Nie wiedziała jak smakuje deszcz o poranku ani ten wieczorny, który otula wilgocią trawy i liście. Nie miała pojęcia co znaczy błąkać się we mgle, iść przez Miasto nagle pozbawione przestrzeni, poucinane, niedopowiedziane, pewne tylko pierwszych trzech kroków. Nie miała pojęcia co znaczy leżeć na łące i słuchać owadziego koncertu, a potem okładać ślady po komarach miąższem z aloesu. Nie wiedziała nic o życiu, bo jeszcze nigdy nie wyszła z domu. Śledziła losy świata zza okiennej szyby, czasami słuchała radia, ale nie miała odwagi, by sprawdzić jak to jest przejść dalej niż z jednego pokoju do drugiego. Jej mieszkanie w starej kamienicy, które odziedziczyła po dwóch szalonych ciotkach, które pewnego dnia po prostu zniknęły jakby nigdy nie istniały, stanowiło cały jej świat. Nie potrzebowała innego, w każdym razie nie sądziła, że może potrzebować. Siedziała z nosem w książkach, a potem pisała liczne artykuły o życiu, zdrowiu, psychice i relacjach. Nie sądziła, że musi czegokolwiek doświadczyć, by mieć wyrobioną opinię na dany temat. Kiedyś znalazła książkę, w której autor przekonywał, że mózg nie odróżnia tego co zmyślone, od tego co prawdziwe i równie dobrze na kondycję fizyczną wpływa bieganie w myślach co takie na bieżni. Uchwyciła się tego zdania całą sobą i od tamtego czasu nie wychodziła już nawet na podwórko wynosić śmieci. Nie przeszkadzał jej zapach rozkładających się resztek jedzeniowych ani ustawione pod sufit pudełka po dietach zbilansowanych, domowych, tych fit i tych zupełnie nie-fit.
Żyła każdego dnia w coraz mniejszej przestrzeni, zawężanej przez śmieci i ubrania, które kupowała bez opamiętania, a potem patrzyła na nie i zamiast przymierzać darła na strzępy, bo przecież nigdy nie zamierzała nałożyć na siebie sukienki pokrytej cekinami czy muślinowych spodni z szerokimi nogawkami. Nie lubiła też obcisłych jeansów ani tych z krokiem w okolicach kolan. Denerwowały ją tak samo mocno jedwabne bluzki co wełniane swetry. Każdego ranka wrzucała sobie na ramiona stary, wytarty szlafrok, którego nie potrafiła się pozbyć, bo pachniał znajomo, bo kilka razy już go własnoręcznie cerowała, bo był wyblakły jak jej życie. Szlafrok był prezentem, jednym z nielicznych jakie otrzymała, z karteczką wetkniętą do kieszeni: Niech się nosi dobrze i wygodnie do końca Twoich dni. Może ktoś chciał napisać jego dni, ale użył złego zaimka i Alicja doszła do wniosku, że to przeznaczenie i obiecała sobie, że nie pozbędzie się szlafroka choćby nie wiadomo co. Pewnego słonecznego dnia, gdy zapomniała zamknąć okno, jakieś ptaszysko wpadło do mieszania i wydziobało w szlafroku dziurę. Całkiem sporą, można powiedzieć że dziurzysko, idealnie na wysokości serca. Tej dziury kobieta postanowiła nie zakrywać żadną łatą. Nie analizowała dlaczego, nie szukała wyjaśnienia dla swojego postępowania, tak miało być i już. Czasami narzucała szlafrok na nagie ciało i wówczas w dziurze ukazywała się pierś Alicji, brązowy sterczący sutek idealnie wypełniał pustkę po materiale. Śmiała się wówczas, ale tylko chwilę, bo radość tak samo jak się pojawiała tak i szybko gasła.
Pewnego dnia ktoś zapukał do mieszkania kobiety. Było to pukanie natarczywe, głośne i nieznoszące odmowy. Spojrzała na zegarek. O tej porze nikt do niej nie przychodził. Catering zostawiano pod drzwiami o świcie a listonosz polecone wrzucał przez szparę w drzwiach. Nie widywała nikogo, bo też i nikt nie miał potrzeby, by ją widywać, a tu nagle to pukanie, za którym niewątpliwie stała ludzka ręka i ludzka postać. Podeszła bliżej, ale pukanie ustało, czyjeś ciężkie kroki rozbrzmiały na klatce schodowej a potem nastała cisza. Stała przez chwilę z ręką na klamce i sercem bijącym szybko (chociaż od dawna nie czuła jego obecności i była przekonana, że nieużywane, zaniedbane po prostu zniknęło, a może wyleciało przez dziurę w szlafroku), teraz jednak biło mocno, niemal na alarm i kobieta musiała wziąć kilka głębokich wdechów, by je uspokoić. Nie wiedzieć czemu oddech zawsze pomagał.
Odsunęła się od drzwi. Po plecach Alicji przebiegł dreszcz, ale go zignorowała. Ktoś pukał i sobie poszedł, racjonalizowała. Nie ma czym się przejmować. Ale następnego dnia pukanie się powtórzyło i powtarzało przez cały tydzień, aż pewnego dnia ktoś wsunął przez szparę w drzwiach list. Alicja rozerwała kopertę. Słowa, które odczytała posadziły jej ciało w fotelu i nie pozwoliły wstać aż do następnego dnia.
Rankiem spojrzała na swoje mieszkanie, po którym walały się książki, śmieci i pudełka po cateringu. Odnalazła lustro i próbowała wywnioskować na podstawie tego co w nim zobaczyła ile ma lat, ale miała pojęcia. Wiec to koniec, pomyślała, bo nie miała dokąd iść i postanowiła, że zostanie w mieszkaniu, kiedy będą wyburzać kamienicę. Umrę tu, bo nie chcę umierać gdzieś indziej, wyszeptała. Nie znam innego świata, nigdy nie szukałam niczego poza tym miejscem, więc jak mogłabym teraz nagle stąd wyjść, tylko dlatego, że ktoś postanowił wyburzyć dom, w którym mieszkam od zawsze.
I kiedy tak siedziała w fotelu próbując umrzeć zanim przyjadą buldożery jej wzrok padł na okładkę książki, której wcześniej nie widziała. Podniosła manuskrypt, nałożyła okulary i zaczęła czytać. Łzy zaczęły płynąć po policzkach Alicji, kiedy tylko jej wzrok pochłonął pierwsze słowa Księgi. Płakała i płakała, bo nic innego jej nie zostało. W końcu łez było już tak dużo, że zaczęły wypłukiwać śmieci leżące w mieszkaniu. Strumienie wody wylatywały z budynku każdą możliwą szparą, a potem kobieta otworzyła okna i drzwi i wciąż płacząc patrzyła jak meble, książki i wszystko co było w mieszkaniu wypływa z niego i znika gdzieś w oddali. A potem woda wzięła Alicję w swoje ramiona i posadziła ją na przejrzystym grzbiecie. Kobieta spojrzała na prawie puste mieszkanie, a potem zamknęła oczy. Woda unosiła ją coraz dalej i dalej, a ona po prostu pozwalała, by jej ciało delikatnie kołysało się na jej powierzchni. Wszystko co do tej pory brała za prawdziwe znikało. Wszystko czym się otaczała poszło na dno, ale ona nie czuła żalu. Przekonana, że nie posiada serca mogła tak płynąć, bo ktoś kto nie ma serca nie czuje nic. Więc i ona nie czuła nic, tylko spokój, coraz większy spokój...
