Mgła zjadła przestrzeń z takim apetytem, że nawet nie zostawiła miejsca na kontury. Kobieta nie była pewna czy droga, którą szła wiodła prosto czy może wiła się meandrami niczym rzeka. Stawiała uważnie kroki, przekonując się za każdym razem, że świat wciąż istnieje, że pod tą biała otuliną wszystko jest takie jak dawniej. Chociaż. Czy mogło być wciąż takie same, skoro w sercu Miśki tkwił kolec? Próbowała różnych sposobów, żeby go się pozbyć, ale pęseta w postaci psychoterapii tylko pożarła jej oszczędności pozostawiając z pytaniami w formie otwartej. Może nie ten terapeuta, a może nie była to jej droga. A potem poznała Agiego, który wręczył jej karteczkę z adresem mówiąc, żeby tam poszła. Że to nie jest byle jaki adres, z pewnością nie przypadkowy. Znajdziesz tam siebie, powiedział i Miśka poczuła dziwny dreszcz, bo nie przypuszczała, że się kiedykolwiek zgubiła. Może raz, ale była wówczas dzieckiem i weszła do bramy, bo ta miała niezwykłe sklepienie, ale prowadziła tylko na szare podwórko, więc mała wówczas Miśka postanowiła iść dalej, bo przecież takie piękne bramy muszą chować jakąś ukrytą furtkę do zaczarowanego królestwa. A jednak nigdzie nie było tego piękna, któremu uległa w pierwszej chwili. Tylko nadszedł wieczór, a ona była z miejscu, którego nie znała, ale nie rozpłakała się, bo czuła w sobie jakiś dziwny spokój. I kiedy starszy pan w za dużych okularach zapytał ją co robi sama pośrodku plątaniny tych szarych bloków, powiedziała, że nie wie jak trafić do domu. I chociaż mama zawsze jej mówiła, że nie ma ufać obcym, to poczuła, że ten mężczyzna nie miałby sił, żeby zrobić jej krzywdę. Idzie? Zapytał tylko i poszła za nim, do miejsca, gdzie jej mama siedziała zapłakana, bo myślała, że Miśka już się nie odnajdzie.
Wzięła głęboki oddech, kiedyś ktoś jej powiedział, że czasami zapominamy o oddychaniu i Miśka była wówczas zdumiona, bo jak można zapomnieć o czynności automatycznej, ale potem zaczęła odkrywać, że faktycznie, były chwile, kiedy jej oddech stawał się niewielki jakby próbował cofnąć się do zarodka.
Jakaś ciemna plama zamajaczyła przed kobietą. Mgła odsunęła się budynku, jakby chciała uchylić firanki, by dodać Miśce odwagi, ale to nie było potrzebne. Kobieta ściskała w ręce wizytówkę z adresem i nie miała w sobie żadnego wahania. Wyszła z domu z przekonaniem, że idzie do miejsca, które da jej spokój, może w końcu wydłubie z niej tą drzazgę pozostawioną przez zawiedzione nadzieje, niespełnioną miłość i Krissa, o którym nie potrafiła przestać myśleć, bo nie da się nie myśleć o różowym słoniu wciąż mówiąc: Różowy słoń.
Budynek musiał być ogromny, bo Miśka nie mogła dojrzeć jego dachu, ale może to tylko mgła postanowiła zakryć górne partie kamienicy. Nacisnęła mosiężną klamkę, która z ociąganiem, jakby chciała wpierw sprawdzić czy kobieta jest warta wysiłku chowania metalowego języka, w końcu ustąpiła i Miśka weszła do bramy jakby wkraczała do zupełnie innego świata, gdzie nie było już monotonni oferowanej przez mgłę, a feeria barw, od której mogło się zakręcić w głowie, ale nie zakręciło. Nigdy wcześniej nie widziała tak pięknej klatki schodowej, z tyloma malunkami, rzeźbami i drewnianymi schodami czule objętymi szeroką poręczą.
Zaczęła wspinać się w górę, chociaż schody nie były wcale strome i nie była to żadna wspinaczka, a raczej wędrówka, której towarzyszyły skrzypnięcia i pojękiwania starego drewna. W końcu dotarła na miejsce, co oznajmiał niewielki szyld, usytuowany ponad drzwiami z numerem, który starł albo czas albo niezbyt zdolna sprzątaczka. Wyciągnęła rękę przed siebie, by nacisnąć dzwonek, ale drzwi w tym momencie się uchyliły i ujrzała znajomą twarz Agiego, który powiedział, że czekał na nią, na szczęście się nie spóźniła, jeszcze nie zaczęli. Nie zdołała zapytać jak mogli na nią czekać skoro wyruszyła z domu spontanicznie, bez zapowiedzi, zaskakując samą siebie, bo Agii już szedł w głąb korytarza, więc popędziła za nim.
Weszli do pomieszczenia, które mogło kiedyś służyć za salę balową, teraz jednak siedzieli w nim ludzie, na poduszkach do medytacji, tworząc krąg, który ona miała dopełnić.
Jaki masz defekt? Zapytała kobieta, siedząca po lewej stronie Miśki. Ja mam chaos w głowie, dodała i Miśka ujrzała wielki wir, który wydobywał się z czaszki kobiety i pędził gdzieś pod sufit. Miśka spojrzała na siedzących w kręgu ludzi i otworzyła buzię, bo musiała wypuścić z siebie bańkę, w której kołysało się jej zdumienie.
