Nagła pustka była równie przerażająca co pełen czerni las. Jestem naczyniem, które idzie zaczerpnąć ciemności, pomyślała, ale była to myśl ulotna i niekoniecznie istotna. Jedna z tych, które lepiej zignorować. Więc Luna potrząsnęła głową i odrzuciła ją od siebie.

Ziemia parowała ciepłem, które siedziało na niej przez ostatnie kilka dni niczym kwoka wysiadująca jajko. Więc, kiedy Luna postawiła pierwszy krok poczuła przyjemne ciepło i delikatną wilgoć, która zaczynała swój wieczorny, cichy taniec, którego zwykle nikt nie zauważał, bo był to taniec nie dla poklasku a dla ruchu. Wilgoć balansowała na powierzchni traw i mchu, całowała czule grudki ziemi, które rozsypał kret drżąc swój tunel. Kładła się na łodygach polnych kwiatów, by z pełnią troski zsuwać się z nich o poranku płacząc ze szczęścia, że uratowała świat. Bo Wilgoć uważała, że jej działania są konieczne, by świat mógł dalej istnieć. Bez jej tańca wyschnięta na wiór gleba umarłaby, a wraz z nią rośliny a potem zwierzęta. Więc karmiła swoimi pocałunkami różne powierzchnie nadając im sens istnienia. Luna pokłoniła się jej wspaniałomyślności i ruszyła przed siebie. Z szamańskim bębnem zamiast serca, z rytmem, który nadawał jej ruchom lekkości, więc szła trochę jak tancerka, która za chwilę wyjdzie zza kulis i stanie na scenie. Bez możliwości odwrotu.

Drzewa zakołysały się, chociaż nie było wiatru i Luna pomyślała, że może chcą ją zatrzymać, może ich szum ma być ostrzeżeniem, by nie szła dalej, bo w ciemności kryje się Śmierć. Ale kiedy tylko przekroczyła linię lasu zrozumiała, że to nie Śmierć oddychała ciężko i chrapliwie, tylko Strach. Więc przyspieszyła kroku, żeby dodać sobie odwagi, żeby nabrać pędu, bo kiedy się biegnie można zgubić ciężar, zrzucić go ze swoich pleców i pozwolić, by potoczył się pod liście, igły, szyszki, by wpadł do mrowiska i został rozebrany na kawałki, obżarty aż do kości.

Otworzyła usta, mając nadzieję na jaką pieśń, bo od dawna wiadomo, że w pieśni kryją się czary, ale śpiew nie nadszedł. Chrząknęła niepewnie i ponowiła próbę. Wojownicy tańcząc wokół ognia śpiewali o sile, która powoli wypełniała ich ciała. Maszerujący na rzeź żołnierze śpiewali o tym, że idą walczyć za swój kraj, za ojczyznę, za boga, za miłość. A potem ginęli z lekkością w sercach, bo dużo łatwiej się umiera śpiewając, nawet nieprawdziwe piosenki. Więc i ona próbowała śpiewać, ale tym razem jej gardło pozostało nieme, jakby nie chciało przecinać ciemności, w którą była Luna zawinięta jak w czarny wełniany szal.

Nie próbowała się rozglądać na boki, zmienić kierunku, zawrócić. Szła przed siebie i gdyby ktoś ją teraz zobaczył uciekłby przerażony, bo nie była już kobietą. Nie miała skóry, na której mogłyby się kłaść księżycowe refleksy. Jej stopy od jakiegoś czasu nie dotykały powierzchni ziemi tylko niosły ją ponad tym co rzeczywiste. Nie miała oczu tylko dwa ciemne kamyki wetknięte w ich miejsce, zimne i czujne. Widzące wszystko, chociaż nie mogące patrzeć. Nie miała też włosów tylko gęste pióra porastały jej głowę i ramiona, zasłaniały piersi, chroniły jej kobiecość, wychwytywały każdy pomruk wiatru, każdy szelest liści trąconych zwierzęcym ogonem, każdą Zmianę. Wyczuwały też Ciemność, tę, która w miarę jak Luna próbowała się do niej zbliżyć odsuwała się, uciekała, bawiąc w dziwnego berka. Miała więc wrażenie, ze wędruje od kilku dni. Może nawet miesięcy, nie miała pojęcia czy czas upływał czy może stanął w miejscu, bo las z każdym kokiem stawał się coraz bardziej gęsty i nie przepuszczał ani promieni słońca ani księżyca. A jednak szła dalej, bo czuła, że musi, że pewnego dnia w końcu stanie naprzeciwko tej, której tak się obawiała i porozmawia z nią, albo zostanie zjedzona. Myśl, że Ciemność ma paszczę wieloryba napawała ją dziwnym rodzajem otuchy, której nie potrafiła wytłumaczyć, ale czasami nie ma sensu wszystkiego przekładać z języku czucia na język słów i pojęć.

