Spojrzała na gęstą ścianę lasu. Czerń wnikała pomiędzy gałęzie, wchłaniała kolory i czekała. Wiedziała, że na nią czeka i dlatego nie potrafiła iść w jej stronę. Dawno nie było w niej tyle strachu. Obawiała się tego spotkania. Może niepotrzebnie, a jednak coś w Lunie drgało nerwowo, jakieś napicie w ciele sugerowało, że nie ma ochoty nurkować w nocny las. Chociaż to wciąż był ten sam las co za dnia, oswojony, znany, naznaczony licznymi śladami jej własnych stóp. Teraz jednak stała w miejscu nieruchoma i czujna. Coś przesunęło się pomiędzy drzewami, nie widziała co to było, ale poczuła jego oddech, nieprzyjemny, gorzki, cuchnący. Zagryzła wargi i zacisnęła pięści. Serce zaczęło uderzać w piersi kobiety, coraz szybciej i szybciej niczym potężny szamański bęben. Poczuła ciepło swojej krwi, która zaczęła przygotowywać stopy do skoku.
Jeszcze chwilę, mruknęła i przymknęła powieki. Chciała napełnić siebie jakąś pełną siły opowieścią, ale nic jej nie przychodziło do głowy. Nagła pustka była równie przerażająca co pełen czerni las. Jestem naczyniem, które idzie zaczerpnąć ciemności, pomyślała, ale była to myśl ulotna i niekoniecznie istotna. Jedna z tych, które lepiej zignorować. Więc Luna potrząsnęła głową i odrzuciła ją od siebie.
Ziemia parowała ciepłem, które siedziało na niej przez ostatnie kilka dni niczym kwoka wysiadująca jajko. Więc, kiedy Luna postawiła pierwszy krok poczuła przyjemne ciepło i delikatną wilgoć, która zaczynała swój wieczorny, cichy taniec, którego zwykle nikt nie zauważał, bo był to taniec nie dla poklasku a dla ruchu. Wilgoć balansowała na powierzchni traw i mchu, całowała czule grudki ziemi, które rozsypał kret drżąc swój tunel. Kładła się na łodygach polnych kwiatów, by z pełnią troski zsuwać się z nich o poranku płacząc ze szczęścia, że uratowała świat. Bo Wilgoć uważała, że jej działania są konieczne, by świat mógł dalej istnieć. Bez jej tańca wyschnięta na wiór gleba umarłaby, a wraz z nią rośliny a potem zwierzęta. Więc karmiła swoimi pocałunkami różne powierzchnie nadając im sens istnienia. Luna pokłoniła się jej wspaniałomyślności i ruszyła przed siebie. Z szamańskim bębnem zamiast serca, z rytmem, który nadawał jej ruchom lekkości, więc szła trochę jak tancerka, która za chwilę wyjdzie zza kulis i stanie na scenie. Bez możliwości odwrotu.
Drzewa zakołysały się, chociaż nie było wiatru i Luna pomyślała, że może chcą ją zatrzymać, może ich szum ma być ostrzeżeniem, by nie szła dalej, bo w ciemności kryje się Śmierć. Ale kiedy tylko przekroczyła linię lasu zrozumiała, że to nie Śmierć oddychała ciężko i chrapliwie, tylko Strach. Więc przyspieszyła kroku, żeby dodać sobie odwagi, żeby nabrać pędu, bo kiedy się biegnie można zgubić ciężar, zrzucić go ze swoich pleców i pozwolić, by potoczył się pod liście, igły, szyszki, by wpadł do mrowiska i został rozebrany na kawałki, obżarty aż do kości.
Otworzyła usta, mając nadzieję na jaką pieśń, bo od dawna wiadomo, że w pieśni kryją się czary, ale śpiew nie nadszedł. Chrząknęła niepewnie i ponowiła próbę. Wojownicy tańcząc wokół ognia śpiewali o sile, która powoli wypełniała ich ciała. Maszerujący na rzeź żołnierze śpiewali o tym, że idą walczyć za swój kraj, za ojczyznę, za boga, za miłość. A potem ginęli z lekkością w sercach, bo dużo łatwiej się umiera śpiewając, nawet nieprawdziwe piosenki. Więc i ona próbowała śpiewać, ale tym razem jej gardło pozostało nieme, jakby nie chciało przecinać ciemności, w którą była Luna zawinięta jak w czarny wełniany szal.
Nie próbowała się rozglądać na boki, zmienić kierunku, zawrócić. Szła przed siebie i gdyby ktoś ją teraz zobaczył uciekłby przerażony, bo nie była już kobietą. Nie miała skóry, na której mogłyby się kłaść księżycowe refleksy. Jej stopy od jakiegoś czasu nie dotykały powierzchni ziemi tylko niosły ją ponad tym co rzeczywiste. Nie miała oczu tylko dwa ciemne kamyki wetknięte w ich miejsce, zimne i czujne. Widzące wszystko, chociaż nie mogące patrzeć. Nie miała też włosów tylko gęste pióra porastały jej głowę i ramiona, zasłaniały piersi, chroniły jej kobiecość, wychwytywały każdy pomruk wiatru, każdy szelest liści trąconych zwierzęcym ogonem, każdą Zmianę. Wyczuwały też Ciemność, tę, która w miarę jak Luna próbowała się do niej zbliżyć odsuwała się, uciekała, bawiąc w dziwnego berka. Miała więc wrażenie, ze wędruje od kilku dni. Może nawet miesięcy, nie miała pojęcia czy czas upływał czy może stanął w miejscu, bo las z każdym kokiem stawał się coraz bardziej gęsty i nie przepuszczał ani promieni słońca ani księżyca. A jednak szła dalej, bo czuła, że musi, że pewnego dnia w końcu stanie naprzeciwko tej, której tak się obawiała i porozmawia z nią, albo zostanie zjedzona. Myśl, że Ciemność ma paszczę wieloryba napawała ją dziwnym rodzajem otuchy, której nie potrafiła wytłumaczyć, ale czasami nie ma sensu wszystkiego przekładać z języku czucia na język słów i pojęć.
