środa, 18 lutego 2026

Z cyklu opowieści o Księdze: Daj się ponieść.

 


Nie wiedziała jak smakuje deszcz o poranku ani ten wieczorny, który otula wilgocią trawy i liście. Nie miała pojęcia co znaczy błąkać się we mgle, iść przez Miasto nagle pozbawione przestrzeni, poucinane, niedopowiedziane, pewne tylko pierwszych trzech kroków. Nie miała pojęcia co znaczy leżeć na łące i słuchać owadziego koncertu, a potem okładać ślady po komarach miąższem z aloesu. Nie wiedziała nic o życiu, bo jeszcze nigdy nie wyszła z domu. Śledziła losy świata zza okiennej szyby, czasami słuchała radia, ale nie miała odwagi, by sprawdzić jak to jest przejść dalej niż z jednego pokoju do drugiego. Jej mieszkanie w starej kamienicy, które odziedziczyła po dwóch szalonych ciotkach, które pewnego dnia po prostu zniknęły jakby nigdy nie istniały, stanowiło cały jej świat. Nie potrzebowała innego, w każdym razie nie sądziła, że może potrzebować. Siedziała z nosem w książkach, a potem pisała liczne artykuły o życiu, zdrowiu, psychice i relacjach. Nie sądziła, że musi czegokolwiek doświadczyć, by mieć wyrobioną opinię na dany temat. Kiedyś znalazła książkę, w której autor przekonywał, że mózg nie odróżnia tego co zmyślone, od tego co prawdziwe i równie dobrze na kondycję fizyczną wpływa bieganie w myślach co takie na bieżni. Uchwyciła się tego zdania całą sobą i od tamtego czasu nie wychodziła już nawet na podwórko wynosić śmieci. Nie przeszkadzał jej zapach rozkładających się resztek jedzeniowych ani ustawione pod sufit pudełka po dietach zbilansowanych, domowych, tych fit i tych zupełnie nie-fit.

Żyła każdego dnia w coraz mniejszej przestrzeni, zawężanej przez śmieci i ubrania, które kupowała bez opamiętania, a potem patrzyła na nie i zamiast przymierzać darła na strzępy, bo przecież nigdy nie zamierzała nałożyć na siebie sukienki pokrytej cekinami czy muślinowych spodni z szerokimi nogawkami. Nie lubiła też obcisłych jeansów ani tych z krokiem w okolicach kolan. Denerwowały ją tak samo mocno jedwabne bluzki co wełniane swetry. Każdego ranka wrzucała sobie na ramiona stary, wytarty szlafrok, którego nie potrafiła się pozbyć, bo pachniał znajomo, bo kilka razy już go własnoręcznie cerowała, bo był wyblakły jak jej życie. Szlafrok był prezentem, jednym z nielicznych jakie otrzymała, z karteczką wetkniętą do kieszeni: Niech się nosi dobrze i wygodnie do końca Twoich dni. Może ktoś chciał napisać jego dni, ale użył złego zaimka i Alicja doszła do wniosku, że to przeznaczenie i obiecała sobie, że nie pozbędzie się szlafroka choćby nie wiadomo co. Pewnego słonecznego dnia, gdy zapomniała zamknąć okno, jakieś ptaszysko wpadło do mieszania i wydziobało w szlafroku dziurę. Całkiem sporą, można powiedzieć że dziurzysko, idealnie na wysokości serca. Tej dziury kobieta postanowiła nie zakrywać żadną łatą. Nie analizowała dlaczego, nie szukała wyjaśnienia dla swojego postępowania, tak miało być i już. Czasami narzucała szlafrok na nagie ciało i wówczas w dziurze ukazywała się pierś Alicji, brązowy sterczący sutek idealnie wypełniał pustkę po materiale. Śmiała się wówczas, ale tylko chwilę, bo radość tak samo jak się pojawiała tak i szybko gasła.