Pewnego dnia Luna dotarła nad brzeg czarnego jeziora. Znowu jezioro? Pomyślała zdumiona, bo zdawało jej się, ze już kiedyś tu była, ale nie miała pewności. Bywa że wspomnienia plączą się ze snami tak mocno, że nie ma sensu rozstrzygać co wydarzyło się naprawdę a co jedynie w wyobraźni. Więc stanęła nad brzegiem ogromnego jeziora i nagle wrócił do niej Strach. Bo woda była tak ciemna, że nie mogła ujrzeć w niej swojego odbicia. Bo nagłe zatrzymanie pozwoliło, by to co ją dotąd ścigało, teraz dogoniło i usiadło jej na grzbiecie, karku, wplątało się we włosy-pióra.

Otworzyła usta, ale nie miała ust, tylko dziób, z którego wydobyło się złowieszcze krakanie. A potem spostrzegła, że na powierzchni wody coś się unosi, coś jasnego i delikatnego i zaczęła płakać, bo to było jej ciało, które porzuciła, nie miała pojęcia kiedy i z jakiego powodu. To była jej kobiecość, której nie pielęgnowała próbując dorównać, nie była nawet pewna komu. To była ta jej część, która lubiła płakać, bo wiedziała, że w łzach kryje się Prawda i Oczyszczenie, że z łez powstają nie tylko smutne opowieści, ale te piękne i radosne również. To było to ciało, które potrzebowało miłości, ale musiało zadowalać się ochłapami, więc j od siebie odrzuciła.

Kim jestem bez mojego ciała? Zaskrzeczała i poczuła jak po jej ptasiej twarzy zaczynają toczyć się łzy. Płakała i płakała, a czarne, krucze łzy zasilały coraz mocniej wody jeziora, aż w końcu woda zaczęła dosięgać do kostek Luny, a potem kolan. A kiedy doszła do szyi, kobieta nagle zamrugała, jakby dostrzegła coś jeszcze, czego wcześniej nie mogła ujrzeć w ciemnościach, a może po prostu się obudziła, ale było już za późno i woda zaczęła wlewać się do jej, nagle zdjętym przerażeniem, gardła.

Nie chcę umrzeć, pomyślała.

Ale musisz, nie masz wyboru, odparła Czerń. Umarłaś raz, to nie będzie dla ciebie problemem umrzeć po raz drugi.

Chcę żyć, próbowała krzyczeć, ale ciemne wody wnikały już przez skórę Luny i zaczynały krążyć w jej żyłach niczym krew. Jakaś ogromna siła ciągnęła kobietę w głąb jeziora. Machnęła rękoma, rozpaczliwie próbując wydostać się na powierzchnię, ale im mocniej próbowała się ratować, tym bardziej brutalnie woda omywała jej ciało odbierając oddech.

Niech będzie zatem co ma być, pomyślała i zamknęła oczy. Już nie stawiała oporu. Nie machała bezwiednie rękoma, nie panikowała, płynęła w głąb brzucha jeziora – spokojna i pogodzona ze swoim losem. I może właśnie dlatego Ciemność nagle chwyciła Lunę za ramiona i zaczęła nią potrząsać, ale kobieta tylko delikatnie się do niej uśmiechnęła. I być może ten uśmiech, w którym była siła i zgoda na to co ma nastąpić, a może coś zupełnie innego, sprawiły, że Ciemność się zawahała.

To twoja ostatnia szansa, powiedziała Czerń bez słów, bo w ciemności nawet słowa tracą swoje kształty i kolory. Nie zmarnuj jej. Lepiej jej nie zmarnuj.