Pewnego dnia Luna dotarła nad brzeg czarnego jeziora. Znowu jezioro? Pomyślała zdumiona, bo zdawało jej się, ze już kiedyś tu była, ale nie miała pewności. Bywa że wspomnienia plączą się ze snami tak mocno, że nie ma sensu rozstrzygać co wydarzyło się naprawdę a co jedynie w wyobraźni. Więc stanęła nad brzegiem ogromnego jeziora i nagle wrócił do niej Strach. Bo woda była tak ciemna, że nie mogła ujrzeć w niej swojego odbicia. Bo nagłe zatrzymanie pozwoliło, by to co ją dotąd ścigało, teraz dogoniło i usiadło jej na grzbiecie, karku, wplątało się we włosy-pióra.
Otworzyła usta, ale nie miała ust, tylko dziób, z którego wydobyło się złowieszcze krakanie. A potem spostrzegła, że na powierzchni wody coś się unosi, coś jasnego i delikatnego i zaczęła płakać, bo to było jej ciało, które porzuciła, nie miała pojęcia kiedy i z jakiego powodu. To była jej kobiecość, której nie pielęgnowała próbując dorównać, nie była nawet pewna komu. To była ta jej część, która lubiła płakać, bo wiedziała, że w łzach kryje się Prawda i Oczyszczenie, że z łez powstają nie tylko smutne opowieści, ale te piękne i radosne również. To było to ciało, które potrzebowało miłości, ale musiało zadowalać się ochłapami, więc j od siebie odrzuciła.
Kim jestem bez mojego ciała? Zaskrzeczała i poczuła jak po jej ptasiej twarzy zaczynają toczyć się łzy. Płakała i płakała, a czarne, krucze łzy zasilały coraz mocniej wody jeziora, aż w końcu woda zaczęła dosięgać do kostek Luny, a potem kolan. A kiedy doszła do szyi, kobieta nagle zamrugała, jakby dostrzegła coś jeszcze, czego wcześniej nie mogła ujrzeć w ciemnościach, a może po prostu się obudziła, ale było już za późno i woda zaczęła wlewać się do jej, nagle zdjętym przerażeniem, gardła.
Nie chcę umrzeć, pomyślała.
Ale musisz, nie masz wyboru, odparła Czerń. Umarłaś raz, to nie będzie dla ciebie problemem umrzeć po raz drugi.
Chcę żyć, próbowała krzyczeć, ale ciemne wody wnikały już przez skórę Luny i zaczynały krążyć w jej żyłach niczym krew. Jakaś ogromna siła ciągnęła kobietę w głąb jeziora. Machnęła rękoma, rozpaczliwie próbując wydostać się na powierzchnię, ale im mocniej próbowała się ratować, tym bardziej brutalnie woda omywała jej ciało odbierając oddech.
Niech będzie zatem co ma być, pomyślała i zamknęła oczy. Już nie stawiała oporu. Nie machała bezwiednie rękoma, nie panikowała, płynęła w głąb brzucha jeziora – spokojna i pogodzona ze swoim losem. I może właśnie dlatego Ciemność nagle chwyciła Lunę za ramiona i zaczęła nią potrząsać, ale kobieta tylko delikatnie się do niej uśmiechnęła. I być może ten uśmiech, w którym była siła i zgoda na to co ma nastąpić, a może coś zupełnie innego, sprawiły, że Ciemność się zawahała.
To twoja ostatnia szansa, powiedziała Czerń bez słów, bo w ciemności nawet słowa tracą swoje kształty i kolory. Nie zmarnuj jej. Lepiej jej nie zmarnuj.
Luna otworzyła oczy. Leżała na brzegu jeziora, a woda wypływała z niej przez skórę, przez oczy, włosy, nos, sączyła się z piersi i łona. Brudna, zmieszana z mułem, z samego dna jeziora, woda opuszczała ciało Luny. A kiedy już nie było w kobiecie ani kropli mętnej brei wzięła głęboki oddech. Bo w oddechu kryje się życie i można nie mieć serca, można nie potrafić kochać, śmiać się czy mówić, ale oddychać trzeba. Więc Luna zaczęła smakować ten oddech, który prawie jej zabrano a teraz został jej przywrócony i smakował tak wybornie, chociaż oddech nie ma wcale smaku. Usiadła i zaczęła rozglądać się wokół. Dzień był słoneczny i przez to cała przestrzeń tonęła w radosnym uśmiechu, ćwierkaniu ptaków ukrytych w gałęziach i delikatnym szumie wiatru, który masował grzbiet wody. Przestrzeń prężyła się w słońcu. I Luna odruchowo zmarszczyła brwi, bo było za dobrze, za ładnie. Ale po chwili i ona wystawiła twarz w stronę promieni.
Słońce silniej chwyciło w objęcia jej wyczerpane ciągłą wędrówką ciało.
Odpocznij we mnie, wyszeptało i Luna z rozkoszą poddała się jego ciepłym pieszczotom.
Jutro też jest dzień, nie muszę dzisiaj, mruknęła, nie muszę dzisiaj znowu gnać i szukać.
Nie musisz, odparło Słońce, a potem było już tylko gorąco i przyjemnie i kobieta nie zadawała więcej pytań ani sobie, ani Przestrzeni ani Bogom, którzy kucając nad brzegiem jeziora patrzeli jak kocha się ze Słońcem.