Pewnego dnia ktoś zapukał do mieszkania kobiety. Było to pukanie natarczywe, głośne i nieznoszące odmowy. Spojrzała na zegarek. O tej porze nikt do niej nie przychodził. Catering zostawiano pod drzwiami o świcie a listonosz polecone wrzucał przez szparę w drzwiach. Nie widywała nikogo, bo też i nikt nie miał potrzeby, by ją widywać, a tu nagle to pukanie, za którym niewątpliwie stała ludzka ręka i ludzka postać. Podeszła bliżej, ale pukanie ustało, czyjeś ciężkie kroki rozbrzmiały na klatce schodowej a potem nastała cisza. Stała przez chwilę z ręką na klamce i sercem bijącym szybko (chociaż od dawna nie czuła jego obecności i była przekonana, że nieużywane, zaniedbane po prostu zniknęło, a może wyleciało przez dziurę w szlafroku), teraz jednak biło mocno, niemal na alarm i kobieta musiała wziąć kilka głębokich wdechów, by je uspokoić. Nie wiedzieć czemu oddech zawsze pomagał.

Odsunęła się od drzwi. Po plecach Alicji przebiegł dreszcz, ale go zignorowała. Ktoś pukał i sobie poszedł, racjonalizowała. Nie ma czym się przejmować. Ale następnego dnia pukanie się powtórzyło i powtarzało przez cały tydzień, aż pewnego dnia ktoś wsunął przez szparę w drzwiach list. Alicja rozerwała kopertę. Słowa, które odczytała posadziły jej ciało w fotelu i nie pozwoliły wstać aż do następnego dnia.

Rankiem spojrzała na swoje mieszkanie, po którym walały się książki, śmieci i pudełka po cateringu. Odnalazła lustro i próbowała wywnioskować na podstawie tego co w nim zobaczyła ile ma lat, ale miała pojęcia. Wiec to koniec, pomyślała, bo nie miała dokąd iść i postanowiła, że zostanie w mieszkaniu, kiedy będą wyburzać kamienicę. Umrę tu, bo nie chcę umierać gdzieś indziej, wyszeptała. Nie znam innego świata, nigdy nie szukałam niczego poza tym miejscem, więc jak mogłabym teraz nagle stąd wyjść, tylko dlatego, że ktoś postanowił wyburzyć dom, w którym mieszkam od zawsze.

I kiedy tak siedziała w fotelu próbując umrzeć zanim przyjadą buldożery jej wzrok padł na okładkę książki, której wcześniej nie widziała. Podniosła manuskrypt, nałożyła okulary i zaczęła czytać. Łzy zaczęły płynąć po policzkach Alicji, kiedy tylko jej wzrok pochłonął pierwsze słowa Księgi. Płakała i płakała, bo nic innego jej nie zostało. W końcu łez było już tak dużo, że zaczęły wypłukiwać śmieci leżące w mieszkaniu. Strumienie wody wylatywały z budynku każdą możliwą szparą, a potem kobieta otworzyła okna i drzwi i wciąż płacząc patrzyła jak meble, książki i wszystko co było w mieszkaniu wypływa z niego i znika gdzieś w oddali. A potem woda wzięła Alicję w swoje ramiona i posadziła ją na przejrzystym grzbiecie. Kobieta spojrzała na prawie puste mieszkanie, a potem zamknęła oczy. Woda unosiła ją coraz dalej i dalej, a ona po prostu pozwalała, by jej ciało delikatnie kołysało się na jej powierzchni. Wszystko co do tej pory brała za prawdziwe znikało. Wszystko czym się otaczała poszło na dno, ale ona nie czuła żalu. Przekonana, że nie posiada serca mogła tak płynąć, bo ktoś kto nie ma serca nie czuje nic. Więc i ona nie czuła nic, tylko spokój, coraz większy spokój...

czwartek, 22 stycznia 2026

Księga Początek #opowieść #tajemnica #droga

 


Odgarnęła swoje kręcone wilgocią włosy i spięła je w kok. Pod palcami wyczuła szorstkość siwizny i swój strach. Spojrzała na to co było przed nią i odwróciła głowę.