Luna otworzyła oczy. Leżała na brzegu jeziora, a woda wypływała z niej przez skórę, przez oczy, włosy, nos, sączyła się z piersi i łona. Brudna, zmieszana z mułem, z samego dna jeziora, woda opuszczała ciało Luny. A kiedy już nie było w kobiecie ani kropli mętnej brei wzięła głęboki oddech. Bo w oddechu kryje się życie i można nie mieć serca, można nie potrafić kochać, śmiać się czy mówić, ale oddychać trzeba. Więc Luna zaczęła smakować ten oddech, który prawie jej zabrano a teraz został jej przywrócony i smakował tak wybornie, chociaż oddech nie ma wcale smaku. Usiadła i zaczęła rozglądać się wokół. Dzień był słoneczny i przez to cała przestrzeń tonęła w radosnym uśmiechu, ćwierkaniu ptaków ukrytych w gałęziach i delikatnym szumie wiatru, który masował grzbiet wody. Przestrzeń prężyła się w słońcu. I Luna odruchowo zmarszczyła brwi, bo było za dobrze, za ładnie. Ale po chwili i ona wystawiła twarz w stronę promieni.

Słońce silniej chwyciło w objęcia jej wyczerpane ciągłą wędrówką ciało.

Odpocznij we mnie, wyszeptało i Luna z rozkoszą poddała się jego ciepłym pieszczotom.

Jutro też jest dzień, nie muszę dzisiaj, mruknęła, nie muszę dzisiaj znowu gnać i szukać.

Nie musisz, odparło Słońce, a potem było już tylko gorąco i przyjemnie i kobieta nie zadawała więcej pytań ani sobie, ani Przestrzeni ani Bogom, którzy kucając nad brzegiem jeziora patrzeli jak kocha się ze Słońcem.


niedziela, 21 grudnia 2025

Wody jeziora. Na styku rzeczywistości.

 

to co u góry i na dole


Stanęła nad brzegami jeziora. Nigdy nie widziała piękniejszego. Spokojna tafla odbijała w swoim lustrze czupryny sosen i dębów. Wszystko było dwoiste. Jakby świat doszedł do wniosku, że od teraz będzie podzielony, a dolna jego część stanie do góry nogami. Patrzyła jak urzeczona, zaczarowana chwilą, która była zwyczajna zwyczajną nie będąc. Patrzyła i czuła jak zaczyna rozgaszczać się w jej ciele radość. To było to miejsce, którego szukała, chociaż wydawało jej się wcześniej, że szuka czegoś zupełnie innego. Nie było tu Źródlisk, a jednak Wiedziała już, że Odnalazła Dom. Że dotarła do celu, chociaż zakładała, że ten będzie zupełnie inny.

Podeszła do wody. Była przyjemnie chłodna i miękka w dotyku.

- Luna, Luna – usłyszała nawoływanie.

Zsunęła z siebie ubrania, resztki podartej sukienki, którą łatała za pomocą liści i traw. Położyła na brzegu wykonane samodzielnie buciki, brzydkie i niezgrabne, momentami niewygodne, ale jej własne, prawdziwe, tworzone dla samej siebie. Odrzuciła do tyłu włosy, które każdego dnia rosły po kilka centymetrów, po to, by mogła wieczorami otaczać się nimi i przykrywać wijąc sobie bezpieczne gniazdo. Przymknęła oczy. Droga, którą przeszła była długa, nie raz miała przedzierać się przez gąszcz zarośli, raniąc skórę. Pełne siniaków i ran ciało, wymęczone długim biegiem przez las, wyglądało trochę jak to stare ubranie, które rzuciła na brzeg, a jednak wciąż było piękne. Zrobiła krok, a tam gdzie woda zakołysała się pieśnią na jej skórze, znikały rany, znikał ból a także pamięć po nim.

- Luna, Luna – śpiewało jezioro, a kobieta pozwalała, by zabierało z niej ciężar, nie tylko jej własny, ale pokoleń kobiet, które żyły przed nią i będę żyć później.

- Luna – wyszeptał wiatr prosto do jej ucha.

- Luna – powiedział piasek otaczając stopę kobiety swoim złocistym ciałem.

- Luna – powiedziała w końcu i ona. I kiedy tylko poczuła na ustach smak swojego imienia, dotarło do niej, że to wcale nie jest koniec drogi, tylko początek.