Wszystkie osoby, poza Agim, miały coś, co wystawało z ich ciała, a czego tam być nie powinno, bo przecież, dajmy na to, złamane serce, to tylko przenośnia, a jednak chłopak, który siedział naprzeciwko Miśki miał wyraźnie złamane serce, które leżało nieporadnie na jego kolanach, niczym zdychający kot. W pierwszym odruchu chciała stamtąd uciec, w drugim zerknęła na swoją klatkę piersiową. Był. Wielki, ostentacyjny, podobny do kolca róży, tylko większy. Wystawał z misinego serca i nie pozostawiał miejsca na domysły. To przez niego tu przyszła, a teraz go widzi, wyraźnie i boleśnie. Lecz kiedy chciała sięgnąć po niego ręką, by go usunąć, Agii podszedł do niej powiedział, że tak tego nie zrobi, żeby poczekała, dopiero zaczynają ceremonię. Tak powiedział. Ceremonia. Więc Miśka posłuchała, zaintrygowana i zaciekawiona, z zapasem kilku innych za-.
Parę dni później, kiedy leżała rano w swoim łóżku, zobaczyła, że kolec się skurczył, zmatowił i wyblakł. A kiedy spróbowała go dotknąć natrafiła na pustkę, bo był utkany z mgły jej wspomnień. Nie jesteś ważny, powiedziała, a kolec zadrżał, bo zrozumiał, że umiera. Nie jesteś już dla mnie ważny, nie wiem dlaczego karmiłam ciebie moimi myślami, dlaczego tak kurczowo trzymałam ciebie w moim sercu, jesteś tylko iluzją, nie masz znaczenia, powiedziała głośniej i poczuła coś, czego od dawna nie potrafiła doświadczyć: Wolność.
Nie masz znaczenia, powtórzyła dla pewności, chociaż kolca już nie było, została jedynie mała blizna, na pamiątkę. A Wolność chwyciła Miśkę za rękę i wyprowadziła z domu. Szły razem przez Miasto, roześmiane i szczęśliwe, a kiedy Miasto się skończyło, szły dalej. Mijały pola i lasy, a ich nogi nie czuły zmęczenia, bo Wolność nie miała prawdziwych nóg, a Miśki nogi były zbyt zadowolone z wędrówki, by czuć znużenie. Szły bez ustanku, dzień i noc. A kiedy Miśka czuła, że nadchodzi sen, po prostu zamykała oczy i zasypiała, a Wolność chwytała ją wówczas silniej za rękę i prowadziła dalej, za las, za rzekę, aż do stóp wielkiej góry. Tak wielkiej, że kiedy Miśka otworzyła oczy, przez chwilę poczuła strach, bo jak miałaby się wdrapać na szczyt czegoś tak wielkiego. A jednak Wolność uśmiechnęła się do niej i wyszeptała, żeby się nie obawiała. Strach warto przywołać tylko w sytuacji prawdziwego zagrożenia. Więc Miśka podziękowała Wolności i zaczęła się wspinać, a im wyżej wchodziła, tym więcej mogła zobaczyć. I nagle ujrzała nie tylko Miasta oraz Wsie usytuowane wokół Góry, ale także swoją Przeszłość i Przyszłość. A kiedy dotarła na szczyt góry podziękowała sobie za swoją wytrwałość, podziękowała Słońcu, bo to ogrzewało ją w czasie wędrówki, podziękowała też, kiedy spadł deszcz i mogła wyciągnąć przed siebie dłonie, by utworzyć z nich miseczkę i się napić. Podziękowała ziemi, po której stąpała i powietrzu, które wchodziło do jej płuc. A potem zaczęła schodzić i nie myślała już o niczym, tylko pozwoliła, by szczęście wypełniło całe jej ciało.
Wiele lat później, kiedy siedziała przed swoim domem na wsi, podeszła do niej mała dziewczynka, która mogłaby być jej wnuczką, ale nie była i zapytała czy jest szczęśliwa, bo jest taka stara i brzydka, i wszystkie okoliczne dzieci się jej boją mówiąc, że jest czarownicą, która nie ma nikogo prócz czarnego kota. Miśka uśmiechnęła się, przymknęła oczy, bo słońce dość mocno świeciło i powiedziała, że nie jest czarownicą, a wiedźmą, a kot nie jest jej tylko sąsiadów i nigdy nie była samotna, gdyż zawsze miała wokół siebie Naturę. Miałam też męża, powiedziała po dłuższej chwili, ale dziewczynki już nie było. Przez chwilę Miśka delektowała się wspomnieniami, a potem wstała, otrzepała spódnicę, zawołała kota i weszła do chaty, bo to był dobry dzień na wyplatanie koszyków. Wiklina moczyła się w szarym mydle już od jakiegoś czasu i Miśka wiedziała, że będzie teraz bardzo elastyczna. Pokręciła głową, bo wspomnienia znowu zaczęły do niej napływać, a nie lubiła uciekać w Przeszłość mając pod ręką Teraźniejszość, więc zabrała się za pracę.
Sąsiedzi Miśki słyszeli potem jak śpiewa, wciąż młodym głosem, wolnym od drżenia, a kiedy pewnego dnia zniknęła, nikt się temu nie dziwił, bo jej śpiew dalej unosił się w powietrzu, jakby miejsce, w którym mieszkała chciało o niej trochę dłużej pamiętać. Ale tylko trochę.