Za plecami – stare, znane, oswojone. Może i nie takie jakby chciała, ale przynajmniej wiedziała gdzie co leży. Żadnej nieprzewidywalności, wszystko z góry ustalone. Na tej półce sól, na tamtej przyprawa do mięsa. Nie musiała niczego na nowo ani od początku, nie trzeba było zaczynać kolejnej rozgrywki, gra toczyła się nieprzerwanie od wielu lat, więc dobrze wiedziała jakie kto ma karty, wszystkie były znaczone – zdarzeniami, emocjami, uczuciami albo ich brakiem. A jednak zaczęło ją kusić Nowe. Niepoznane. Niedoświadczone. Inne. Długo ze sobą walczyła, bo jak to tak nagle, bez uprzedzenia, chociaż uprzedzała wiele razy. Pokusa, by sprawdzić, przetestować samą siebie w nowych okolicznościach była olbrzymia, ale za każdym razem, kiedy próbowała wyjść z domu słyszała cichy głos córki albo wołanie męża, więc zostawała, bo przecież trzeba było im zrobić obiad, przygotować ciepłe kakao, naprawić zabawkę, posprzątać pokój, wymyć garnki.

Raz po raz zerkała z tęsknotą na drzwi albo wyglądała przez okno. Widziała mijające pory roku, więc wiedziała, że sama też coś mija albo jest mijana. Ale w domu nie było luster, więc nie mogła ocenić upływu czasu, nawet nie chciała, bo na co jej wiedza o kolejnych zmarszczkach, których nie da się wyprasować, o sobie samej, która robi się trochę bardziej przezroczysta i rozmazana, bo z wiekiem wszystko w człowieku blednie, nie tylko skóra ale i nie pragnienia, uczucia, emocje. Nazywała to życiową mądrością, do czasu aż nie wpadła w jej ręce Księga. Nie miała pojęcia skąd się wzięła w jej domu, bo przecież nie zapraszała, nie pamiętała też, by otrzymała coś takiego w posagu. Księgę znalazła pewnego dnia w piwnicy, pod workiem z ziemniakami, w miejscu, w którym niczego nie powinno być, a jednak leżała, w twardej obwolucie połyskując złotymi napisami ku pokuszeniu. Długo jej nie otwierała, bo po co i na co, nie miała czasu ani chęci, więc położyła ją w sypialni, ale w razie czego wepchnęła nogą pod łóżko, żeby nikt nie widział, bo dziwnie jej było z tym, że ona ma a oni nie, że ona coś dostrzegła. Poczucie winy zmywała z siebie każdego dnia szorując ciało szarym mydłem, ale nie był to dobry sposób, bo dawał ukojenie tylko na chwilę. Woda zabierała z jej ramion to, co trzeba było zabrać, ale potem ciężar wracał, bo Zofija Anna Trebierou zaglądała kilka razy w ciągu dnia pod łóżko, chcąc chociaż na chwilę ukoić oczy widokiem Księgi.

Nie miała pojęcia jak długo trwało to pokuszenie, w końcu jednak mu uległa i kiedy wiedziała, że nikt nie patrzy, zamknęła się w sypialni i wyciągnęła Księgę, która zdążyła już porosnąć kurzem niczym bladym mchem. Na pierwszej stronie ktoś wykaligrafował napis ostrzegający, że nie należy przewracać kolejnych stron bez zastanowienia albo najlepiej wcale, bo człowiek może odnaleźć w manuskrypcie coś, czego nie szukał a co go znalazło, a to bardzo niebezpieczna sytuacja. A jednak Zofija Anna Trebierou zignorowała te słowa, a nawet, musiała przyznać przed sobą, ostrzeżenie zachęciło ją, by przejrzeć całą Księgę, gdyż okazała się ona jeszcze bardziej intrygująca niż sądziła. Kolejne jednak strony były puste. I kiedy już zniechęcona chciała odłożyć manuskrypt poczuła łaskotanie na karku, a potem w palcach i idąc za tym uczuciem wzięła do ręki pióro i umoczywszy je w kałamarzu przyłożyła rękę do kartki. Dłoń Zofiji Anny Trebierou sama zaczęła poruszać się w jakimś sobie znanym rytmie i nagle to co niezapisane pokryte zostało słowami, które wypływały nie tyle z kobiety co z czegoś co było poza nią samą.