Cień stanął za jej plecami. Poczuła jego silną obecność i pokusę, by po raz ostatni zanurkować w jego mroczne ramiona. Tam gdzie dobre łączy się ze złym. Tam gdzie nie ma wyraźnych granic i nic nie jest oczywiste. Mężczyzna też wypowiadał jej imię, ale nie spojrzała na niego, była w nim zanurzona wcześniej, zeszła już w mrok, nie musiała wnikać w niego tak często.

- Żegnaj – wyszeptała i pozwoliła, by woda otuliła jej ciało. A potem wzięła głęboki wdech i skoczyła prosto w otwarte ramiona Jeziora.


czwartek, 18 grudnia 2025

Stara Rzeźbiarka i opowieść kawałka drewna


Mokosz. Gontyniec. Fot.własna

 

              Spojrzała na swoje dłonie. Kiedy stały się tak szorstkie? W jej głowie zamajaczył obraz młodej dziewczyny beztrosko biegnącej przez las. Ale to było lata temu, westchnęła, nie ma co obracać w pamięci kulki tak odległych czasów, byłam młoda i głupia. Usiadła na krześle, ciężko, silnie, jakby ważyła ze sto kilogramów, a przecież starość wyssała z niej nie tylko jędrność skóry, ale i wodę oraz tkankę tłuszczową. Jestem sucha jak gałązka, muszę uważać, żeby mnie nikt przypadkiem nie złamał, mówiła córce, która nie była jej córką, ale mogłaby być, mówiła z uśmiechem, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Bo na co taka starość, kiedy tylko się siedzi i patrzy w jakiś odległy punkt. Za horyzont własnej przeszłości, wyszeptała a potem sięgnęła ręką do leżącego obok wiadra z drewnem. Nie ma co się obijać, od czegoś te ręce są szorstkie i niech już takie zostaną. Pokręciła głową, a potem zaczęła oskrobywać nożykiem drewniany klocek. Scyzoryk delikatnie, jakby szukał w niej wskazówek, muskał jasną skórę gałązki. Wióry opadały na kobiety stopy, ale ta się tym nie przejmowała wpatrzona z uwagą w to, co ona już widziała, że powstanie, a co dopiero się tworzyło. Drewniane ciało poddawało się ruchom nożyka, zupełnie jakby czuło, że dzięki temu coś zyska. Czekało na chwilę, kiedy kobieta w końcu uniesie je w górę i zacznie przyglądać się wynikowi swojej pracy.

No i patrzcie państwo, powiedziała kobieta głośno, chociaż przed chatą nie było nikogo prócz niej i kota, ale ten nie zwracał na nią uwagi zajęty swoimi, ważnymi sprawami, chociaż sprawiał wrażenie jakby po prostu spał. W dłoniach starej widniała mała figurka dziewczyny w delikatnej sukience. Muszę uważać o czym myślę, kiedy biorę się za robotę, mruknęła, niby niezadowolona, a jednak figurka wyszła jej piękna i wiedziała, że nie każdemu udałoby się osiągnąć wrażenie zwiewności mając do dyspozycji jedynie kawałek drewna.

Było, minęło, westchnęła Stara i już chciała odłożyć wystruganą przed chwilą postać na ławeczkę, obok innych drewnianych laleczek, żołnierzyków, krasnali, figurek świętych i tych ze słowiańskiego bestiariusza, kiedy dziewczyna mrugnęła. W każdym razie kobiecie wydawało się, że zobaczyła ten szybki i delikatny ruch. Głupota, nie mogła mrugnąć, sapnęła Stara, ale zaczęła się przyglądać postaci a im dłużej na nią patrzyła tym bardziej żywa wydawała jej się figurka. Wcale nie zmarnowałam swojej młodości, po co ten pełen wyrzutów wzrok? Musiałam szybko do pracy pójść, nie było wyboru, a że za mąż tak wcześnie? Przystojny był, ładnie mówił, a przede wszystkim chciał mnie, prostą dziewczynę, zaopiekować się mną chciał i mieć gromadkę dzieci, ale tego drugiego akurat jakoś się nie udało osiągnąć. A skąd mam wiedzieć czy to on czy ja winna? Edek mówił, że to moje łono jest wyschnięte, że musiałam coś zrobić kiedyś złego i pokarało brakiem dzieci. Ale to nie była prawda, bo ja się zawsze dobrze prowadziłam i nigdy bym żadnej skrobanki nie robiła, bo to przecież grzech. W każdym razie wtedy sądziłam, że to grzech. Teraz już nie oceniam. Nie próbuję nawet ocenić co jest dobre a co złe, czy ktoś postępuje słusznie czy też nie słusznie. Bo czasami dziwnie się los układa. Pamiętam jak syn sąsiadki spadł z dachu i się połamał. Ale biadowała pani Kulmanowa, ale wyła. Po wsi chodziła nieszczęśliwa, że nie ma kto jej teraz w gospodarstwie pomagać. A potem przyszły wezwania do wojska i tylko ten jej syn we wiosce pozostał. Poskładali go i może kulał, ale pracował a i innym kobietom pomagał pod nieobecność ich mężów i synów. Więc na co ocenianie czy coś dobre jest czy nie? Skąd niby mamy to wiedzieć?

Pytasz dlaczego nie odeszłam od męża? A dlaczego miałabym odejść? Nie pił, nie bił. Nie był dla mnie miły, to prawda, ta czułość, która w nim się tliła na początku małżeństwa jakoś wyparowała, chyba razem z nadzieją, że będziemy mieć dzieci. Ale dawał mi wszystko czego potrzebowałam, więc nie mogę narzekać. Szorstki był dla mnie, taki jak mam teraz dłonie, tyle że ja na swoje ręce patrzę on na mnie nawet nie zerkał. Czasami miałam wrażenie, że nie istnieję. I pytałam go wówczas: Edek, a ty mnie w ogóle widzisz? Widzisz, że tu stoję? Bywało, że te moje słowa go bawiły i wówczas zadzierał mi spódnicę i odpowiadał, że musi się upewnić czy ja wciąż jestem jego. Ale częściej to po prostu zagryzał wargi i wychodził z domu, jakbym tym moim pytaniem co złego mu zrobiła.

Ale to były takie czasy, że przecież nie odchodziło się od męża, bo chciało się zaznać szczęścia. Teraz słyszałam, że kobiety ruszają przed siebie i nawet przez ramię nie spojrzą. Po prostu idą. Czasami znajdą to co im brakowało, ale czasami zostają po prostu same. Czy to lepiej? Nie wiem. Z doświadczenia wiem, że mężczyźni żyją krócej, więc kiedyś kobieta i tak sama zostanie.

Kiedy mojego Edka przykryła ziemia nic nie poczułam. Ani ulgi ani cierpienia. Ja już nie umiałam wówczas uczuć. Nic we mnie nie zostało, byłam wydrylowana jak wiśnia. Obleczona coraz mocniej obwisłą skórą. I wówczas wzięłam do ręki pierwszy kawałek drewna. Zaczęłam bawić się nad nim scyzorykiem a figurki jakby same się tworzyły. I coraz silniej mnie to zajęcie pochłaniało. Coś się we mnie zaczęło odradzać. Jakieś wewnętrzne drgnienia, o których zapomniałam. Jakieś wzruszenie.

Po jakimś czasie zaczęły przychodzić do mnie kobiety. Opowiadały mi swoje życia a ja w tym czasie tworzyłam. Coś z ich przeszłości, ale i jakąś nimfę, bo jak czułam, że dziewczyna potrzebuje więcej pewności siebie to tak mi wychodziło, że jej jakąś boginię z drewna rzeźbiłam. A one te figurki potem pod poduszką trzymały i listy dostawałam, że moja magia działa, chociaż ja im żadnej magii nie dawałam. Ja tylko czułam ich tęsknoty, może dlatego że sama swoich nie miałam, to mogłam tak dobrze czuć te cudze. A jak raz obudzisz tęsknotę, jak ją zobaczysz przed sobą, jak stanie się figurką z drewna a nie zwykłą myślą, to już ciężko ją z oczu stracić. I coś się zadziewa w człowieku takiego, że za tym swoim marzeniem zaczyna podążać. Nie ma w tym może magi, ale jest opowieść, a opowieści są trochę jak czary. Wydobywają na wierzch to co uśpione. Budzą, wskazują palcem. Czasami szydzą i po takiej opowieści człowiekowi jest źle. Ale im gorzej się czuje po tym co przeczytał czy usłyszał, tym lepiej. Gorzkie lekarstwo działa silniej od tego słodkiego.