Kiedy odłożyła pióro była wykończona i postanowiła, że odczyta to co napisała kolejnego dnia, ale następnego dnia ze zdumieniem stwierdziła, że litery zniknęły. Że te wszystkie piękne zdania, które dzień wcześniej zasiliły swoją granatową wilgocią strony, ulotniły się niczym zupełnie nieistotna myśl, a przecież czuła, że w tych zdaniach była zaklęta mądrość i że znaczyły wiele. Więc ponownie chwyciła pióro, ale tym razem dłoń nie chciała posuwać się po kartce, więc Zofija Anna Trebierou usiadła smutna na łóżku i zapłakała. I wówczas jej łzy zaczęły płynąć w stronę niezapisanych stronic a słone słowa zatańczyły na kremowych kartach Księgi.

Wytarła nos w chusteczkę, cicho, delikatnie, bo nie chciała spłoszyć zdań, nad którymi właśnie się pochylała i które czytała z tchem, który można by nazwać zapartym, gdyby nie to, że nie czuła w sobie żadnego tchu, jakby jej oddech po prostu przestał istnieć, chociaż to nie było możliwe, gdyż nigdy nie potrafiła go wstrzymać na dłużej niż kilkadziesiąt sekund.

- Ach – westchnęła, kiedy jej wzrok sięgnął kropki zamykającej treść Księgi. – Ach – powtarzała potem w ciągu dnia, zupełnie bezwiednie i pewnie jej mąż zapytałby czy dobrze się czuje, gdyby zwracał na nią uwagę.

- Ach – mówiła mieszając zupę i potem, zakrywając się kołdrą po sam czubek głowy.

- Ach – wzdychała wsuwając nogi w kapcie i idąc do łazienki. A potem siedziała na toalecie i patrzyła w jakiś odległy punkt, który tylko ona dostrzegała, dopóki nie wyrywało jej z dumania pukanie do drzwi, donośne i natarczywe, przypominające, że nie jest sama i że z toalety należy korzystać tylko w określonych godzinach.

- Wyjedźmy – rzuciła pewnego dnia przy kolacji i na chwilę dłoń męża, w której tkwiła kanapka, zatrzymała się. Zofija Anna Trebierou spojrzała na niego wyczekująco pozwalając sobie na tę odrobinę nadziei, że i on poczuje to samo co ona i za chwilę będzie wspólne pakowanie walizek, a potem podróż w nieznane, bo w znane wyjeżdżali nie raz, chociaż nie mogła sobie przypomnieć dokładnie gdzie i kiedy to było.

- Mnie tu dobrze – usłyszała w odpowiedzi i te słowa stały przy niej przez kolejne dni, jakby chciały przypilnować, że i jej dobrze i że nigdzie nie wyjedzie.

A potem nastąpił ten moment, kiedy po raz pierwszy od wielu lat otworzyła drzwi wyjściowe, a może wyjściowo-wejściowe, bo wychodząc jednocześnie wchodziła w coś nowego, w coś, przed czym tak długo uciekała, ale co w końcu ją dopadło, bo nie można uciec przeznaczeniu, nawet jeżeli zamyka się je w piwnicy i kładzie na nie wór ziemniaków.

- Nie czekajcie na mnie, nie wiem, kiedy wrócę – powiedziała cicho, niepewnie, bo nie miała pojęcia co oznacza dla niej ta podróż i czy będzie w niej miejsce na jakikolwiek powrót. – Ziemniaki są pod pierzyną w nogach łóżka, mięso na patelni – dodała jeszcze, a potem zaczęła się śmiać, bo nagle ta codzienność, o której mówiła tonem poważnym, wydała jej się dziwna, obca i już nie jej własna, chociaż jeszcze kilka sekund wcześniej nosiła w sobie przekonanie, że z tego składa się jej osoba. Że Zofija Anna Trebierou sama w sobie jest codziennością.

Zamknęła drzwi, przez chwilę jej ręka nie chciała puścić klamki, uwiązana do tego miejsca od tylu lat, że nawet nie potrafiła ich policzyć. Albo nie chciała. A potem chwyciła walizkę, do której wrzuciła tylko Księgę, bluzkę i parę bielizny, bo uznała, że nie ma sensu ze sobą zabierać wszystkiego. Zresztą nie potrafiła się zdecydować, które sukienki są warte dźwigania, a które nie, więc nie wzięła żadnej. Będzie mi się lekko szło, pomyślała z uśmiechem i ruszyła przed siebie.