Samą siebie opowieścią potraktować? Mnie już nie potrzeba. Stara jestem. Sił nie mam na zmiany. Zresztą, dobrze mi tu, na tym zydelku przed domem, przed moim warsztatem, moją świątynią, jaskinią. Nawet nie muszę gotować, bo zawsze ktoś do mnie zawita, jedzenie zostawi, figurkę zabierze. Niektórzy zostają u mnie nawet i rok. Nie wiem na co im towarzystwo starej baby, ale jak lubią, to ja nie mam nic przeciwko. Uczę ich wówczas jak rzeźbić figurki i opowieści. A oni słuchają. Uważnie. Tak jak ty mnie teraz słuchasz, bo ja ciebie, kiedy byłaś młoda nie chciałam słuchać. Tak, masz rację, miałam swoje tęsknoty, dużo było tego niewyrażonego. Może dlatego moje ciało jest teraz takie suche, bo pozbawiłam siebie samą pragnień. Drewnieję. Mam wrażenie, że nigdy nie umrę, to zamienię się w kawałek drewna i przyjdzie jedna z tych, co tu u mnie przez rok siedziała i słuchała, weźmie scyzoryk i wyrzeźbi mnie na nowo. I to będzie piękny koniec. Jedyny możliwy, bo będzie też początkiem.

Skończyła mówić, spojrzała jeszcze raz na figurkę dziewczyny a potem pokiwała głową i odłożyła ją na półkę. Przez chwilę siedziała nieruchomo, jakby czekała na wypełnienie proroctwa, o którym właśnie szeptała, ale nic nie nastąpiło, nie zamieniła się w kawał starego pnia. Wciąż czuła swój oddech, zabulgotało jej w brzuchu z głodu, przełknęła głośno ślinę. No nic, nie dzisiaj to może jutro, sapnęła i sięgnęła do wiadra po kolejny kawałek drewna.

***

Luna podkurczyła silniej nogi i westchnęła. Bagna zsyłały nie raz różne sny, czasami takie, które nie do końca były snami i kobieta przez chwilę miała wrażenie, że faktycznie patrzyła na Starą Rzeźniarkę oczyma drewnianej laleczki. Otworzyła oczy. Mrok wchodził powoli na bagna kradnąc rozróżnienie między tym co na dole a tym co u góry. Zacierał granice skrupulatnie i z wielkim entuzjazmem. Lubiła tę godzinę - już nie dzień, ale jeszcze nie noc, jakby przyroda przez chwilę nie musiała się opowiadać po żadnej ze stron. Las milczał. Po plecach Luny przebiegł dreszcz, bo zrozumiała, że nie jest sama.


czwartek, 11 grudnia 2025

Luna i opowieść dębu o smokach.

 


Strumyk mruczał coś pod nosem, ale nie rozumiała jego słów, może chciał jej opowiedzieć o tym dokąd zmierza, ile musi jeszcze kamyków potoczyć po swoim dnie, ile obumarłych roślin wpadnie w jego ramiona, a może chciał, by poszła tam, gdzie wszystko się zaczyna. Jak po niebieskiej nitce do kłębka. Do samego Serca Lasu, gdzie biją Źródliska.

Luna przystanęła i uklęknęła nad brzegiem wody. Zbliżyła twarz do strumienia. Przez chwilę widziała swoje odbicie, niezbyt wyraźne, a jednak to była ona, tam w wodzie, siedziała jej bliźniacza siostra. Woda smakowała drogą, którą musiał przepłynąć strumień drążąc swój korytarz przez las i bagna, a jednak nie bała się jej kosztować. Odkąd LA Que Sebe pomogła odnaleźć jej swoją wilczą naturę, miała wrażenie, że nie tylko wyostrzonych zmysłów. Dzikość była w jej nogach, w żołądku, w skórze. Miała wrażenie, że Las się nią opiekuje, a ona przyjmowała tę opiekę z wdzięcznością. Uśmiechnęła się i przymknęła oczy. Wszystko wokół niej szumiało, bzyczało, wibrowało. Nic nie było nieruchome, nawet w zwalonych pniach słyszała Życie – już nie drzewa, ale grzybów, które z lubieżną rozkoszą zjadały je kawałek po kawałku.

Ruszyła w górę strumienia. Dzień był piękny, słońce przeświecało między gałęziami czyniąc las migotliwym. Zupełnie jakby przestrzeń mrugała przyjaźnie. Biegła swobodnie, raz po raz przeskakując przez gałęzie. Miała wrażenie lekkości, jakby grawitacja zmniejszyła swoje działanie, albo to ona przestała jej podlegać i teraz mogła skakać na duże odległości, lepiej niż zając. Nic mnie nie dotyczy, wszystko mnie dotyczy, pomyślała lądując po drugiej stronie strumienia.

Las powoli gęstniał. Zupełnie jakby wraz z mrokiem rodziło się w nim więcej gałęzi i przeszkód. Zwolniła kroku. Strumień był teraz wąski a jego szept delikatny. Weszła więc do wody i przez chwilę wędrowała jej korytem nie bacząc na chłód. W oddali ujrzała ciemną plamę. Przystanęła. Dąb, majestatyczny i piękny, z pniem, którego nie objęłoby nawet dziesięciu ludzi zagradzał drogę strumieniowi, który zmuszony był wpływać pod jego korzenie.

- Jesteś najwspanialszym mostem jaki kiedykolwiek widziałam – powiedziała Luna podchodząc do drzewa. Przez chwilę miała wrażenie, że Dąb schylił swoje gałęzie, by dotknąć jej głowy, ale potem zrozumiała, że to tylko wiatr i poczuła zwód, przecież tak piękne drzewo nie mogło być pozbawione magii. – Pozwolisz, że oprę czoło o twoją piękną korę?

Posłyszała stukanie dzięcioła, które uznała za odpowiedź.

Kora była szorstka, pachniała setkami lat powolnego wzrostu. Luna przymknęła oczy i nagle ujrzała siebie-nie-siebie jak idzie mlecznymi korytarzami korzeni drzewa, jak przemierza jego wnętrze. To była ty, ale to nie jesteś ty, posłyszała, tamta opowieść kiedy do ciebie wróci, bo wszystko się ze sobą łączy i splata. Dzisiaj jednak szukasz czegoś innego niż wówczas.

- Skąd wiesz, czego szukam? - Zapytała w myślach drzewa.

- Moje korzenie sięgają w głąb ziemi i czasu – odparł Dąb. Moje konary dotykają tego, co przeczuwalne. Obserwuję każdą istotę, która przemierza mój las. Czuję twoje serce i pragnienia, twoją Tęsknotę. Widzę, że jeszcze nie dowierzasz mocy, którą masz w sobie, a to niebezpieczne, bo rzucane na wiatr zaklęcia mogą się spełnić. Widzę każdą myśl, która przepływa przez twoje żyły i zasila twoje ciało odżywczą energią. Widzę też te myśli, które są jak grząskie błoto i sprawiają, że zamiast iść lekko stawiasz ciężkie kroki. Jesteś na dobrej drodze, co nie znaczy, że nie błądzisz. Błądzenie jest wpisane w twój zarówno ludzki jak i wilczy los.

- Dziękuję – wyszeptała Luna.

- Nie dziękuj, nie potrzebuję słów wdzięczności, to co daję, przyjmij albo odrzuć. Nie przyjmuj za pewnik, moje życie jest w końcu życiem powolnego wzrostu, mogę się mylić wobec istot tak kruchych, chociaż jednocześnie tak mocnych, jak ty.

Kobieta westchnęła i silniej objęła drzewo. I wówczas Go ujrzała. Biały Smok delikatnie przesunął się pomiędzy korą a jej ciałem. Poczuła szorstkość jego futra i żar bijący od ciepłej skóry. Wczepiła palce w sierść sierść zwierzęcia. Po chwili wbijali się ku błękitowi nieba, chociaż była przekonana, że była noc, kiedy dotarła do dębu. Teraz jednak słońce świeciło w najlepsze i Luna ujrzała inne białe smoki, które leciały równo, jeden obok drugiego, w pełnym skupienia milczeniu. Poczuła zachwyt tak wielki, że mimo chłodu wiatru, było jej gorąco.

- Dawno temu, w czasach, o których ludzie nie pamiętają, bo to co nie zostało spisane dla nich zazwyczaj się nie liczy, białe smoki zamieszkiwały podniebne królestwo i z tego miejsca, widziały Mokosz, Matkę Ziemię, która była piękna i młoda, ale jeszcze nie rozumiała swojej mocy ani siły. Ludzie, którzy wówczas stąpali po jej ciele dziękowali jej za kwiaty i plony, a ona skłaniała swoją ubraną w kolorowy wianek głowę i tam, gdzie posłała swój ukłon, drzewa obradzały w soczyste owoce. Pewnej nocy Mokosz przyśnił się sen tak straszny, że obudziła się z krzykiem tak wielkim, iż wszystko zaczęło drżeć. Domy, które pobudowali ludzie, runęły, drzewa poupadały a pola popękały. Tylko smoki dalej sunęły po nieboskłonie, ich nie dosięgnął krzyk Matki Ziemi. Ludzie jednak doszli do wniosku, że to one winne są katastrofie, bo taka już jest ich natura, że lubię szukać winnych. Od tego dnia zaczęto polować na smoki.

Kiedy w białe, puchate cielsko uderzyły pierwsze strzały, to rozpadało się na tysiące kawałków i upadało w różnych miejscach ziemi. W końcu cała ziemia pokryta została, niczym popiołem, odłamkami po białych smokach. Mokosz, widząc tę potworną zbrodnię zamknęła oczy. Nie chciała patrzeć na to co zrobili ludzie, a kiedy zamknęła oczy, wszystko co na niej było posadzone zaczęło umierać. I tak nastąpił czas wielkiego zlodowacenia.

- A smoki?

- Odłamki, które upadły na ziemię zostały przykryte lodowcem, a potem, kiedy ten się zaczął topić, wniknęły głęboko w ciało Mokoszy. Nikt ich od tego dnia nie widział. A jednak raz na jakiś czas jakiemuś człowiekowi śni się biały smok. Taki człowiek musi wówczas wyruszyć na poszukiwania. Jego serce płonie pragnieniem pozbierania tego, co mogło zostać po białych smokach, więc udaje się w podróż, by odszukać ich szczątki. Każdy znaleziony fragment smoka, kiedy tylko dotknie go człowiek, wnika w jego serce i duszę zasilając ją swoją magią. Ludzie, którzy odnaleźli fragment smoka stają się wolni od osądzania, od dzieleni świata na to co dobre i złe, bo zaczynają Rozumieć, że podziały wymyślili ci, którzy się bali a nie ci, którzy byli obdarzeni mądrością.

Smok zawirował i Luna poczuła, że spada, machnęła ręką i wówczas uświadomiła sobie, że leży pod dębem a jej dłoń łapie nie smoka, a powietrze. Zamrugała. Więc to mi się tylko przyśniło? Pomyślała, ale jakaś część w jej sercu nagle zapłonęła dziwnym żarem i Luna doszła do wniosku, że czasami nie ma sensu dzielić świata na to co prawdziwe i na to co wyśnione. Otrzepała sukienkę z białego pyłu, który musiał wypuścić z siebie jakiś krzew, podziękowała Dębowi za jego opowieść i ruszyła dalej, w górę strumienia. Muszę znaleźć Źródliska, pomyślała. Odwróciła się w stronę lasu. Przez chwilę miała wrażenie, że czuje na sobie czyjś wzrok, ale nikogo nie dostrzegła w gęstwinie.

- Wydawało mi się - mruknęła i już więcej nie zawracała sobie tym głowy.


Widział jak podniosła się z ziemi, jak zgrabnym ruchem strąciła ze swojego ubrania popiół, pozostałość po oddechu białego smoku. Na chwilę przystanęła i spojrzała mu prosto w oczy. Miała piękne oczy, nigdy takich nie widział. Potem jednak odwróciła głowię i ruszyła w stronę Źródliska. Kiedy tylko była na tyle daleko, by nie mogła go zobaczyć ani wywęszyć, zaczął wolno iść w tym samym kierunku. Nie musiał się spieszyć, wiedział dokąd prowadzi strumień. Miał czas. Miał bardzo dużo czasu.